Zeus

[Białas]
Są na świecie rzeczy ważniejsze, niż nasze rymy
Oczy naszych bliskich obserwują jak skończymy
Nie musimy brać za karabiny, odpalić Niemca
Teraz droga do szczęścia jest o wiele łatwiejsza
Obiecuje ławkom, będę żył kozacko
Nawet jak teraz nie raz w lodówce mam tylko światło
Mam iść do tyry? Jestem za dumny na nadgodziny
Albo za głupi i próżny, żeby poszukać przyczyny
Czemu jestem taki, już wiesz
Obiecałem sobie coś dekadę temu, nie odpuszczę
(Patus) Taką metkę znów mi ktoś przyczepił
Dzisiaj nie ma znaczenie to czy tata pił czy nie pił
(Pierdol to) Patrz co robię, gdy lamusy z domu idealnego
Ciągle napierdalają proch, obrócą się w niego
Od początku mieli sos, mniej siniaków
Ja tylko kurwa miałem flow i kilku przyjaciół

ref.
Zobacz ile się zmieniło od pierwszej domówki
Ilu raperów odpuściło, ilu z nich to kurwy
Nawijam tyle lat, czemu miałbym dziś odpuścić
Nadal kocham rap, a nadal jestem pusty x2

[Solar]
Nie miałem hajsu na studio, kupiłem je za hajs z bitew
Miałem grubszy plan jak architekt
Nie było hajsu na mix/master
Nie robił go Flamaster
Czytałem tutoriale od dwunastej do dwunastej
Ciągle miksowałem co piszczy mi w głowie
Bity dostaliśmy za skillsy nie flotę
Poligrafię zrobił ziomek, zdjął ze swoich powiek
LIS to the Kula - chory człowiek
Do dziś nie wiem, skąd wzięliśmy dziesięć koła na tłocznie
Ja chyba tyle nie zarabiam rocznie
Piątak na klip, był od fanów za t-shirty
Więc dla was zawsze piona, dla najwierniejszych
Nie było wydawcy, promo zrobiliśmy sami w necie
W takiej sytuacji, srasz co gadali śmiecie
Musiałem się najebać, żeby o tym gadać, teraz
Więc jak się nie wkurwiać, jak komuś spada z nieba
Co?

ref.
Zobacz ile się zmieniło od pierwszej domówki
Ilu raperów odpuściło, ilu z nich to kurwy
Nawijam tyle lat, czemu miałbym dziś odpuścić
Nadal kocham rap, a nadal jestem pusty x2

[Zeus]
Dwaj szaleńcy w mieście patologii i nędzy
Pomiędzy hieny weszli uzbrojeni w bębny i wersy
Koledzy dali za wygraną, więc jak to jest
Że pytają czy jak dziś nagrają z nimi
Będzie tak samo - NIE
Za długo się taplałem w tym bagnie
Żeby na tacy dziś wam podać, to co znalazłem na dnie
Wybaczcie.. Wszedłem w tę rap grę jako Zeus, nie Jezus
Nie wiedząc ile w oceanie jest meduz
Straciłem paru kolegów i miliard złudzeń
W krainie hajsu, przekrętów i wynaturzeń
I nie zawrócę już, nie, choć bywa różnie
W plecach mam już nóż niejeden, nie czuję muśnięć
Dziś inwestuję, to co zgarnąłem wczoraj
Żeby pojutrze wrócić się demówek, tylko na Bora Bora
Wciąż jestem z tych dwóch typów z Teofilowa
Co założyli Pierwszy Milion nie mając na browar

ref.
Zobacz ile się zmieniło od pierwszej domówki
Ilu raperów odpuściło, ilu z nich do kurwy
Nawijam tyle lat, czemu miałbym dziś odpuścić
Nadal kocham rap, a nadal jestem pusty x2
KOBRA:
W sumie nic nie zmieniło się,
kolejny rok kurwa nic nie zmieniło się,
kiedyś myślałem, żeby mieć na życie plan,
dziś, siedzę na ławcę w modnych najkach, #Forrest_Gump.
Ludzie przychodzą i odchodzą wciąż,
nie pamiętam kilku twarzy chociaż byli stąd,
na starych zdjęciach uśmiechamy się jak dzieci,
a to 15 lat temu było, kurwa jak ten czas leci.
Nie nadążam rwać już kartek,
gdy patrzę w kalendarz cały czas mam tu czwartek jakiś rok wstecz.
Zegar stanął na dwunastej, lecz nie chce mi się pchnąć go do przodu,
zresztą pierdolić ten czas, wiesz?
Codzień powtarzam jeden schemat w kółko,
rzygam tym, ale nie mogę zmienić nic - trudno,
chcę wreszcie żyć, a nie żyć jak tu inni chcą,
lecz nie możemy nic dziś, nie możemy nic dziś.

Ref. BLEJK:

Choć powoli mogłem iść to wciąż biegłem,
chciałem tylko gonić sny, mieć coś więcej,
niż ten urwany film, błędy i porażki,
po swojemu żyć chcę, biegnę dziś po hajs, Ty,
proszę nie mów nigdy więcej, że chcesz ze mną stać,
nie dali mi szans wiesz, to zostałem tu sam jak palec,
nie widzę barier dziś, to dowód na to, że powoli spełniam sny.

KOBRA:
W temacie kobiet, nic nowego nie opowiem Ci,
złapała mnie ta jedna i jak psu założyła smycz.
Już nie pobiegnę dalej, niż mój sięga łańcuch,
mogę tylko stać i szczekać jak ten pies w kagańcu.
Ironia - za płotem, suki szczują dupą mnie,
mogę być szują i jak szuja wpychać chuja w nie,
lecz wpycham chuje w nie, i piję z gwinta whiskey,
i chuj z tymi sukami, i z tym płotem i ogólnie z wszystkim.
Nie wierzę w nic, czego nie mogę dotknąć,
idąc wstecz łatwiej się o własną nogę potknąć.
A gdy jest źle, czasem lepiej własny język połknąć,
bo gdy pójdę precz, to już tylko jedną drogą - pod prąd.
Wybierz: Led Zeppelin czy ACDC?
Autostradę w dół, czy do nieba schody widzisz?
Oderwany od realiów świata żywych,
zostawiam przyziemne sprawy i problemy innych, innym.

Ref. BLEJK:

Choć powoli mogłem iść to wciąż biegłem,
chciałem tylko gonić sny, mieć coś więcej,
niż ten urwany film, błędy i porażki,
po swojemu żyć chcę, biegnę dziś po hajs, Ty,
proszę nie mów nigdy więcej, że chcesz ze mną stać,
nie dali mi szans wiesz, to zostałem tu sam jak palec,
nie widzę barier dziś, to dowód na to, że powoli spełniam sny.

ZEUS:
Nim stanę przed pytaniem,
każdy nastawia się na przeżywanie,
każdy się pręży, gen zwycięzcy pieprzy przegrywanie,
wiele miesięcy i lat, tracisz na przepychanie się,
w kolejce by potem Cię dopadło przemijanie.
I rusza przewijanie, rewind #Stillmatic,
nie chce się wierzyć brat, że nas ten czas też trawi,
z chwilami jest jak z ziarnami piasku między palcami.
Nieważne jak mocno chwycę, życie wciąż uciekami, w dal.
Do sal szpitalnych od szkolnych korytarzy,
do szans niewykorzystanych od całej tony marzeń.
Anioły stabilizacji, demony pożądania,
stoją na każdej ze stacji tej trasy z powołania.
A ja? Mam raczej mile niż metry do mety,
ale wciąż idę nawet jak minę ją o milimetry.
Przeżyję życie, jak Ci co chcieli coś zmienić,
podnoszę z ławki tyłek, sam do siebie krzyczę: Forrest biegnij!

Ref. BLEJK:

Choć powoli mogłem iść to wciąż biegłem,
chciałem tylko gonić sny, mieć coś więcej,
niż ten urwany film, błędy i porażki,
po swojemu żyć chcę, biegnę dziś po hajs, Ty,
proszę nie mów nigdy więcej, że chcesz ze mną stać,
nie dali mi szans wiesz, to zostałem tu sam jak palec,
nie widzę barier dziś, to dowód na to, że powoli spełniam sny.
Hukos:
Dwadzieścia jeden gramów, tyle waży człowieczeństwo
i prawie sto kilo wagi, mam słabą średnią,
reszta to molekuły w nieustannej pogoni,
w łańcuchu pokarmowym od kota do świętej krowy.
Królowie schodzą z obrazów, ktoś maluje autoportret,
wsadza w puste ramy, marsowa mina, młody książę,
samozwańcy od razu biegną na niego z szablą,
historia toczy koło, ich miejsce następni zajmą.
Młodość jak butelki bite o blaszane garaże
tamte czasy nie wrócą, butelki nie będą całe.
Może przyjdzie ktoś następny, pozbiera szklane odłamki,
ułoży z nich witraże, oprawi w ramki,
na starość usiądziemy, policzymy swe rany,
w wiklinowym fotelu z kubkiem gorącej herbaty.
Nie zagoi ich czas, nie przykryją ich zmarszczki,
do ostatniej linijki zapisane kartki, wszystko płynie.

Wszystko płynie...
Wszystko płynie...
Wszystko płynie jak chmury na niebie.

Zeus:
My ciągle wspominany wczoraj, bo nie ma dzisiaj,
czy jesteś na powierzchni, czy na dnie, ciągle zmienia koryta.
Rzeka życia niesie po galaktykach muł,
jedyną pozostałość po tym wielkim "bum!".
My szybujemy jak puch niesieni wiatrem
i przekonani o swojej wiedzy i wpływie na ten cały bajzel.
Łapiemy Boga za nogi a on zamiast drogi umie pokazać rogi,
pozory, nie ma się co napinać ziomki,
ci obwieszeni jak choinka też są krusi jak bombki,
napompowani jak balony przez gaz,
chcemy się wnieść w podziemskie nieboskłony choć jeden raz,
tracimy czas, bo wciąż nam brak pokory,
atomy z naszych ciał pewnego dnia rozbiegną się we wszystkie strony.
Szlag trafi nasz strach, gniew i miłość
i będzie tak jakby nas tu nigdy nie było, wszystko płynie.

Wszystko płynie...
Wszystko płynie...
Wszystko płynie jak chmury na niebie.

Cira:
Mam 55 lat, odwiedzam stare miejscówy,
prosekta DSK i tereny podstawówy.
Moc natury nie zna pauz i przyćmi nas od razu,
to życie ukochane omotane nićmi czasu.
Lazurowe ornamenty, zaśniedziałe od chwili,
bloki dym, kroki w tył, wszystko proch i pył.
Wszystko płynie jak ciemne wody Gangesu.
Ziomy? Mam ich trzech, z szalonego okresu.
Nocne kluby w których zwykłym tracić zdrowie i hajs,
odwiedzają moje dzieci, przez co nie mogę spać,
sprawdź czy wszystko to tylko pogoń za wiatrem,
drogi otwarte, trasy nadrabiane fartem,
te paręset kartek i jej oczy jak zwykle,
koło natury, które toczy się swym rytmem,
jeśli chcesz zapisu chwil, kiedyś Ci przyniosę.
Wracam z knajpy morderców 2038, wszystko płynie.

Życie się kręci jak płyta w adapterze.
...płyta w adapterze
Życie się kręci jak płyta w adapterze.
1.[Buczer]
SWAG skurwysynu ! Co jest definicją SWAG'u ?
Bo SWAG to nie Snapy, rurki i kilku kolegów
Odpijają bez żalu, odpulam to towarzystwo
Jestem przyszłością rapu no więc zainwestuj w przyszłość
Tadeusz zawsze na propsie, nie ma lekko
Nie muszę chyba tłumaczyć, że wóda a nie Ojciec Dyrektor
Nie czas na detoks, każdy dzień to beef z życiem
Ja już dekadę temu podjąłem rękawice
I walczę, zadaje ciosy zawsze trafiam w cel
Nie cel pal, tylko najpierw pal a potem cel
Skumaj bajerę, to second chance dla nich
Bo ich przy moich to jak second hand przy Armani
Wjeżdżam po papier, robię tutaj gnój, łapiesz ?
Jestem kozakiem w rapie jak Ruciński na stand up'ie, łapiesz ?
Dolce, euro, pieniądze niech lecą
Może być nawet pierdolone Kolumbijskie Pesos

2.[Zeus]
Prawda jest tylko jedna: One, jak wujek KRS
Nasza firma to nie fundacja, wiesz sam. Gdzie tu widzisz numer KRS ?
Jak wkładasz w to swoje całe serce i wiesz, że jesteś kotem, brat pęgę bierz
Chyba że w domu masz tego kota który spełnia życzenia - Rademenes
Ja nie, kto lubi krzyczeć s.o.s, kto ?
Każdy lubi gdy sos oznacza s.o.s, co ?
I tylko głupi woli gdy mu zdobi desktop
Może skoro może mieć takie morze za oknem - Costa Del Sol
Mówię sobie codzień: Go go go - Gadżet
Nie pomyślałbym że to moje flow może być moją drogą do marzeń
Wziąłem tę pasje za pysk i bez ogórdek dałem kopa na rozpęd
I za tę pracę chce zysk, może nie ogródek ani dom na Majorce
Ale codzień robię wiele i w końcu osiągnę swoje cele
Choć nie jestem więźniem ich, o nie nie, moje cele to nie moje cele
Bang ! Nie zabije siebie dla hajsu, ale wiedz że siedze w tym bajzlu
Nie tylko po to żebyś zbił mi pięć i powiedział że idzie mi nieźle na majku

3.[VNM]
Przekaz ? Dość. Czemu tak im to okiełznać ciężko ?
W rapsach chcieliby instrukcje do życia i przez to często mylą przekaz z treścią
W ogóle Polska scena, ciężko byłoby mnie zjednać z resztą
Zawsze w tym byłem za dobry żeby się tu znaleźć, jak kurwa Vestax w Tesco
Dlatego biorę hajs za zwrotki, niech sobie na mnie leszcze kurwią
Jedyny przekaz jaki znam ten kiedy za flow przekazują sos - Wester Union
Zczaj te flowsy to bezbek, nic śmiesznego dziewięć pięć
Bo za stand up jebie tę pengę, wolą gdy na majku przejmę gehenę
Więcej sosu jeszcze, więcej więcej sosu jeszcze
Ugotowałeś cały garnek ? Weź dogotuj jeszcze !
Bo życie szalone ma tempo zupełnie jak ja kiedy wchodzę na bit
I gdy nie mogę odpocząć to chociaż tu kurwa ta jebana mać zaraz zrobię ten kwit
Na później ! Nie jestem gentelmenem i na chillu mogę gadać o tym
Ile na konto mi wpada floty, mój street singiel opowiada o tym
Kiedyś na lotnisku w UK dziś na majku leje siódme poty
Też tak możesz, wolny rynek jak w Elblągu tam o drugiej w nocy, Fał !

Ref:
Dość pierdolenia, że nie liczy się kwit
Zmienisz gadkę jak komornik zadzwoni do dzrzwi
Czas przejąć rap grę, tak na poważnie
Wjeżdżam taranem by zawinąć pierwszą bańkę [x2]

4.[Verte]
Ej, ta gra nie będzie fair, gra o fejm
Może od razu w łeb se strzel jak Kurt Cobain
Uderz w stół twardo, odbija kilka słów prawdy
Chcą być częścią rap gry ? Spięci jak chuj od Viagry
Debet na karcie i tak tańczę tak, że
Walczę w rap grze sram w Twój falset i punche
Skaczę tęntno z pętlą malkontentą prędko
Splendor niesie dziewiąty stopień - Inferno
W chuja wali że to nie dla hajsu
Zabawię się jak Klebold i Harris w Columbinie High School
Ej, nie najlepszy fejm, za to tony stylu
Coś jak ( ? ) Yippee-ki-yay, skurwysynu !
Inaczej bym to już t ujął dziś
Idź po swój hajs albo giń próbując za nim iść
To jest pewną kwestią, wciąż pod kreską
Wiesz no często nie szło, przebieg jak Charlton Heston
Psie pole tłusty, mamy tu styl
Zwłoki daje psom jak Krzywousty

5.[Bezczel]
Rychu Peja mi powiedział: Przestań pić Michał, miał rację
Na trzeźwo idź w życie, a wtedy na pewno się zgadzać hajs zacznie
Co raz więcej kłód pod nogami, jestem blisko
Co raz więcej osób za plecami, mówi coś gdzieś tam, że jestem dziwką
Dla nich to w chuj prawilne patrzeć się innym na ręce
Dla mnie to raczej dziwne, ale Ty się typie nie czuj winny więcej
Moje rachunki tu same się nie zapłacą, ziomek
Daje Ci ten rap najlepszej marki tu, za to mi płacą, co nie ?
Boli ich to i pewnie boli ich OLiS
Bo są nieświadomi, ja mówie sobie pierolić to
I mnie nie boli to, że ich boli to aż tak
Mogą pierdolić, pierdolić do woli - hashtag
Jesteś łeb bez sentymentów, wbij się na net weź se komentuj
Możesz se pisać na mój temat co chcesz, ale nie powiesz że nie mam talentu
Mam zmysł do handlu i zgoniłem tego w życiu trochę
Towar czysty, krystaliczny i nie mówię tu handlu prochem

6.[Cegła]
Brak siana rodzi złe zachowania
Pobicia, rozboje, morderstwa, porwania
Ja nie chcę być zły, chcę być dobrym człowiekiem
Więc oddaj mi wszystko co masz, zanim mi odjebie
Należy mi się coś od życia. Prawda czy nie prawda ?
Stare porzekadła mówią: Życie to jest walka
Więc walczę jak skurwysyn, głową nie pięściami
Chcę więcej i więcej siana, głową nie nogami
Mamy ciężkie czasy, tak tak, i co z tego ?
To znaczy że ciężej trzeba zakurwiać kolego
Chcesz być tu nierobem ? To krzyżyk Ci na drogę
Kopa w dupe masz na szczęście, śmigaj po zapomogę
Słuchaj gościu właśnie jadę czwratą płytę
Może znowu nie zarobię, ale znowu będzie w pyte
Po tylu latach mógłbym jechać pod publikę
Ale nadal trzymam się tych samych trzech prostych liter
[Cira]
Musze tam dojść
Choćby nie wiem co
Choć czasami jedyne co czuje
To ból i gorycz

Czuję pierdoloną gorycz i rozczarowanie całą rap-grą
Wypadkowa między forsą, a farsą
A fiasko finansowe zatruwa wiarę w artyzm
Dość sztampy kurwa, to me otwarte karty
Nie chce truć gorzkich żali Wertera na rozdrożach
Ale czasami od tej kaszany mam w bani pożar
Sto tysięcy natchnień na tych burzę parszywych
Zdziwienie na antenie? Nie umiesz wymówić ksywy?
Chuj, co zostało ze starych dobrych planów
To dojmująca pustka w zadłużonym mieszkaniu
Miłości odleciały od hulaki w obłokach
Popisał i malował darmo – choć się bardzo kochał
Nie poddam się tak łatwo, zawalczę o pełną pulę
O piękną pengę, przyjaźń i nie zamulę
Bo daję temu serce, a zbieram żal i troskę
Czy nawet tam na szczycie marzyciel ma życie gorzkie?

Widzę, światło nadziei na końcu drogi
To nasza będzie puenta
Choć czas pęta nogi,
Spływam, jak kropla smutku na brudnej twarzy
Kto z nas za parę lat jeszcze się odważy marzyć?
Widzę kochane serce i szczerą miłość
Opuszczę zło, jakby go nigdy nie było
Spływam!

[Hukos]
Jeśli ból nas uszlachetnia
To mamy błękitną krew
Żaden szmul nie złamie serca
Nie będę płakał po eks
Gwiazdki na pagonie od bratobójczych wojen
Wiem, jakie to uczucie, gdy zawodzi człowiek
Ten rok miał być moim, miałem rozpierdolić
Nie wbiłem na OLIS debiut roku Hukosowi
Radia mnie olały - prosiłem ich o patronat
To przez moje ciuchy, przez to jak wyglądam?
Nie, to przez tekst - "nie lubię Kaczora"
Moja muza jest passe, bezkompromisowa
Nie jestem typem gwiazdora
Nie rucham Zuzy Walkowiak
Bez wywiadu u Prokopa, telewizja śniadaniowa
Nigdy się nie bałem ciężkiej, fizycznej pracy
Szczerze nienawidzę, to trzeba zarabiać hajsy
Świecenie dupą by błyszczeć, bo tylko kurwa nie płaci
A śmieją się z Borixona że na Wyspach zmywał gary

[Zeus]
Ty wybierasz sobie zawód, co się wiąże z zawodem
by mieć na gaz i na wodę czasami lecisz za wodę
Przemierzyłem samolotem w chuj nieba
i wiem doskonale ziom bez czego mój duch umiera
Scena nie dała mi kopa na rozpęd,
sprzedała kopa, parę bomb i wyczyściła portfel
Zjechałem Polskę po przekątnej i wzdłuż i wszerz
Zdarzyło mi się zagrać koncert, a potem dopłacić cash
To nie jest łatwy chleb, nie znasz, nie kumasz
są takie dni - wolałbyś rozkładać towar na półach
Cyfry w rachunkach, Matrix, na łeb spadają
wokół o ślubach gadki, tacy jak my się tylko rozstają
Mężczyźni kłamią, kobiety kłamią, liczby nie
jedni odpadną, drudzy zostaną silni w grze
wiesz ile w to włożyłem, widzisz mnie i znasz ten wzrok
Wygryzę sobie te godziny na szczycie - Undertow

Widzę, światło nadziei na końcu drogi
To nasza będzie puenta
Choć czas pęta nogi,
Spływam, jak kropla smutku na brudnej twarzy
Kto z nas za parę lat jeszcze się odważy marzyć?
Widzę kochane serce i szczerą miłość
Opuszczę zło, jakby go nigdy nie było
Spływam!

[Z.B.U.K.U]
Przecież widzę co się dzieje, widzę to i po mnie spływa
biorę bit, długopis, kartkę, piszę to, idę nagrywać, ej
Gołym okiem widać, co jest pięć, za oknem
Dzieciaki z piaskownicy nagle stają się dorosłe
Już nie dziewiczy wąsek. Teraz ścinają zarost
i patrzą czy dziewczyny się za nimi oglądają
Powiedz, ile zostało z lat gdy byliśmy dziećmi
gdy żaden z moich ziomków jeszcze nie znał smaku kreski
Dzisiaj drewniane deski, z naszych teatrów życia
wpierdalają korniki i wyniszcza je grzybica
To nadal ten sam Michał tylko starszy, po przejściach
nadal nie może sobie znaleźć na tym świecie miejsca
A wokół dżungla miejska i betonowe lasy
i kręci się aż łezka gdy wspominam tamte czasy
A dzisiaj bez obrazy, ale to nie mój klimat
masz tu prawdziwy rap - Z.B.U.K.U, Hukos i Cira.
Minęło wiele lat od Barta w Atomic TV
Od pierwszych nagrań na taśmach domowym hi-fi
Fristajlowania na klatkach i w parkach, i
Pierwszego taga, dziś to są martwe dni
Skute lodem, wielu sobie pluje w brodę
Niektórzy chcieliby tu być, inni ucieć w porę
Po której stronie jesteś ty? Nikt ci tu nie powie
Cały ten syf czuję nawet w sobie
Z nieba nie lecą nam pieniądze jak u Cash Money
Jeśli masz plany na zarobek możesz skończyć ze łzami
Co moment pojawiają się nieznani, nowi
Gotowi odgryźć ci ramię razem z tym, co zarobisz
Wydawca ci nie zrobi dziś na gruby sos szwindlu
Za parę groszy chętnie cię spuści w kiblu
W morzu promocji i klipów, i zapowiedzi
Możesz być jednym z rekinów lub nie żyć

Ref. x2
Minęły czasy koleżeństwa i szczerych słów
Zamiast zajawki jest w sercach śnieg i lód
Idziesz po hajsy przez deptak ze ściętych głów
A dawne ideały robią puff

Za wiele lat robię rap żeby ufać raperom
Zawieje wiatr i dawna pewna stówa się zamienia w zero
Nie liczył się hajs, minęło nam trwale
Dziś liczy się hajs, wielu gra jak za karę, łapiesz?
Wracają dziś dinozaury, co przez dekadę
Nie nagrały nic i skamieniały syf pchają na ladę
Wypierdalaj z tym szajsem stąd
I skończ się wozić z legalem jak do dziś nie znalazłeś flow
Miałeś CD gdy byle przygłup miał album
Dziś twój najlepszy wers by skończył w kiblu undergroundu
Wiele dzieciaków dziś cię miażdży stylem
Bo jesteś słaby, wzbudzasz tylko tani sentyment
Wydałeś klasyk? Jeśli mam być szczery
Klasykiem się nie staje chłam przez datę premiery
Pieprzyć ten bajzel, chcesz być w tej bajce?
Z tobą nie zamierzam dzielić się hajsem

Ref. x2
Minęły czasy koleżeństwa i szczerych słów
Zamiast zajawki jest w sercach śnieg i lód
Idziesz po hajsy przez deptak ze ściętych głów
A dawne ideały robią puff

Robię rap, zamień w tym wyrazie „p” na „k”
Tak, niedaleko jest od rapu do raka
I to potrafi złamać na pół pewniaka co czuł się jak król świata
A wraca na dwór jako sługa
Droga na górę jest bardzo długa
Kto ma ułomną naturę nie ma co szukać tu szczęścia
Zostawi tylko smród u wejścia
Bo Bóg się nie zjawi tu, gdzie się bawi bestia
Niejeden mój kolega zjebał wiele
Kumpli sprzedał, by coś mieć dla siebie
Nie wyszło to i tak, a on jest teraz śmieciem
I ma tylko szacunek dziecka, co go nie zna – w necie
Najtrudniejsze w tej grze jest zostać sobą
I nie dać się omotać pełnym pochwał słowom
Wszystko wokoło to zakazany owoc, serio
A sobą jest tylko twoje ego i pazerność

Ref. x2
Minęły czasy koleżeństwa i szczerych słów
Zamiast zajawki jest w sercach śnieg i lód
Idziesz po hajsy przez deptak ze ściętych głów
A dawne ideały robią puff
Wybacz przyjacielu mój, że tak Ci bezczelnie przerywam
Lecz cóż, ja mam przypadkowo klucz do dybów, z których się wyrywasz
Spójrz świat może być Twój wystarczy, że kiwniesz palcem
No już, oszalej, wstyd co oplata Twój mózg spuść jak brud w umywalce

Najśmieszniej to jest na początku
Z pozoru jest w porządku wszystko
A kiełkuje coś gdzieś w żołądku, mniej więcej pośrodku, między kotletem i szynką
Jakimś cudem wcześniej nie dostrzegłeś, że siedzi dokładnie na wprost
Sąsiedzi krokiety w panierce i żytnią, Ci wciąż podtykali pod nos
Teraz chłoniesz jej widok wieprzu, podświadomie dotykasz pod wąsem warg
Gdy włosy powoli jej płyną w powietrzu jak w reklamie L'Oreal
Dzięki Bogu nikt nie słyszy nic z tego co myślisz Ty, bo
Tylko chory typ na weselu córki, chrześnice chce przerżnąć na wylot

Wybacz przyjacielu mój, że tak Ci bezczelnie przerywam
Lecz cóż, ja mam przypadkowo klucz do dybów, z których się wyrywasz
Spójrz świat może być Twój wystarczy, że kiwniesz palcem
No już, oszalej, wstyd co oplata Twój mózg spuść jak brud w umywalce

Prasujesz skarpetki i majtki, koszule, T-shirty i spodnie
Pucujesz te fugi w łazience i krany aż wszystko zalśni jak słońce
Ścierasz kurze, gotujesz, wynosisz śmieci, wypełniasz książeczki przed czasem
Pakujesz w celofan kanapki dla dzieci i czekasz aż mąż skończy pracę
Gdy jak zawsze przychodzą do niego koledzy, to zgrzewki piw chowasz w lodówce
Kruszą, siorbią, bekają, a na DVD leci film z krzykiem jak na porodówce
A gdy już każdy w domu śpi i gdy Cie nie słyszą
Cofasz film do sceny, gdzie typ przez minutę drugiemu rozłupuje łeb gaśnicą

Wybacz przyjacielu mój, że tak Ci bezczelnie przerywam
Lecz cóż, ja mam przypadkowo klucz do rymów z których się wyrywasz
Spójrz świat może być Twój wystarczy, że kiwniesz palcem
No już, oszalej, wstyd co oplata Twój mózg spuść jak brud w umywalce

Jest ciemny niewielki pokój na końcu Twojego umysłu
I kulisz się w rogu pokoju jak golum przy świeczce jak przy ognisku
Za oknem pokoju szaleje wiatr i łamie gałęzie z trzaskiem
I wiesz, że nie jesteś w pokoju sam, ktoś czeka aż świeczka zgaśnie
Ponad miarę wysilasz ze strachem wzrok, gdy słyszysz jak skrzypi posadzka
W końcu jesteś już pewien, że zbliża się coś i powoli się wsuwa w krąg światła
Nie chce wzrok jak na złość uformować się w krzyk litry krwi serce pompuje w skronie
Kiedy ktoś, kto ma twarz jak Ty nagle zdmuchuje płomień
Pewnego dnia się zakradłaś do mojej głowy
I zasnułaś mi świat pajęczyną
Myślałem, że jestem na wszystko gotowy
A ty strawiłaś wszystko, co we mnie żyło
I dziś gapię się jak zombie w ścianę
I nie chce mi się nigdzie iść
Wczorajsze kolory dziś wydają się blade
I chyba nie chce mi się nawet żyć

Kumple ze szkoły wiedzą gdzie chcą zdawać
Nie jestem jak oni, ale mogę udawać
Ojciec powtarza mi "zostaw marzenia"
W kiosku kupiłem dziś pogrzeb przyjaciela
Na do widzenia ten ostatni raz
Nie ma w świecie dorosłych na to miejsca i tak
Czas się zmieniać i dbać o przyszłość
Tak umiera w marzycielach niewinność
Dzieciństwo wyrywa się z kręgosłupem
Rodzicom mówię, że jest wszystko super
Pchają mnie egzaminom w szczęki
Dzięki korepetycjom robię w mig postępy
W dziecięcym pokoju z plakatami nad łóżkiem
Studentka odkłada dwa tematy na później
Ma rozpiętą bluzkę, starzy w pracy są
Próbuje mnie Pani uwieść, Pani Robinson?

Pewnego dnia się zakradłaś do mojej głowy
I zasnułaś mi świat pajęczyną
Myślałem, że jestem na wszystko gotowy
A ty strawiłaś wszystko, co we mnie żyło
I dziś gapię się jak zombie w ścianę
I nie chce mi się nigdzie iść
Wczorajsze kolory dziś wydają się blade
I chyba nie chce mi się nawet żyć

Nowy dzień, nowy szef, nowa praca
Nie jestem jak oni, ale mogę udawać
Pozory, koszula do spodni, krawat
Rozbite domy, byłe żony, zapewniony zawał
Hierarchia? Jakie ma kurwa znaczenie,
Która tu mrówka ogarnia, wszyscy gryziemy ziemię
Jak Spiderman chciałem zbawiać świat,
Ale w trakcie gdzieś plan mi trafiał szlag
Kto ma czas na to wszystko naraz?
I ja chciałem grać tu o miłość dla nas
Sama tu widziałaś tu dzieciaka i welon
Ale skończyło się na paru schadzkach przy ksero
Było minęło, nie ma czego żałować
Bo wszystko przede mną a Bóg mnie kocha
Więc znów jak kota głaszczę los pod włos
Wóda, koka, szot, szot, nos

Pewnego dnia się zakradłaś do mojej głowy
I zasnułaś mi świat pajęczyną
Myślałem, że jestem na wszystko gotowy
A ty strawiłaś wszystko, co we mnie żyło
I dziś gapię się jak zombie w ścianę
I nie chce mi się nigdzie iść
Wczorajsze kolory dziś wydają się blade
I chyba nie chce mi się nawet żyć

Telewizory, herbata czy kawa
Nie jestem jak oni, ale mogę udawać
Chyba drży za żaluzją szyba
Nie jem nic i tak chce mi się rzygać
Nie zasypiam bez leków do rana
Jak się nazywał doktor z Xmenów?
- Xanax
Nie wiem sam, resztki mózgu tracę
Jestem za głupi nawet na te kalambury za kasę
Dzwonią, strace pracę, straszne
I to o to zabiegałem, poważnie?
Z tego mam przed garażem merca
I puste pudełko w kształcie serca
Znalazłem: Pogrzeb przyjaciela na strychu
Obok Supermana z plastiku i zdjęcia,
Na którym biegam z moim psem
A teraz wezmę każde z lekarstw na sen

Pewnego dnia się zakradłaś do mojej głowy
I zasnułaś mi świat pajęczyną
Myślałem, że jestem na wszystko gotowy
A ty strawiłaś wszystko, co we mnie żyło
I dziś gapię się jak zombie w ścianę
I nie chce mi się nigdzie iść
Wczorajsze kolory dziś wydają się blade
I chyba nie chce mi się nawet żyć
Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężki los
Faceci nie zawsze mają wielki post,
Chleją, zdradzają, nie wracają na noc,
I często ciężko jest zmienić w nich coś.
Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężką misję
Gdy w grę wchodzi męskie ego i ambicje,
Wielu z nas chce mieć tę lepsza pozycję
I zapominamy o romantyzmie.

Czemu to tak mi ryje głowę, w sumie nie znamy się,
Powiedzieliśmy sobie gdzieś w przelocie ze dwa razy cześć,
Ty jesteś z moim ziomkiem ile lat już, z pięć?
Macie historie, na ścianie w salonie te parę zdjęć,
I co? Ja mam w to wejść i to zburzyć kopem
Powiedzieć Ci że twoje szczęście to fake, spuść wodę?
To nie jest mój interes, to jest mój człowiek.
I wiem że jeśli się odezwę będzie chuj z ziomem.
Koniec, cokolwiek zrobię i tak będzie źle.
Wolałbym wiedzieć mniej, widzieć mniej, to sumienie żre.
Nie umiem pieprzyć tego jak on pieprzy te dupy,
Nie wiem jak może koło ciebie leżeć bez skruchy,
A skurwiel umie to powtórzyć parę razy w miesiącu
Nie rzucił Cie, woli robić dalej szmatę ze związku,
To nie w porządku, to chore, on jest dalej z tobą,
A ja się głowię co powiem gdy staniesz obok.

Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężki los
Faceci nie zawsze mają wielki post,
Chleją, zdradzają, nie wracają na noc,
Często ciężko jest zmienić w nich coś.
Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężką misję
Gdy w grę wchodzi męskie ego i ambicje,
Wielu z nas chce mieć tę lepsza pozycję
I zapominamy o romantyzmie.

Wszystkich nas goni czas, biologiczny zegar nie chce chodzić wspak,
A presja rodzin każe nam wdrożyć sprawdzony plan,
Uśmiech jest często na fotach a w domach piekło, duchota,
Próbujesz zmienić lwa w domowego kota.
On znów się szwenda gdzieś po nocach z kumplem,
Do domu wraca Ci obita morda od której czuć wódkę.
Chciałabyś mieć bad boya co czytuje wiersze,
Szczerze, myślałaś że to potrwa wiecznie?
Wybacz mi, śmieszne to, znają na mieście go dobrze.
Myślałaś że po przysiędze on się wreszcie ocknie?
Okej, czasem wiara czyni cuda,
Lecz rzadko kiedy wtedy gdy sprawa się dzieje z winy fiuta.
Męska natura to jest ciężka rzecz,
A męska duma plus wóda równa się prawie pewna śmierć,
Niewielu z nas odpuszcza, my to mamy w sobie,
Często za byle gówna narażamy zdrowie.

Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężki los
Faceci nie zawsze mają wielki post,
Chleją, zdradzają, nie wracają na noc,
Często ciężko jest zmienić w nich coś.
Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężką misję
Gdy w grę wchodzi męskie ego i ambicje,
Wielu z nas chce mieć tę lepszą pozycję
I zapominamy o romantyzmie.

Dałaś mi serce, chciałbym Ci dać o wiele więcej
Mówię o domu rodzinie i bezpieczeństwie,
Lecz w mojej głowie pełno jest demonów
Każdy z nich szepcze "idź po tej ścieżce
Mimo klęsk wciąż widzę w Tobie zwycięzcę"
Dzień w dzień to samo, pieprze przegraną,
Wszechświecie wściekle cie zerżnę jak moją panią!
Ten bajzel mi wpisano w DNA,
Jestem wybrańcem, idę po wygraną, cenę znam
Jest wysoka, pcham się w to bagno nawet kiedy kocham
Dlatego sam bym się spod ziemi wykopał
I ponoć mam już umówioną wizytę u psychologa
Po co? Ma we mnie zabić ambicję bo jest chora?
Zostaw mnie, dzisiaj cię nie chce widzieć
Nie jestem z tych co patrzą w szkło telewizora przy piwie
To nie jest życie, przykro mi mam wyższe cele
I niszczę wiele. Odejdź zanim zniszczę Ciebie.

Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężki los
Faceci nie zawsze mają wielki post,
Chleją, zdradzają, nie wracają na noc,
Często ciężko jest zmienić w nich coś.
Kobiety swoich mężczyzn mają czasem ciężką misję
Gdy w grę wchodzi męskie ego i ambicje,
Wielu z nas chce mieć tę lepsza pozycję
I zapominamy o romantyzmie.
Witam Cię ziomek w tym miejscu
Co nie generuje a degeneruje zwycięzców
Poczujesz to w powietrzu
Bo tu w człowieku dojrzewa pierwiastek
Którego nie znajdziesz u Mendelejewa
Od dziecka po trumnę od kołyski
Mówią Ci - nie pchaj się na piedestał
Musisz być skromny i zwykły, jak wszyscy
To syndrom Polski, wybij się wyżej a cię chwycą za kostki
Nam pozostaje to pierdolić bracie
Jebaną kulą w sercu mnie nie zatrzymacie
Słowa jak rapier papier tną, masz coś do nich?
Niejednego flow ocalił tu od paranoi
Z Sodomy do Gomory, dwa na dwa metry
Długopis, mikrofony, szatan dyktuje teksty
I dzięki, kto tu się lepiej sprzedał?
Tu ziom z tych osiedli, co ma plan jak się wkręcić do nieba
Bit na żywo z miejsca, co zła nie zna z dzienników
Skąd zwiewa wciąż w chuj moich rówieśników
Kwestia to moment wyczuć, prześlizgnąć się po fali
Przebić to czego inni nie zdołali
Pieprzyć to co za nami, bo tego jakby nie ma, nie?
Kto chce iść w przód patrzy w przód zamiast patrzeć wstecz
Wiem czego chcę, mam autorytet własny
I mam drabinę z liter co prowadzi mnie pomiędzy gwiazdy

Ref. x2
To dla moich ludzi ŁDZ pełen luzik
To dla moich ludzi lek, lek
To dla moich ludzi, bo już czas się obudzić
Przygotować się na nowy dzień, wiesz

Czuję się jakbym czekał na tą płytę całe życie
To jak byście znów mogli wziąć ten pierwszy oddech gdy się narodzicie
Ten pierwszy raz widzieć świat na nowo
Widzieć znowu ten pierwszy raz milion barw przed sobą
To nowy start i strzał z adrenaliny na rozpęd
Dla tych co jeszcze nie popadli w obłęd
W osiedlach co farciarzom dają drobne na bilet
Zacznijmy nowy dzień, zbierz siłę
Jak wierzysz, że masz tylko jedno życie, jak ja
Wyrywaj co ci każdy dzień winien każdego dnia
I otwórz się na świat, zobacz szanse jakiej inni nie widzą
Nie patrz już w ziemię brat, podnieś wzrok i popatrz na horyzont
Zakładaj ciuchy, buty, otwórz te drzwi
Bo dla niektórych sny nie kończą się nad ranem
I gdy dla niektórych kolejny dni tylko gonią kolejne dni
Ktoś tu spełnia sny, gdy inny czeka aż się spełnią same

Ref. x2
To dla moich ludzi ŁDZ pełen luzik
To dla moich ludzi lek, lek
To dla moich ludzi, bo już czas się obudzić
Przygotować się na nowy dzień, wiesz

Witam cię serdecznie na tej płycie
która dla mnie jest mega ważna
ja wydaje tą płytę właściwie na dziesięciolecie
i to jest powrót do czasów, którymi się jaram
do brzmienia rapu, w którym się zakochałem
Słuchaj jak to brzmi, 2008
możesz mówić ŁDZ możesz mówić HollyŁódź, jak wolisz
choć nie ważne, możesz w ogóle nie być z Łodzi
możesz być gdziekolwiek, włączyć to sobie to na empetrójce
serdecznie Cię zapraszam, ziomuś!

Kiedy ty hip-hop dawno przysypałeś ziemią
Ja wchodzę tu tak jakby się drugi raz to wszystko zaczęło
Jak Nike Air Force 1, to czysta świeżość
Choć mogę mieć sandały i słabi gówno powiedzą
Bo mam flow i styl, a pozostali łapią kolby w ryj
I adios, na do widzenia dwa kopy na wynos
Jak nie chcą po dobroci mogę zrobić tu porządki siłą
Ty ryło stul, bo żaden z ciebie skurwiel, aj
A tylko mały, słaby, szary chuj bez jaj
Cie nie ocali twój gang z Nowego Jorku
Jeśli od Diplomats się zaczyna twój oldschool
Jak masz 15 lat, jesteś białasem co mówi po polsku
A twój awatar ma bandanę Bloodsów
Bo żaden z ciebie Game gnojku, raczej ci bliżej do geja
To twoje życie, ok, ale to moja scena, dlatego

Ref. x2
Dziś jest dzień
Gdy ta kultura złapie czysty tlen
Zaznacz na mapie bracie ŁDZ
Bo to jest nasze czy ty chcesz czy nie
Wracamy tu z hałasem
2008..Ziomuś, witam cię serdecznie tego pięknego dnia
Dzisiaj pokaże ci miejsca, pokaże ci ludzi, których kocham..

Polski rap kocham blade kolory i metafory
ja kocham prosty mocny rap co barw sie nie boi
kocham fanki chce czuc ten funk w tym co chce robic
kocham dobry tekst i jazz step w saysonic
kocham jak publika unosi w góre ręce
kocham to w dziewczynach jak są nieprzystępne
kocham bawic sie dzwiękiem i efekt tej pracy
gdy stoje na scenie miotając w niej kolejne frazy
kocham poranki kiedy budzi mnie słońce
kocham czytać, choć kiedys w ogóle nie czytałem książek
kocham na oślep jesli kocham w ogóle
kocham Polskę choć czasem wątpie, sam wiesz jak tu jest
kocham usiąść z browcem przy ziomach
i słuchac najlepszych rapowych płyt w samochodach
i w klubach i w domach mam taką jazde
kocham słuchać ich po przebudzeniu i zanim zasę

Ref: 2x
Jeżeli masz to coś w co kochasz w co wierzysz
to podnieś swoje ręce od zaraz
nikt nie da szansy ci by drugi raz to przeżyć
a słońce dzisiaj świeci tu dla nas

Kocham graffiti i komiksy z dzieciństwa
i to jak jesteśmy podpici i jedziemy freestyle
kocham nagrywać, kocham pisać kawałki
i kocham siłę jaką beatbox zyskuje przez majki
kocham zmiany, bo nie nawidze stac w miejscu
i będąc nastukanym kocham grać pół nocy w tenchu
i kocham brzmienie żywych bębnów i pętle z breków
i swoje korzenie jak vademecum
i filmy z rick'ami na decu jak flipy ze schodów,
i z tego co pamiętam to od zawsze kocham humor sitcomów, ziomuś
jeszcze kocham szczerość zamiast niedopowiedzeń i udawania,
kocham refreny oparte na cut'ach z klasyki,
i chociaż kocham winyl to toleruje cd,
jak słyszysz kocham słowa na bicie,
kocham wolny styl, kocham sny, kocham życie

Ref: 2x
jeżeli masz to coś co kochasz, w co wierzysz,
to podnieś swoje ręce od zaraz,
nikt nie da szansy ci by drugi raz to przeżyć,
a słońce dzisiaj świeci tu dla nas

kocham tą płyte chociaż ty możesz nienawidzić jej,
kocham swoją dziewczyne chociaż bywa tak, że wkurza mnie,
kocham to osiedle złe do szpiku,
gdzie zostawiłem jedynke na chodniku,
kocham to miasto choć to miraż,
to tu straciłem kilku ziomków a przez kilku w końcu uwierzyłem w przyjaźń,
kocham się szwędać po ulicach w nocy,
tylko ja i muzyka i dzielnica co umie przymykać oczy,
kocham to ostre żarcie,
choć rozwala mi brzuch i sieje spustoszenie w gardle,
i sprite jest pragnieniem a cola spritem jak dla mnie,
bo chlam ją litrami i pewnie dałbym rade wychlać całą wanne,
mam pare ukochanych płyt, nie skumasz kilku,
i tak jak pare płyt mam pare filmów,
mam jazde na kręcenie klipów i jazdy na robienie fotek,
bo kocham dziś i chce je zachować na potem

Ref: 2x
jeżeli masz to coś co kochasz, w co wierzysz,
to podnieś swoje ręce od zaraz,
nikt nie da szansy ci by drugi raz to przeżyć,
a słońce dzisiaj świeci tu dla nas
Patrz, oto twarz, którą poznasz dziś dokładnie
Robi rap, tak jak ja, choć ma całkiem inną matkę
To mój brat, parę lat już mówimy tak do siebie
Chociaż ja, i za hajs, nie powiedziałbym, że wierzę,
Ze tu będzie tak
Gdybyś zapytał mnie parę lat wcześniej
Byłoby to dla mnie śmieszne
Nie mieliśmy razem grać, teraz ruszamy w trasę
Wtedy wkurzało nas nawet jak drugi otworzył japę
Chyba łapiesz, o czym mówię?
Robiliśmy sparring, co kończył melanże co drugie
Podarliśmy tak chociażby kurtkę mi
Pokutowaliśmy za to tylko przez te drugie dni
Puste łby, myśleliśmy, że to już dawno za nami
Zrobiliśmy litr, drugi litr, zrobiliśmy sparring
Nasze mamy nie wiedziały, ale wiedzą już
Poszedł kop jego, potem nos mój, na pół
Ale luz, mam kunszt jak lekarz, małe chrup i jest jak teraz.

Gdy ci się wali już na głowę świat
Kiedy cię rzuca dziewczyna, kiedy przepuszczasz hajs
Kiedy się gubisz już w bilansie strat
I nie wiesz co i jak, kto ci pomoże, jeśli nie twój brat?
Gdy już za bardzo się użalasz nas sobą
Kto ma odwagę, by ci sprzedać blachę, żebyś ruszył głową?
Kto będzie wtedy z tobą, gdy przyjdzie taki dzień?
On to wie, ty to wiesz, ja to wiem.

Było nas dwóch łódzko-bałuckich gringo
On z chorą wątrobą, ja wstawioną jedynką
Może ciężko nazwać to drużyną marzeń
Ale uwierzysz we wszystko już po piątym browarze
Idzie to z urokiem w parze
Panie patrzą na nas, kiedy rozbijamy się po barach
Bo my robimy hałas, my gadamy naraz, cała sala gapi się tu na nas
Przerwa na shot, hop, co, teraz wszyscy bez popitki?
Gdybym liczył ile razy my piliśmy tak to na bank przepiliśmy wszystkich
Bo to my wpadaliśmy i zabieraliśmy majki, by po chwili
Nie pamiętasz nic, włącznie z tym - czemu są panowie niemili?
Wpadaliśmy i wypadaliśmy z klubów nieraz na zbity pysk
I bywało, że zamienialiśmy kurtki, żeby się tu znowu wbić
Mój team, razem z bratem, zawsze gdy więcej gotówki
Woziliśmy się 96 od i do krańcówki
Nie jestem, już w połowie, taki głupi, jaki byłem za tamtych lat
Ale jestem tu i jestem ten drugi, zawsze tu jest mój brat.

Gdy ci się wali już na głowę świat
Kiedy cię rzuca dziewczyna, kiedy przepuszczasz hajs
Kiedy się gubisz już w bilansie strat
I nie wiesz co i jak, kto ci pomoże, jeśli nie twój brat?
Gdy już za bardzo się użalasz nas sobą
Kto ma odwagę, by ci sprzedać blachę, żebyś ruszył głową?
Kto będzie wtedy z tobą, gdy przyjdzie taki dzień?
On to wie, ty to wiesz, ja to wiem

Przyjaciel? nawet nie wierzyłem, że tu wartość ma to słowo
Przy bracie nauczyłem się wartościować przyjaźnie na nowo
Przy rapie siedzieliśmy nie raz, głowiliśmy się nad tym wszystkim
I czy słońce grzało, czy padało na łeb, zawsze mogłem tu wylać myśli
Ty widziałeś, jak wznosiłem się, ty widziałeś, jak leciałem w dół
Kiedy tamci zostawili mnie, ty zostałeś przy mnie tu
Przebyliśmy we dwóch ogromny kawał drogi
Raz to był tour, raz tylko szliśmy przejść się między bloki
Choć czasem nie mogę się do ciebie dodzwonić przed trzynastą
I czasem, kiedy z mojej karty dzwonisz, myślę zbierz na własną
Kiedy nie przychodzisz na podaną godzinę prosisz się, by ci skopać tyłek
Myślę, kiedy byłeś tu w porę, gdzie się nie spóźniłeś, ziomie?
Chyba tam, gdzie było trzeba, kiedy miałem dołek to i przyjaciela
I teraz, mogę tego pewien być, kiedy będę w dole będziesz tu i ty
Świat nie jest zły do końca, dobra, może być nawet czarna owca
Jak my, każdy z nas tylko trzeba dać nam czas.

Gdy ci się wali już na głowę świat
Kiedy cię rzuca dziewczyna, kiedy przepuszczasz hajs
Kiedy się gubisz już w bilansie strat
I nie wiesz co i jak, kto ci pomoże, jeśli nie twój brat?
Gdy już za bardzo się użalasz nas sobą
Kto ma odwagę, by ci sprzedać blachę, żebyś ruszył głową?
Kto będzie wtedy z tobą, gdy przyjdzie taki dzień?
On to wie, ty to wiesz, ja to wiem.
Leżą żule zarzygani, cały dzień
Szczynami wali każda brama i przejście
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź
Sanitariusze pędzą karetkami gdzieś... co za pech... (Ojej!)
Z tymi, którym nie wytrzymało serce
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź

Te dni do dzisiaj budzą we mnie strach
Pierwszego z nich jakiś chłopina wziął za stertę szmat
Podcięte gardło typek miał i jelita na wierzchu
Rzygałby tu co drugi z nas, gdyby nie przypał wśród koleżków
Mała uliczka w centrum, źle oświetlona
Nikt nic nie widział, nie słyszał nic, typ żył wczoraj
Dziś był jak potłuczona postać z porcelany
Znaleźli go sto osiemdziesiąt metrów od Norbelany.
Za długo żeśmy nie czekali na dalszy ciąg
Jeszcze żyliśmy tamtym a był już nowy martwy głąb
I rozpłatany tors między schodami i płotem
Wokoło flaki i ktoś podkreślił mu nożem brodę
Zaraz za Koncertowym Domem Vogla
Ktoś zrobił koncert od kości łonowej do mostka
Z użyciem ostrza; chociaż się nie znam na sztuce
Moja teoria: morderca nie był nowicjuszem

Leżą żule zarzygani, cały dzień
Szczynami wali każda brama i przejście
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź
Sanitariusze pędzą karetkami gdzieś... co za pech... (Ojej!)
Z tymi, którym nie wytrzymało serce
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź

Trzeci miał pecha obok Alte Szil
Ale morderca nie spodziewał się, że wpadnie z nim
Nim skończył akcję, zmył się, pewnie słysząc kroki,
Bo po tym parę chwil miejscowy diler nadział się na zwłoki
Tropienie, w tropiącym, rodzi z tropionym więź silną
Czułem że chociaż życie uszło przez tętnicę szyjną
Nie zaspokoi to głodu zwierzęcia w szale
Po chwili biegłem już do Synagogi Ezras Izrael
Wiedziałem! Instynkt nie mógł zawieźć mnie
Już nad zmasakrowanym ciałem zbiegła gawiedź się
Kiedy na miejsce dotarłem, ujrzałem rzeź, dosłownie
Wnętrzności powiewały przy ciele jak dwie chorągwie
Bo ktoś je, wywleczone na zewnątrz, położył obok
Po co? Po liczbie cięć pod brodą
Ewidentnie widać że ktoś miał problemy z głową
Nie mogąc wziąć, czego chce zabrał nerkę ze sobą

Leżą żule zarzygani, cały dzień
Szczynami wali każda brama i przejście
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź
Sanitariusze pędzą karetkami gdzieś... co za pech... (Ojej!)
Z tymi, którym nie wytrzymało serce
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź

Po pewnym czasie ja dostałem list
I nadgryzioną nerkę w paczce razem z nim
W liście było przyznanie się do każdej z win
A wszystko to przypisywane Rozpruwaczce Jill
Tego nie brałem pod uwagę do dziś
Nie przypuszczałem by w kobiecie taki diabeł tkwił,
Co doda tak szatańskich sił do takich złych występków
Nagle trzasnęły drzwi i miała sztylet w ręku
Znaleźli mnie tu, gdy przyszli pobrać czynsz; finał
Pośród bebechów, w domu przy Teatrze Sellina
Sam bym rozkminiał długo swoją tożsamość
Bo to, co zostawiła ciężko złożyć w całość
Za życia była dla mnie nieuchwytną parą
A dziś - kiła, mogiła - wielu wzdycha za nią
Mnie nie udało się jej wolności pozbawić
Mam tylko dowód na to, jak to inspiracja może... zabić

Leżą żule zarzygani, cały dzień
Szczynami wali każda brama i przejście
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź
Sanitariusze pędzą karetkami gdzieś... co za pech... (Ojej!)
Z tymi, którym nie wytrzymało serce
Co to jest? Co to jest? Co to jest?
Lato w mieście Łódź
Osiedle jak każde, z problemem, jak zawsze
Rachunki wyrównuje ktoś jest dilerem na klatce
kopnięciem na czaszkę, co Ty ziom
Gdy swoje bierzesz za własne to kończysz jak on
Wielu myli tu odwagę z głupotą
w co drugiej głowie rodzi się zło przed północą
Nie zawsze z nas tak emocje wychodzą
lecz czasem jak ze zdwojoną mocą
Halówki Nike i czarny dres
kiedy się budzisz do walki tamci łapią stres
Rozjebane przystanki zdobi krew
I pękają szklanki gdy zaciskasz pięść
Z bandą hien chodzisz nocą po mieście
nie tańczysz, chyba że z ochroną pod wejściem
W dziesięciu jesteście jak Schwarzenegger
Miękniesz kiedy jesteś jeden

Pełno w miastach tchórzy w maskach,
strach co dnia pcha im broń do ręki,
Co dnia frustracja utwardza kolana
i zaciska szczęki, zaciska pięści
Możesz być uzbrojony po zęby
i czuć się zupełnie nagi
Możesz marszczyć brwi,
ale w żadnej ze źrenic nie widać nawet krzty odwagi.

Pamiętam dobrze ten moment, nie poszło w las
koleś trzyma pistolet mierzy prosto w nas
Sam zacząłem pod pubem demolkę
lecz koleś z gnatem się nie zdarza co piątek
Goude piłem ja, pili też kumple
rozsądek wraca nam w jakąś milisekundę
Każdy myśli że umrze, widzi tę kulkę
prawie czujesz jak przebija Ci kurtkę
Śmierć wymachuje tą klamą
każdego króluje się za najbliższą ścianą
Wszyscy czekają jaki będzie finał
nagle jeden z nas mordę drze, biegnie do typa
Adrenalina nam rozsadza serca
i nagle zanika w nim odwaga z miejsca
Typ się odwraca i spieprza co sił
życie na tych osiedlach bywa nieraz jak film.

Pełno w miastach tchórzy w maskach,
strach co dnia pcha im broń do ręki,
Co dnia frustracja utwardza kolana
i zaciska szczęki, zaciska pięści
Możesz być uzbrojony po zęby
i czuć się zupełnie nagi
Możesz marszczyć brwi,
ale w żadnej ze źrenic nie widać nawet krzty odwagi.

Żyjemy w świecie pozorów, w erze kolorów,
gdzie śmiecie się mają za bogów
A najmocniejsi w gębie, najmocniejsi w gębie
są na komendzie wśród protokołów
O bohaterstwie nie mów nikomu ani słowa,
DoomsDay znajdzie Cię w Kalu-El z Kryptona
Jeszcze wczoraj każdy chciał być jak Batman
dziś każdy chce wyglądać jak Bane, racja?
W miastach toczy się walka chłopaku,
ziomek w liceum zaszył sobie tasak w plecaku
Gdy wpada banda leć w te pędy gdzie możesz,
bo tu akcja jest grana na maczety i noże
Nie brak chętnych na wojnę, co to to nie,
a pradziadkowie przewracają się w grobie bo mieli dwie.
Matka uczyła mnie widzieć dobro w człowieku,
a ja pytam się ‘po co mi to w średniowieczu?!’

Pełno w miastach tchórzy w maskach,
strach co dnia pcha im broń do ręki,
Co dnia frustracja utwardza kolana
i zaciska szczęki, zaciska pięści
Możesz być uzbrojony po zęby
i czuć się zupełnie nagi
Możesz marszczyć brwi,
ale w żadnej ze źrenic nie widać nawet krzty odwagi.
[x2]
razem nam jest nie po drodze
otworzę zaraz drzwi i wychodzę, bo to nie zdrowe
bo tak dłużej nie mogę, ty chyba też, co chcesz to bierz
nie chcę widzieć cię więcej, to koniec, cześć

znowu tu stoisz z walizką
do której znowu spakowałaś wszystko
wyjdź stąd szybko, bo zaraz tu mnie trafi szlag
i rozpierdolę coś tu w drobny mak, daję słowo
dziś zastanawiasz się jak my mogliśmy być ze sobą, spoko
ja teraz myślę o tym też
ty zastanawiasz się jak dotąd mogłaś mnie znieść
wielka pani, wieczny PMS, wieczna kłótnia
nie do zniesienia po południu i do południa
weź nawet mnie nie wkurwiaj, weź mnie nie wkurwiaj bardziej
że druga taka głupia to się dla mnie nie znajdzie
bo znam cię za dokładnie na wylot
jest pierwszą lepszą by tu tego piekła nie było
to by się nie skończyło tak, co to za cyrk?
nie wiem jak to się stało, że się znaleźliśmy w tym
ty za sobą masz drzwi i jeśli chcesz to możesz w każdej chwili wyjść

[x2]
razem nam jest nie po drodze
otworzę zaraz drzwi i wychodzę, bo to nie zdrowe
bo tak dłużej nie mogę, ty chyba też, co chcesz to bierz
nie chcę widzieć cię więcej, to koniec, cześć

znowu stoimy pod drzwiami
znowu coś jest nie tak między nami
choć się kochamy mamy problem znów
i ja mam spakowany plecak i brak mi słów
i chcę uciekać jak dzieciak, bo mam już dość, tracę siły
czasem czuję, że się nienawidzimy
że to na niby, że nie ma nas, tylko to głupio przerwać
że mamy rację w tym co mówimy do siebie w nerwach
i teraz nie wiem sam, mam w głowie mętlik
chcę się wyplątać z tej pętli pomiędzy nami
gdybym coś zmienić mógł pomiędzy nami
to dziś bym wolał, żebyśmy się nigdy nie spotkali
mam dosyć tej jazdy, bo to jest chore
a między nami chemia jest jak między ogniem i wodorem
to się nie może udać, trudno
za sobą mam drzwi, już nie zobaczysz mnie jutro

[x2]
razem nam jest nie po drodze
otworzę zaraz drzwi i wychodzę, bo to nie zdrowe
bo tak dłużej nie mogę, ty chyba też, co chcesz to bierz
nie chcę widzieć cię więcej, to koniec, cześć

znów wychodzimy żeby wrócić
w tym pojebanym świecie co robi zwierzęta z ludzi
w tych pojebanych czasach gdzie wszystko trwa chwilę
szukałem cię przez lata i dzisiaj dla ciebie żyję
więc odstaw tą walizkę na bok
wiesz, że znów będzie tak samo
obok siebie, obudzimy się rano jak nam pisano
bo mnie wciągnie to bagno bez ciebie
choć czasem w bagnie podtapiamy siebie
chcę mieć tu codziennie obok mnie
bo nie obchodzą mnie te wszystkie dni, kiedy jest źle
gdy chcę uciekać albo kiedy to ty chcesz uciekać
ja wiem i ty to wiesz, że będziemy na siebie czekać
to coś o przeznaczeniach, których się nie rozłączy
kiedyś będą o nas pisali książki
o tej miłości co nie miała szans, o miłości w nas
o tym jak mimo przeciwności pokonała czas

[x2]
razem nam jest nie po drodze
otworzę zaraz drzwi i wychodzę, bo to nie zdrowe
bo tak dłużej nie mogę, ty chyba też, co chcesz to bierz
nie chcę widzieć cię więcej, to koniec, cześć
Ten utwór jest dedykowany wszystkim których poznałem przez te lata.
Wszystkim którzy mieli wydawać płyty, a nie wydali.
Wszystkim którzy wydali pyty, ale nie było słychać o tych płytach.
Wszystkim którzy, których życie zmusiło do zaprzestania.

Jak zaczynałem to było góra siedem ekip,
każde nowe nagranie się przegrywało od kolegi.
Uliczny dill, bez mp3 na necie,
najczęściej nie na CD, a na kasecie.
Bity na Fast tracekrze robił kto miał komputer,
a ja na konsoli chociaż przez pada to nieproste w obsłudze.
Wciąż pamiętam uczucie, gdy ten pierwszy raz,
Puściłem swoją muzę, przez całą noc nie mogłem spać.
Minęło wiele lat od tego czasu,
ja wciąż zarywam noce dla tych sampli i basów.
Słyszałem przez ten czas mnóstwo rapu z Polski,
widziałem wiele planów i zjebanych promocji,
Mnóstwo talentów którym nie dano szansy,
przy jednym posunięciu ich zrzucono z planszy.
To hajs, kontrakty biznes, na wielu z nas pozostawiają bliznę.

Nie każdy ma na tyle siły by przetrwać,
nie zawsze się udaje to co robimy,
chodź płynie z serca.
Czasem przez pecha tu zostajesz na dole
tu nie ma nic za frajer, ale czasem ziomek
możesz wypruwać sobie żyły, z całych sił się starać
i nie dostać za to nic – taka bania.
Do pokazania mamy światu wiele,
ale nie zawsze daje się zrealizować cele.

Nie pytaj mnie ile śpię godzin na dobę,
zapytaj sam siebie ile Ty jesteś w stanie nie spać człowiek,
żeby dopisać zwrotkę, dokończyć bit,
ja robię ten projekt od wczoraj od 10 a jest 6 dziś
i wstaje słońce za oknem i to bynajmniej nie jest pierwszy
raz chodź nie robie tak ciągle.
To żyje tym, chyba słyszysz?
Wole nagrać tą zwrotkę zamiast gadać o niej z Toba na ulicy,
bo my, robimy płyty, a nie szum wokół tych,
które jeszcze nie wyszły bo nie ma i nie będzie ich.
Spełniamy tu sny dlatego widać w tym pasje,
a nie czekamy tu tylko na okazję.
Mam tą zajawkę na to już od dekady i sporą dyskografie,
chociaż dla ZAiKSu wiąż jestem nieznany .
nie piszę do szuflady tekstów na epkę życia,
tylko żyję tym tutaj i dzisiaj.

Nie każdy ma na tyle siły by przetrwać,
nie zawsze się udaje to co robimy,
chodź płynie z serca.
Czasem przez pecha tu zostajesz na dole
tu nie ma nic za frajer, ale czasem ziomek
możesz wypruwać sobie żyły, z całych sił się starać
i nie dostać za to nic – taka bania.
Do pokazania mamy światu wiele,
ale nie zawsze daje się zrealizować cele.
Album Zeusa, strona pierwsza.

Witam Cię, ziomek, w tym miejscu, ponownie. Pozornie ciągle stoję w tym miejscu. Pozornie.
Ziomy pod blokiem chcą wciąż z Bronkiem stać a mnie nie ciągnie już ciągle, by co dzień z nimi chlać.
Przez dziesięć lat rap robiłem dla siebie. Rok temu mogłeś sam sprawdzić tego efekt w sklepie.
Podziemie było wściekłe, bo zmieniliśmy pułap. Bo nie patrzymy za siebie.
Bo to jest nasza natura. Z-E-U-S, J-S-T, inni po roku milkną, a my co roku wracamy po Pierwszy Milion. I nie wiem, jak to z Twoją ekipą, wiem jak jest tu. Idę zawsze za swoją ekipą, nawet jak nas jest dwóch.
Po roku znów jestem tu, to znów jest mój dzień. Tak to się żyje tu, spełniając swój sen.
Nie wiesz jak wyciąć konkurencję w pień, grając fair i lojalnie? Baluty 2009 represent –
Spójrz na mnie!

Jak to jest być debiutem roku?
To bardzo miłe lecz na opłaty w domu prędzej starczy zasiłek
Więc robię obrót i zmieniam perspektywę od teraz
Bo nawet bycie jednym z tych milionów,
Ty sam wybierasz. Scena pożera słabe plotki na raz.
Jak lubisz płytkie idiotki i melanż i przepieprzasz hajs, tracisz czas.
Ja jestem na to za mądry. Dla moich ludzi gram i spieprzam od tej zakłamanej hordy.
Niech pionki robią pompki na gwizdek, ja jestem młody, niepokorny,
Mam ogromne ambicje i plan na biznes,
Jak Erick i Parrish. Przejdę ulice, przez Ateny po Paryż.
Od Genewy do Warszawy. I powrotem. To o tym, jak to nam nie wyjdzie z hip-hopem, klaunie.
Powiedz to tamtej pannie,
Której zasycha w gardle od krzyczenia wciąż „spójrz na mnie!”

To, co ze sceny nawijasz, wraca jak karma,
Więc gdy płytę nagrywam, chcę, by była coś warta i w tych szesnastkach mam coś więcej,
Niż to, jak poderwać szesnastkę i z nią na backstage iść.
Pierdolę słaby styl, słaby bit i słabych zdanie.
Jesteś za słaby na beef. Ja słabych puszczam w niepamięć.
Nie dam Ci sławy, baranie, bo byłbym słaby, jak Ty,
A my gramy o co innego na tym polu gry. Bo dzisiaj stawka jest wyższa. Kwestia to godnie żyć,
Z tego co nas wyniszcza. To kwestia życie i to jest podstawa. Dla mnie to żaden lans, cały hajs przy barze zostawiać.
To Twoja sprawa. Uwierz mi, też przeżyłem to. Te przyjaźnie, melanże, co rodzą zło.
Jak szukasz kogoś, kto zawsze Ci prawdę, dokładnie, dosadnie, to poważnie,
Ziom, spójrz na mnie!
wiesz, chciałbym żeby ten numer nie miał trzech czy tam czterech minut
tylko czterdzieści minut, ale nikt by tego nie zniósł
więc musiałem wybrać tylko po przykładzie
bo jest mnóstwo osób, którym jestem mega wdzięczny
nawet jak ty o mnie nie pamiętasz, to ja pamiętam o tobie
pozdrawiam

[x2]
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i nagrywamy tu to
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i teraz gramy tu to

od '98 tu nagrywam swój rap
możesz policzyć sam ziomek ile to lat
możesz policzyć sam, bo mnie znasz, ile nagrałem płyt
siedzę w tym dalej choć do teraz nie mam z tego prawie nic
nie wierzył we mnie tu nikt, a w ciebie wielu
lecz widać dziś kto miał większe parcie do celu
czemu? nie wiem sam, może na złość reszcie
a może tylko dlatego, że tak mi podpowiada serce
dzisiaj tu jestem i wciąż mnie zżera ambicja
dzisiaj nie ma tu ciebie, sam się prześcigam w pomysłach
od tamtego dissa znowu mija kolejny rok
i to już nie ma znaczenia dzisiaj o co nam wtedy szło
czułem wtedy złość, dziś jestem wdzięczny
przez to zmieniłem flow i to dało mi kopa żeby być lepszym
już raczej nie będziemy mogli zacząć od nowa
lecz pamiętaj, że jesteśmy ustawieni na browar

[x2]
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i nagrywamy tu to
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i teraz gramy tu to

zaczynam dzień od żarcia i sprawdzenia maila
najpierw bloga ogarniam, potem szybko myspace
naprawdę jestem tam, czytam co do mnie piszesz
i myślę, że myślimy podobnie nawet jak mamy inne życie
liczę na ciebie tak jak ty na mnie
i myślę, czy to co piszę na pewno jest nagrania warte
nie daję ci tu byle czego, dlatego mam te parę płyt
co nie ujrzą nigdy światła dziennego
każdego dnia żyję przyszłym koncertem
i myślę jak zaskoczyć was, kiedy na scenę wejdę
dla mnie to dużo więcej od sposobu na hajs
mam czyste ręce więc wielu szuka sposobu na nas
albo sposobu na lans naszym kosztem
widzę w tym wszystkim was, tutaj macie drzwi otwarte na oścież
za każdą dobrą wypowiedź w naszej obronie
w trakcie tych wszystkich wojen wokół brat, jesteśmy w kontakcie

[x2]
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i nagrywamy tu to
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i teraz gramy tu to

już dwie dekady ponad wam serwuję piekło
z moimi szkołami, studiami, przed wojskiem ucieczką
bez was byłbym daleko stąd od moich marzeń
a bawię się jak dziecko wciąż już jako dorosły facet
to zaufanie naginałem nieraz,
jakby nie patrzeć jestem jedynakiem
z melanży nieraz nie wracałem na noc
nieraz wam fundowałem taką jazdę, że się jeży włos
sam siebie nieraz miałem dość, serio
a wy mieliście moc by się barować ze mną
chciałbym okazać wdzięczność wam i spłacić dług za całe życie
lecz dzisiaj mogę wam tylko zadedykować płytę
rodzice, to jest ten mój album marzeń
wyczekaliście na to tak jak ja czekałem
wy pytaliście, a ja nagrywałem, pisałem, składałem bity
możecie być dumni ze mnie jak ja jestem z tej płyty

[x4]
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i nagrywamy tu to
to dzięki tobie mamy głos, mamy moc
i teraz gramy tu to
[x3]
nawet jak nie chcą nas tam
jesteśmy sercem miasta

jesteśmy sercem miasta

jeżeli wstajesz skoro świt przez sześć dni w tygodniu
i przez sześć dni wystajesz pośród przechodniów
czekając na autobus co się znowu spóźni
by dotrzeć do pracy gdzie cię szefowa zbluźni
jak robisz dla córki co tylko możesz
a mimo wszystko zawsze ma od koleżanek gorzej
choć mówi, że jest dobrze - dobrze wiesz swoje
i wiesz jak ciężko jest nie wychowywać dziecka we dwoje
jak po rozwodzie nagle cała rodzina plecami się do ciebie odwróciła
i jeśli zrezygnowałaś z własnego życia by utrzymać dom
by zatrzymać ją, żeby ci jej nie zabrał on
jak czujesz, że to nie to i, że nie miało być tak
jak czasem masz wrażenie, że się na was uwziął cały świat
dzisiaj połóż się spać, jutro musi być lepiej
przecież nie ma tego miasta bez ciebie

[x3]
nawet jak nie chcą nas tam
jesteśmy sercem miasta

jesteśmy sercem miasta

jeżeli czujesz co dzień, że tu się nikt nie przejmuje
tym co ty czujesz co dzień, że każdy ma to w dupie
że wszyscy mają cię gdzieś nawet w domu
jak rozsadza cię gniew, nie możesz się wygadać nikomu
nosisz klucze na szyi odkąd pamiętasz
i nikt tu nie przychodzi nigdy żeby cię szkoły odebrać
gdy wybierasz sam porę kiedy wracasz z dworu
jak czasem nie masz co jeść i biją cię bez powodu
szczytem twoich marzeń jest twój własny pokój z łóżkiem
jeśli czasem spędzasz noc chowając twarz w poduszkę
i jak próbujesz stąd uciec co jakiś czas
żeby poczuć, że cię komuś brakuje tu chociaż raz
i chociaż znasz konsekwencje
już nawet nie próbujesz dbać o odrobione lekcje
wierz mi, że to nie może trwać wiecznie, kiedyś musi być lepiej
przecież nie ma tego miasta bez ciebie

[x3]
nawet jak nie chcą nas tam
jesteśmy sercem miasta

jesteśmy sercem miasta

jak budzisz się kolejny raz gdzieś na mega kacu
kolejny raz nie pamiętasz swoich nocnych przyjaciół
nie znasz połowy chłopaków z którymi spałaś
połowę przy sporym wysiłku może być poznała
badałaś się na HIV nie raz, nie raz się bałaś wyniku
i jak obiecywałaś sobie odciąć się od tego syfu
ale coś ciągnie cię tam
i co sobotę ktoś cię ciągnie do którejś z bram
każdy cię lubi jak tutaj jesteś wieczorem
by rano cię wyrzucić z kondomem
ławka czy hotel, masz tą jedną rolę
to nie Hollywood i kto wie coś o tobie nie chce ci dawać innych ról
tak tylko lecisz w dół, ciężko zmienić kurs
pewnie nieprędko ktoś zobaczy tu w tobie królewnę
jak jesteś warta więcej - zmień się
bo tutaj może być lepiej
przecież nie ma tego miasta bez ciebie

[x3]
nawet jak nie chcą nas tam
jesteśmy sercem miasta

jesteśmy sercem miasta

[x3]
nawet jak nie chcą nas tam
jesteśmy sercem miasta

jesteśmy sercem miasta
Mama mówiła mi, że ze mnie nic nie będzie,
Minęło trochę dni, dziś wie, że była w błędzie.
Znalazłem swoje miejsce na ziemi,
W końcu ktoś mnie docenił
I pełne mam kieszenie. Patrz jak się syn zmienił.
Do twarzy w czerni mi, bo mnie wyszczupla,
Nie klepię biedy dziś, bo jest pełna lodówka,
A ludzie się kłaniają w pół nam, gdy idziemy.
Ktoś za nas umarł, ale my? My żyjemy jak nikt!
Płynie rzeka wina i wódy, nie nasza wina, że ludzie tu chcą obłudy,
Kokaina i dupy, nie zapominaj - świat jest zepsuty.
Jak się pchasz na torfowisko, a potem masz brudne buty.
Jak duchy to żyjemy na pokaz dla reszty,
Bo w głębi duszy każdy jest zbereźny.
Każdy lubi kobiety, jest facetem w końcu,
Tylko jeden kolega lubi młodych chłopców.

Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy,
Sami podali się na tacy pod drzwi.
Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy
Sami podali się na tacy pod drzwi,
Jesteśmy źli.

Gdy tak jak ja chodzisz dłużej po ziemi
To wiesz, że ludzie nie zostali tu równymi stworzeni.
Stają się biedni jak owieczki we mgle,
Więc lepsi zamieniają się w pasterzy, to źle.
My nadajemy sens ich codziennym zmorom,
Bez tej energii są jak bez baterii robot,
Strawieni chorobą przychodzą do nas po lek,
W zamian chcemy mieć pod kontrolą każdy krok i gest.
Przy sporym zysku to naprawdę niewiele,
Więc się nie boją ucisku w tym tymczasowym ciele.
My uśmiercamy serię cierpień poniżej
I odstawiamy dla nich przedstawienie co tydzień.
Jak to w showbizie - wszystko niby lśni,
Ważne czy dobrze wyjdzie na DVD
I niby to na niby,
Ale rzec byś mógł, że to, że to się kręci to prawdziwy cud.

Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy,
Sami podali się na tacy pod drzwi.
Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy
Sami podali się na tacy pod drzwi,
Jesteśmy źli.

Nie było dnia, co by mnie ktoś nie pizgnął w mordę,
Lecz nie ma zła, co by nie wyszło na dobre,
Bo dziś to ja rządzę, ostrzę słowa jak miecz,
Gdy zechcę owce mogę posłać na rzeź.
Niczym jest jednostkowa śmierć w ogólnej skali,
Nie jeden cel żeśmy tak osiągali.
Jesteśmy wybrani, czy tego chcecie czy nie.
Możesz mieć plecy na mieście, lecz nie większe niż te.
Uwierz! A sprzeciw się to odpokutujesz,
Poczujesz gniew, przez pot i krew swój grzech wyplujesz,
Choćby z bólem, ugniesz się przy pręgierzu,
Że pożałujesz to pewne jest jak amen w pacierzu.
Okaż skruchę, a miłość Cię otuli jak kołdra,
W sekundę Cię przyjmiemy w krąg dobra,
Gdzie dobry lud dobra musi nam dostarczyć jak fedex,
A dobry Bóg to dobry pretekst.

Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy,
Sami podali się na tacy pod drzwi.
Jesteśmy źli, źli do szpiku kości,
A siły i możliwości
Dali nam tacy jak wy
Sami podali się na tacy pod drzwi,
Jesteśmy źli.
2007-2008
Tak jest kolejny raz pierwszy milion na zawsze
Pamiętaj gdzie jest Twoje miejsce Bałuty Hollyłódź, Teofilów, eŁDeZet.

Ten blok nadal jest nasz nic się nie zmienia
Choć poczułeś że masz tutaj coś do powiedzenia
Pamiętaj kto Ci to dał kto tu był pierwszy
To ostrzegawczy strzał i to jest przypomnienie dla leszczy !


To znowu Twój najgorszy sen co nie osiadł na laurach
Wolałbyś żeby podświadomość mnie wam z mózgów wyparła
Ja się nie gniewam, bo wiem, że jesteś słabszy na starcie
Matka natura oddziela ziarna od plew jak w Sparcie
Spadasz w dół
Już tak Ci się dobrze żyło ale wraca król
Wpadam tu łamać skurwieli jak kołem
Bo zapomnieli że ja to zacząłem
To mój projekt Mój rap Mój Funk Mój styl
Ty też chcesz tak jak ja ? Stul ryj !
To mamy tylko my bo wkładamy w to pracę
A kseroboye jak Ty mogą odpalać race
Mam już 13 płyt a w planach więcej, więcej
Bo zrezygnuję z nagrywania gdy mi stanie serce
Nie jesteś w stanie grać tu lepiej ? cóż ..
Zdmuchuję to jak kurz

Ten blok nadal jest nasz nic się nie zmienia
Choć poczułeś że masz tutaj coś do powiedzenia
Pamiętaj kto Ci to dał kto tu był pierwszy
To ostrzegawczy strzał i to jest przypomnienie dla leszczy ! x2

Sam nie wiem czemu ja robię takie kawałki
Tamci niby też mają ogień lecz się przy mnie łamią jak zapałki
Czuję się jakbym trafił w kumulacji 6
I mnie kurewsko bawi jak Ci znika z japy uśmiech
To nie jest beef, a ja robię co chcę dla zabawy
Jak Joteste ładuję rap jak karabin
Ty jesteś za słaby te tracki nie są moich warte
Mnie nie kręcą walki gdy opuszczasz gardę
Ej nikt mi nie powie że chcę czegoś za nic
Bo nie robię jak Ty, nie robię sztucznej famy
Ja się nie jaram płytami których nie ma
Wlepkami, pijanymi gadkami o tym, że za rok premiera
Dla mnie to żałość nie rap, bo jak to złożyć w całość
Ten wasz złośliwy rak to tylko drobna narośl
Za to piję dziś, biorę skalpel w dłonie
Wycinam takie jak wy bo jestem w swoim żywiole

Ten blok nadal jest nasz nic się nie zmienia
Choć poczułeś że masz tutaj coś do powiedzenia
Pamiętaj kto Ci to dał kto tu był pierwszy
To ostrzegawczy strzał i to jest przypomnienie dla leszczy ! x3
I wantcha baby, I'm a killer
I need your body close to mine, kill, kill, kill
I wantcha baby, I'm a killer
Can you see it in my eyes? kill, kill, kill

Wpadam tu, na chama z kopem w drzwi
I mam nadzieję, że zamawiał ktoś tu plombę w ryj
Ty szybko szybkę zbij, włącz alarm
Piętro pod wami, nikt nie ocalał
Możesz mnie nazwać jak chcesz, mam to gdzieś dupku
Trzęsiesz się, bierzesz wdech, mierzysz w cel, ale bez skutku
Patrzysz na te monitory na biurku przez moment
Nie miałem prawa się tu dostać, co nie?
Nie miałem prawa tu być, ani przeżyć
Już nie rozkminisz nic jak niemowlak leżysz
I dusisz się od krwi, bo jak strzelam trafiam
Jak ksiądz do parafian, blaka, blaka, blow!
I nie czujesz nic
Lubisz koński steryd, masz z kopyta w ryj
Jak z komina dym leci dusza w przestrzeń
Pozdrów diabła ode mnie

I wantcha baby, I'm a killer
I need your body close to mine, kill, kill, kill
I wantcha baby, I'm a killer
Can you see it in my eyes? kill, kill, kill

Drugie piętro, jak ja lubię was
Miałeś zrobić piekło, chowasz w rękach twarz
Czujesz strach dziecko
Patrz jak się sypie wasz gang
Miękną nogi wam, jest gangsterko bracie
Mimo że gadacie, co dzień się tak nie zabawiacie
To po co takie akcje, co? zresztą jebać to
Boże proszę przebacz zło, oh!
Nie ma połowy piętra
Fruwacie jak konfetti w sylwestra wiesz brat
Mnie to boli dużo bardziej niż ciebie
Tu tak ponuro pachnie zniszczeniem
Tak mi to rani serce, trafia w sedno
Więc ruszam na następne piętro powiedz no
Ilu jeszcze będzie takich jak ty?
Martwych jak ty, powiedz jestem taki zły, heh

I wantcha baby, I'm a killer
I need your body close to mine, kill, kill, kill
I wantcha baby, I'm a killer
Can you see it in my eyes? kill, kill, kill

To wygląda tak samo zawsze
Znam wynik końca nim zacznę
Mam taką samą gadkę od lat, bo jesteście jak klony
Ja wpadam i gryziecie piach, piony
Nie jestem jednym z was, macie pecha
Gdy patrzę w oczy wam każdy z was łapie defa
Bo nie mam nic do stracenia już
Tu zemsta nie opada jak kurz, cóż
Wyższe dobro jest warte ofiar
I nawet gdybym chciał już się nie wycofam
To moja droga wiedz, moja droga zrozum
Nie wiem czy to śmierć, słyszę mnóstwo głosów
I powoli tracę siły i rozum słyszysz?
Nie ma nas, tylko smak goryczy
I nie ma dnia bym nie myślał o tobie w agonii
Mam tego dość, przykładam broń do skroni

[x4]
I wantcha baby, I'm a killer
I need your body close to mine, kill, kill, kill
I wantcha baby, I'm a killer
Can you see it in my eyes? kill, kill, kill
Znam to życie, od soboty, do soboty
Mam tą płytę, a za płytę parę złotych
Nie zapierdalam do roboty na piątą,
Tak, jak mi nie zapierdala dużo floty na konto
Ot co, gdy ziomy kopcą, na luzie,
Ktoś bierze swój phone i wykręca mój numer
Mnie nie interesuje zwykle "Co i jak?"
Prosty rachunek - miałem koncert grać, robić hajs
No i mam, kolejny raz: debet na koncie,
Ciśnienie, wkurwienie i pianę na mordzie
Miało być prościej, miał być luz,
Emerytalne składki, opłacany ZUS... I chuj!
Cały plan mój znów tu szlag trafił
Nie jestem z U2, nie chcę fur jak Puffy,
Lecz nie chcę się też martwić o jutro
Gdy patrzę w kiermany jest smutno

Każdego dnia wydaję ha-ha-ha-hajs!
Ty, tak jak ja, wydajesz ha-ha-ha-hajs!
Nie wiem jak nam to się wciąż udaje,
Bo każdego dnia pusto mam w kiermanie
Może jest inny świat za oceanem,
Ja wciąż niewiele mam i wciąż mi niewiele zostaje

Znowu mi zagląda bida w kieszeń
Organizator wyrok wydał SMS-em
Pieprzę, trzeba wytrzymać presję
Może bym więcej miał, gdybym zaliczał sesje
Przeszły jedne studia... drugie studia...
Dziś mogę wbijać się prawie codziennie do studia
Lecz gdzie jest, kurwa, moja fura i willa?
Ta gra jest okrutna i obłudna jak Miriam
I znowu śmigam po ulicach wkurwiony,
A oni pierdolą mi, że "jestem zarobiony"
I może lepiej jest gadać z ambony, bo często
Czuję się jakbym tutaj grał za bony do Teslo
Ludzie prawdy nie chcą, co chcą widzą,
A to podjeżdża groteską i goryczą
Pozory, ziom, przychody nam wolno rosną
Masz dobry rok? Byś coś kopsnął!

Każdego dnia wydaję ha-ha-ha-hajs!
Ty, tak jak ja, wydajesz ha-ha-ha-hajs!
Nie wiem jak nam to się wciąż udaje,
Bo każdego dnia pusto mam w kiermanie
Może jest inny świat za oceanem,
Ja wciąż niewiele mam i wciąż mi niewiele zostaje

Huczy sieć, tu jest wiecznie afera:
"Kto tu jest OK ?", "kto się sprzedał?"
Jebać to bratku! Chcesz faktów?
To jest kwestia czternastolatków
Chcę hajsu ziomek, jak każdy z nas
Nie dla lansu, na prąd, wodę i gaz
Jebać lapsów, co mają kieszonkowe nadal,
A chcą nam tu pokazać "Jak się nie sprzedawać"
Wypierdalaj, bo wiesz gówno o życiu,
I myślę, że nadal zostawiasz gówno w nocniku
Masz pusto w czajniku, jak podobni tobie
Nie szczędzi bluzgów rój hipokrytów
Co jest? Robię to, co należy do mnie
I dzień i noc, a ty i tak to ściągniesz!
Chcesz kraść co należy do mnie, koleżko?
Uważaj, bo jestem pod kreską

Każdego dnia wydaję ha-ha-ha-hajs!
Ty, tak jak ja, wydajesz ha-ha-ha-hajs!
Nie wiem jak nam to się wciąż udaje,
Bo każdego dnia pusto mam w kiermanie
Może jest inny świat za oceanem,
Ja wciąż niewiele mam i wciąż mi niewiele zostaje
Każdego dnia wydaję ha-ha-ha-hajs!
Ty, tak jak ja, wydajesz ha-ha-ha-hajs!
Nie wiem jak nam to się wciąż udaje,
Bo każdego dnia pusto mam w kiermanie
Może jest inny świat za oceanem,
Ja wciąż niewiele mam i wciąż mi niewiele zostaje
Gdy tylko jeden mówi szczerze to wiesz, że to... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś bywa problemem, to pewne, ziom... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś ma odwagę, żeby powiedzieć coś... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jak tamci łamią się, bracie, wiesz że da radę... kto? Z-E-U-S

Mówią mi "Z-E-U-S" ziomy
Jedni mi mówią "Jesteś kimś!", drudzy "Jesteś skończony!"
W tej paranoi sobą jestem co dnia,
A każda owca Dolly pierdoli, że umie zagryźć lwa... Ha!
Raperzy nie mają jaj
Wolą robić wtórny chłam, niż ryzykować jak ja
Pieprzony cham, fan łamania zasad,
Z którego nawet arafatka nie zrobiła wacka
To ja mam ten funk i mam ten vibe, i mam was gdzieś,
Jak szczytem waszej ambicji jest brzmieć jak w '95
Tak jest bezpieczniej, wiem - dla was
Dla mnie to cienkie, jak hater w barach
Spadam stąd, bo robię i gadam co nie wypada,
I nie układam się jak baran, w stadach.
I jak mam hajs, to nie gram dziada, w kraju zazdrości
Co woli... kłamstwa od szczerości.

Gdy tylko jeden mówi szczerze to wiesz, że to... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś bywa problemem, to pewne, ziom... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś ma odwagę, żeby powiedzieć coś... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jak tamci łamią się, bracie, wiesz że da radę... kto? Z-E-U-S

Ludzie są głusi i ślepi
Łykają każde miałkie gówno jak leci
A recenzenci pod wpływem tylko polskiej sceny,
W przypływie weny krytykują hip-hopowe refreny
Pieprzę ich!
Dziś rap gra w każdej klatce
Każdy ma milion rad i gra znawcę
Ja miałem zajawkę, PlayStation, i chciałem kleić dźwięki
Dziś nikt nie rusza bez koneksji i MPC-ki
Czas wbić to tępym do głowy,
Jak brak ci inwencji, to to cię wielkim nie zrobi,
Sorry, to jest do wszystkich tłuków,
Co chcieliby powiększyć rozmiar stopy rozmiarem butów
Mam serce czarne jak Hutu a białą gębę,
Pośrodku tłumu co wierzy, że trzeba trafiać w werbel
Wchodzę z akcentem, jakim chcę, kiedy chcę
Możesz mi mówić "Mój sensei w nawijce"

Gdy tylko jeden mówi szczerze to wiesz, że to... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś bywa problemem, to pewne, ziom... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś ma odwagę, żeby powiedzieć coś... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jak tamci łamią się, bracie, wiesz że da radę... kto? Z-E-U-S

Wiem co to presja, man, miesza rap we łbach nam
Ja background znam, ty widzisz ledwo pierwszy plan
Mam dosyć wiecznych skarg, ciężkich faz
Twardzieli co nie wytrzymali w tym tych pierwszych lat
Jeśli pretensje masz mieć do kogokolwiek,
To pomyśl ile zrobiłeś sam i oprzytomniej!
Może skończ longplay zamiast pierdolić o mnie,
Bo ja tu robię osiemnasty, ziom, i jestem w formie.
Jestem PRO bo mam sowity progres
I mam owocny rok, a ty co? Obfity okres?
Przy mnie wyglądasz jak pobity w kącie
Mogę jak sędzia cię odliczyć od dziesięciu w dół, goń się!
Bez sentymentu dla szuj idę do przodu
Zawzięty ze mnie chuj, co kładzie chuj na wrogów
Jak chcesz mnie uczyć hardcore'u i prawd o życiu...
Wyprowadź się gnoju od rodziców!

Gdy tylko jeden mówi szczerze to wiesz, że to... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś bywa problemem, to pewne, ziom... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jeżeli ktoś ma odwagę, żeby powiedzieć coś... Z-E-U-S
Wińcie mnie! Jak tamci łamią się, bracie, wiesz że da radę... kto? Z-E-U-S
Tak bardzo chciałbym Cię nie kochać, tak bardzo
bo wtedy by mnie tu dziś nie było
Lecz zawładnęłaś moim sercem i wyobraźnią
I pod naporem okno na piętrze puściło
Czuję się jakby mi się śniło to wszystko i pewnie o tym śniłem nie raz
Dziś pod osłoną nocy powoli pędzę do Ciebie księżniczko
By w końcu Cię wyzwolić od zła
Choć nie mam złotej zbroi, jestem Twoim rycerzem
Na jedno Twoje skinienie jestem gotowy od tak
swe życie złożyć w ofierze, gdy jakiś drań zechce,
aby w Twoje piękne oczy wkradł się strach
Trzask tych starych schodów pod stopą rozchodzi się po domu jak wybuch
On schodzi sprawdzić co to, iglica tańczy ze spłonką
łap blask skurwysynu!

Mój ukochany, uwierz mi, dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu, gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt

Pamiętasz, jak pisałaś mi, że to nie wyjdzie, heh
Nigdy nie porzuciłem marzeń, dziś jesteś przy mnie, bo nigdy nie zwątpiłem
Walczyłem za nas dwoje, byśmy mogli być razem
Pisałem Ci, że żyję tylko dla Ciebie
Dziś gładzę Twoje dłonie gładkie jak aksamit
I chłonę Twój głos w każdym słowie, choć krzyczysz wciąż, gdy się wciąż docieramy
Czy on by zabił dla Ciebie, jak ja? Nigdy! Na pewno nie
On nie był Ciebie wart, wysysał Ci energię jak wampir
Sam pchał się na pewną śmierć
Kochanie, nie bój się, nie skrzywdzi Cię nigdy więcej
Choć dobrze wiem po syrenie za oknem, że na tym świecie tylko my rozumiemy siebie
A wszystko, co piękne jest cholernie ulotne

Mój ukochany, uwierz mi, dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu, gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt

Na pamięć znam każdą linie od ucha do ust
Zęby jak białe lilie, wargi jak płatki róż
Przy prawej brwi ciągle masz małą bliznę po ospie, którą przeszłaś w dzieciństwie
Gładzę policzek i przechylam lekko głowę Ci
Włosy pachną jaśminem jak tamten list
Lecz teraz mi się lepią do dłoni, lepkie od krwi z Twojej skroni
Gdybym tylko mógł to bym to zrobił inaczej
Lecz pękało mi serce gdy patrzyłem jak płaczesz
Przejrzałem wszystkie Twoje z gazet zdjęcia
Gdy zjawił się ten facet, Ty się stałaś smutniejsza
Dlaczego teraz było Ci go żal?
Ja bez mrugnięcia bym Ci wszystko dał - nawet życie
Słyszę wrzask gdy przesuwa Cię bliżej
Zostaw ją i rzuć broń bo będę strzelał świrze!

Mój ukochany, uwierz mi dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt
Kamil to taka cicha woda.
Tylko baby rwać.
Wierzymy w Ciebie.
Zawiodłeś mnie.
Dzięki za wszystko co robisz.
Przecież pan nie ma żadnych kwalifikacji.
Nie podobam Ci się?
Wczoraj byłam pijana, nic z tego nie bedzie.
Jesteś niesamowity.
Powinieneś się leczyć.
Ja pierdole, ale Ty schudłeś.
Co za obleśny grubas.
Jesteś całym moim światem.
Coś się zepsuło między nami.
Jesteś wyjatkowy.
Jesteś nikim!
Bóg cię kocha.
Bóg cię ukarze,zobaczysz.
Dzięki, jesteś słodki.
Ale z ciebie pierdolony dupek.
Nigdy się nie zmieniaj, ziom.
Kamil, musisz wreszcie dorosnąć.
Ze mną się nie napijesz?
Jak chcesz, ale załatwię ci to, koleś nigdy nie wyda płyty.
Stary, musisz to zobaczyć.
Co ty, kurwa, czytasz?
Nie rozumiesz głupi gnoju, że mi na tobie zależy?
Tak cię załatwimy, że na maturę to ty będziesz już na sankach.
Co ci się stało, ziom?
Skurwysyn wyskoczył z dziewiątego piętra, na dole zahaczył o wejście do klatki, czujesz?
Kocham cię.
Nienawidzę cię.
Fajny koncert, w którym hotelu śpicie?
Opierdalaj go, nie daj mu wstać, kurwa.
Kamil kocha Aśkę, Kamil kocha Aśkę.
Chłopie, te małolaty ciągną lepiej niż tirówki.
Teofilów raj dla świrów.
Spierdalaj stąd.

Kim jesteś?
Przyjacielem.
Ja już mam przyjaciół.
Wiem, że masz. I wiem, że oni bardzo za tobą tęsknią.
Dlaczego mieliby za mną tęsknić? Przecież wszyscy są tutaj.
[x4]
Witamy was!

Dawno, za czasów, kiedy byłem teenager
Zanim zyskałem status i zanim poznałem Meisa
Na jednym z tych wyjazdów, w ramach zielonej szkoły
Usłyszałem pierwszy raz PMD i DAS, ziomy
Dla niewtajemniczonych to był szyfr, enigma
Ja latałem wtedy jak Keith, na zielonych skrzydłach
Sensimilla mi latała po głowie
Wtedy się chyba, tak naprawdę, zakochałem w hip-hopie
W magnetofonie a'la getto blaster
Puszczaliśmy na max to, co w wychowawcach

[x4]
Witamy was!

Dawno, za czasów, kiedy byłem teenager
Zanim zyskałem status i zanim poznałem Meisa
Na jednym z tych wyjazdów, w ramach zielonej szkoły
Usłyszałem pierwszy raz PMD i DAS, ziomy
Dla niewtajemniczonych to był szyfr, enigma
Ja latałem wtedy jak Keith, na zielonych skrzydłach
Sensimilla mi latała po głowie
Wtedy się chyba, tak naprawdę, zakochałem w hip-hopie
W magnetofonie a'la getto blaster
Puszczaliśmy na max to, co w wychowawcach

Budziło tylko strach, ale dla nas, wtedy
Było to cudem z innej planety
Z innej kasety niż ta, którą mam do dzisiaj
Leciało coś, co niektórym z nas pozmieniało życia
I gra do dzisiaj to, chociaż mija czas
W plenerach, klubach, piwnicach, od tylu lat

[x9]
Witamy was!

Raz, dwa, trzy i cztery, yo
Z-E-U-S nawiedził znów twój dom

Zlustruj flow, co ilustrują słowa
Wyluzuj, ziom, popróbuj choć i wypij za nas browar
To łódzka szkoła, możesz olać oceny
Chyba, że tu zamierzasz freestylować ze sceny
Gdy DJ'e są ciency, mają gęby, jak małpa
I gdy tylko puszczają wam mixtape'y z Winampa
Wpada tu armia by wam dać ten rap
Nas nie obchodzi, jak się nosisz, każdy ma swój vibe
Nie ma co tu się wozić, tak robią dzieci

Ty możesz zawsze podbić i się spytać jak leci
Ja jestem jednym z tych, co nigdy nie przestaną wierzyć
O śmierci pieprzą tylko ci, dla których nigdy nie żył
Ten hip-hop i wszystko, co ma tu każdy z nas
Ty podbij tylko w bicie bas

[x9]
Witamy was!

Te łatwe panie na backstage'ach lubią akcję
A twoją pasję to każdy ma gdzieś
Ja na to się nie łapię, żonę w domu mam
Ja tylko wpadam, gram, gadam i wracam do domu bo tam
Znowu zrobię bit od rana
Bo tu sąsiedzi nie są źli, nawet jak drży im ściana
Krzyknij dla nas, jak wiesz, co tu jest pięć
W tych wszystkich programach
czy w padach MPC
Historia dzieje się w tych salach, w tych klubach
W mieszkaniach, gdy działasz, gdy działasz na murach
Nie ma znaczenia kto kogo opluwa na forum
Zostanie tylko to, co widzisz tutaj, więc weź to do domu
Przekaż to komuś dalej
Ja już czekam na następne spotkanie
Wpadniemy tu, jak zawsze, by dać to wam kolejny raz
W końcu powiedzą, że to wraca do łask

[x9]
Witamy was!
Aha. 2008. Muzyka Ofensywna. To jest to (Hollyłódź) na co mówimy Bałódź styl. Liryczna krav maga. Mój ziom Dusza też tu jest.
~

Wszystko co robisz - na nic.
Bo ja nie rzucę tego - za nic.
Żeby to przerwać, musiałbyś mnie zabić.
Mówiłem to nie raz, nie dwa, bo to prawdziwe.
Chociaż ja sam nieraz nie mam siły,
Nie rzucam tego, idę.
Mnie nie dopada strach przed klęską.
Jeśli ci się wydaje, że się do mnie zbliżyłeś,
Czeka cie piekło - dziecko, prościej tego nie ujmę.
Przyszykuj się na walki ferwor.
Dzisiaj wracamy na pełnej kurwie.
Sznuruj pysk, stul japę. Szybko formatuj dysk,
Żebym się nie dowiedział co nagrałeś cichaczem,
Kiedy myślałeś, że to koniec.
Jesteś dalej frustratem, co?
My mamy dalej luz w sobie.
Król jest na tronie, znów płonie papirus.
Jeden na stu przeżyje tu. Reszta kończy na grillu.
Hollyłódź to miasto niespełnionych marzeń.
Jeśli zwątpiłeś w nas choć jeden raz,
Pokażę Ci, że jest inaczej.

[Ref.]
Pierdolę kiepski rap, pierdolę lekki strach.
Pierdolę tych, co nic nie widzą, tylko problem w nas.
Cokolwiek powiesz nam, ponownie w osiedlach
Słychać to coś, co cię unosi jak w snach. (x2)

Te wszystkie słabe dziwki, to ledwo chodzą.
A ja dla rozrywki wracam tu znów, by przebiec obok.
Gdy wam brakuje słów, ja mam sporo w zapasie.
I czuję się jak Bóg, bo gówno na mnie macie.
Nawet gdy gracie wszyscy tu, jako zespół,
Nie musi być nas dwóch, byście się nabawili kompleksów.
Bo kiedy w tym miejscu lecą nasze albumy,
To tu w powietrzu czuć smród waszej spalonej dumy.
Mój umysł pluje tym 24/h.
Czasami budzą mnie wersy, bo czasem śni mi się rap.
Ty przy tym ślinisz się jak wściekły pitbull,
Lecz zostaw to dla ziomków, ja nie dam się polizać po tyłku.
Pierdolę fałsz i za to mam szacunek ludzi.
Wiem ile jestem wart, po koncercie mi nie musisz mówić.
Nie musisz witać się, jak nie jesteś w tym szczery.
Pierdolę cie - Dziś mówię ci to ze sceny.

[Ref.]
Pierdolę kiepski rap, pierdolę lekki strach.
Pierdolę tych, co nic nie widzą, tylko problem w nas.
Cokolwiek powiesz nam, ponownie w osiedlach
Słychać to coś, co cię unosi jak w snach. (x2)
Wiesz jak jest
Co trzeci łeb traktuje tom encyklopedii jak hantle
Ja jestem tu by zmienić grę, jak bierki na scrabble
Z depresji wyrwać Cię tak, jak leki na chandrę,
Więc nie czuj presji jakbym chciał Ci wyrwać pannę
Zawsze trzymam luz wśród priorytetów
Pośród tych pustych głów, co prężą muskuł na wdechu
Mam zbiór prostych reguł, co dają dobrze żyć,
A te kmioty z netu chcą wszędzie dojrzeć beef

Wrzuć chill, może się zamul sztuką
Bo ja mam taki film jakbym miał status ufo
Z dystansu patrze na całe szczeniackie gówno,
Nawet jak nasrasz na klatce, to wciąż nasze podwórko
Cóż ziom wrzucę luz dziś, bo jutro
Dopadnie Cię twój własny syf, kiedy popatrzysz w lustro
Choć złamałbym Cię w pół, nie tracę sił na próżno
Bo czym jest kurwa beef, gdy ona rzuca bluzką

Zrelaksuj się nawet w szare dni
Porzuć strach, polub świat, poczuj funk jak my!
x4

Choć działam w drugim obiegu i bywa, że mam długi
Myślę o drugim człowieku nim zacznę mówić
Chcą bym powrócił jak za dawnych lat wkurwiony, zły małolat
Mało wam zła? Cały czas
Ja śmiało gram tutaj o jutro
Jak mnie nie kumasz to trudno
Jak nie chcesz tego słuchać wyrzuć to, nie będzie smutno mi
Luz ziom, chill kupią to ci co chcą
Może za jakiś czas i ty zechcesz iść pod prąd
C'est la vie!

Otwieram okno na oścież na scenie
Gdzie MC wiedzą najwięcej o mecie i koksie
To pokolenie jest chłonne jak gąbka
Co moment ktoś wciska im zło i ciemnotę w zwrotkach
Ja ważę słowa, bo je ludzie słyszą
A ten krajobraz wokół nas malujemy pisząc
Mamy moc, bo myślą kierujemy światem
Kto choć raz w życiu nie chciał by się poczuć jak superbohater?

Zrelaksuj się nawet w szare dni.
Porzuć strach, polub świat, poczuj funk jak my!
x4

Nie byłem pierwszy na sto, ani najlepszy w stopniach
Ale zmieniłem w pierwszy dzień miesiąca każdy dzień tygodnia ot tak
Choć może trwało to dłużej, każdy wie swoje i tak,
Więc i tak wjeżdżam na luzie.
Dziś ci daruje, nawet jeśli mnie mdli na twój widok,
Szkoda mi sił na tych złych za kurtyną, małych jak Willow
Bo choćby skały srały nas nie pobiją
Bo tu nie chodzi o hajsy, w bani trzeba mieć pierwszy milion!

My mamy relaks od lat, to w nas jest nowa nadzieja,
My chcemy zmieniać świat na-na-na lepsze i z siebie dawać najlepsze
Więc wybacz brat jak bywa tak, że kładę lachę na presje
Nie mówię wracaj na miejsce, rób co zechcesz co dnia
Jak tylko innym tym nie czynisz zła
Życie może być piękne, patrz rozłóż ręce na wietrze jak ja (la la la la la la la la)

Zrelaksuj się nawet w szare dni.
Porzuć strach, polub świat, poczuj funk jak my!
x4
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo