Polski Hip Hop

Kiedy przechodzę koło ciebie, to trącam Cię barkiem,
Bo tak widzę cię jak widzę twój charakter
Dosadnie, nie ma żadnej prawdy w tobie
Chyba, że ją ukradniesz i przywłaszczysz sobie
Zero stylu – to twój styl,
Ty to mały wirus co krew psuje mi, co humor psuje
Gdy zaczyna tylko mówić to zmienia zdanie
W zależności od ludzi,
Przy twojej koleżance wegetariance
Nie zjesz mięsa, ale nawpieprzasz się po randce
Wędliny z „Morliny” całą porcję, bo od zieleniny
Już biorą cię torsje
Nie wiem co gorsze, powiedzieć kim się jest
Czy w wyniku ślubu całe życie żreć to owoce
To pędy, Boże jaki Ty jesteś transparentny!

Jesteś taki przezroczysty, że cię nie widzę
Kiedy do mnie mówisz, ja ciebie nie słyszę
A twoje imię mi nie mówi nic
Bo za takich jak ty to jest mi wstyd
X2

Mówisz coś do mnie, pozwól że dokończę
Wczoraj od ziomów słyszałem podobną historię
Twój pogląd na tą odkrywczą sprawę jest
Biedny jak poziom życia w Kazachstanie
Prawie co dzień muszę się mierzyć z twoim pytaniem
Czy wierzyć, nie wierzyć o czym mówią w tym rapie
Słyszę bełkot, gdziekolwiek się nie napatoczysz
Zmieniasz strony, pierdolisz, że aż głowa boli
Mamy swoje zdanie, kontra twoje zdanie
Nie ma szeryfa w mieście co mi zamknie szczekaczkę
W kaganiec swój pysk wsadź, jak chcesz mi dukać
Mądrości twoich starych podsłuchanych zza łóżka
Będę strzępił język, na tych tępych pętaków
Co źle weszli na tory rozumowania faktów
Kojarzenia czasów, skutków, przyczyn i zasad
Ostatnia prośba – weź już do mnie nie gadaj

Jesteś taki przezroczysty, że cię nie widzę
Kiedy do mnie mówisz, ja ciebie nie słyszę
A twoje imię mi nie mówi nic
Bo za takich jak ty to jest mi wstyd
X2

Ty, jak to jest? Proszę, wytłumacz mi
Bo raz kochasz rap, później biegniesz na Feel
Ja nie mam nic tak naprawdę do Kupichy, bo
W tym co on robi przynajmniej jest prawdziwy
To ty wczoraj obrzuciłbyś go jajkiem
Za to dziś mówisz, że gra „naprawdę fajnie”
To dokładnie ty i całe twoje życie
Nie ważne z kim, ale ważne by być na szczycie
Być tam i przyznać komuś rację
Poklepać po plecach, później zrobić mu laskę
To takie straszne, ale ty się nie brzydzisz
Jak ktoś tak nie robi to tylko się dziwisz
Kiedy ciebie widzę to, zdaję sobie sprawę
Że myślisz o sobie tak jak Tomasz Kammel
„O kurwa, jaki ja jestem zajebisty”
Ty jesteś tylko zajebiście przezroczysty

Jesteś taki przezroczysty, że cię nie widzę
Kiedy do mnie mówisz, ja ciebie nie słyszę
A twoje imię mi nie mówi nic
Bo za takich jak ty to jest mi wstyd
X2
Zmień G shit na T shit i dostaniesz to gówno
W czasach kiedy co drugi raper wdzięczy się jak instruktor
Aerobiku rapu w cenie akademii zdrowia dwójki
Czasem wściekam się a czasem mówię - dobra, ***** z tym
Mógłbym spuścić w klopie 6 na 10 polskich krążków
3 od hardcore'owców, drugie 3 od mądrych chłopców
Tetris w środku, jestem szczerym graczem

W parze z odtwarzaczem, cel tego krążka nie grozi sraczem
W moim rapie smak korzeni jak żeń-szeń aromat
Co lepsze masz to za friko, coś jak powietrze w alkomat
Wysyłam to do ciebie, król twoich kolumn kocie
Tyle, że w tym przypadku stężenie to 110%

*****ą w kółko - bywa ciężko, zwykła banda cepów
Ja wiedziałbym więcej o Polsce mieszkając w Bangladeszu
Ty patrz na Rzeszów, WWA, Szczecin, Poznań czy Białystok
Nawet w Siemiatyczach miałem to wszystko
Ludzkie dramaty, patologie, cukier w barwach brązu
Emigracje za zarobkiem, depresje głębokie jak wąwóz
Siedzisz w pociągu, słuchasz tego? lukaj w szybę
Szukaj moich śladów, to prawie pewne, że już tam byłem
Wróć na chwile, rzuć okiem na swój MP Player
Nie wskrzeszę Big Puna, ale też nie jestem Player
Pejoratywnie czy dosłownie, znaczenie kwestą sporu
I weź mnie przez to nielub albo weź mnie za to polub
Chyba, że twój mózg jest niedostępny jak crack w Opolu

To nie Miami, ja nie jestem raczej imigrantem z Kuby
Ale mam tony historii za które zaczniesz mnie lubić
Drugie tyle za które ktoś powinien dostać w*****
Może nie koniecznie ja, ale wiem, że ktoś na pewno
Poznaj getto tu gdzie zamiast Haenni & Hanni
Są dresy i bramy, koledzy i chamy, kobiety i damy
Problemy i plany, kastety i gramy, player'zy i pary
Plenery i bary, zalety i wady
To kształtuje mnie nie mniej niż ciebie
Wspólny przebieg machiny, nieważne czy tu masz debet
Czy plus czy minus, i nie chodzi mi tutaj o Kaliber
Raczej czy nabój z rozsądkiem, a grawer na twoje imię
Bo to on i determinacja tworzą dziś trzon
A T? litera, która trzyma i poziom i pion
(Cira)
Koleżka wyszedł na rewir, drugi dyszke na sztuki dzieli,
Trzeci mnie odwiedził rzucił pomysł na remix, przewiń

(Bezczel)
Na rewirach , moi ludzie i ja , przyjaźń sprzyja
Mija czas , betonowy las, w nas siła
Zwijam batata za każdego brata w tarapatach,
Za beztroskie lata , za każdego wariata,
A tak w ogóle , aprobata za kulturę rap gra,
Pakt jak swatka swata, patrz jak pancze splatam,
Gadka wspak na faktach, traktat rap na ławkach,
Dawka wersów nagła, zasób słów na kartkach,
Szary lunapark, z prawem zatarg,
Kontratak ,tu brat za brata od małolata po latach,
Asfaltowa mata, mapa na niej bloki,
Mój długi i wysoki ,każdy blok ma swoje uroki,
Wdech głęboki ,wydech ,węch niebieskich dziwek,
Trzech radioli syren, jęk, pech, idę
Długa droga do przebycia, Zycie nie zachwyca,
O tym zwroty na dzielnicach, na dzielnice wbita i ta znajoma okolica (cisne!),
Trzecia przecznica, jedna druga kamienica,
Na ulicach policja (pierdolona!) nagona ustawiona, witamy na rejonach,
Piona dla każdego zioma co gibona winie w szponach,
Pozaszywani w domach o wieczorowych porach ,
Życie w betonowych borach z tajuchami na ogonach (kumasz?) hardcor tu masz,
Pod klatką u nas duma rozpierdala,
Poszwixxx tłumacz,
Nara

(Poszwixxx)
To ogród podrób ,polbruk przeżartych wątrób,
Podmuch podpuch, od nóg do głów,
Odwrót 180 stopni kropli smród hasanka,
Tak passat na sygnałach w oparach sra na kraka,
Cała klatera na papierach napiera teraz,
Zapal ,nie ma bata, zjebka kieszeń cała w tabletkach, bletkach, setkach ,
Łebka zawinęli z pod bloku, piszą protokół,
A my na dyszce, po pół , strzącham popiół,
Pokój,stój, luz, już tuż tuż,
Rusz na rejony, dalej ziomy, nalej, odpalaj batony,
Obczajaj balkony, okna z każdej strony,
Cztery korony, z rana rap w membranach,
Rap mam w planach, strach w kolanach ,
Rap to nie rzeczywistość wyimaginowana , wyemanuowana,
Obrana ta sama droga, elita, w razie potrzeb mam awaryjny plan i duplikat,
Więc skręć ej bacika,
Psy! Przypał, posypa rozsypał w rozsypce ekipa,
I ta radiola pomyka, przed oczyma znika(luz!)
Nie pytaj co miałem w kielni, dropsy i zipa La Coste'y i mitsubicha gramika,
Strachu mimika do licha, w narodzie drzemie pycha,
Nie wnikam, samokrytyka,
Sucha grdyka ,48 na piździe,
Choć wielu psów szczeka,a mało który gryzie .

(Cira)
Koleżka wyszedł na rewir, drugi dyszke na sztuki dzieli,
Trzeci tu nie usiedzi znowu leci na trening, czwarty na parter fartem się doczłapał
3/4 o mur oparte cicha jak szakal, piąty typ to tyry, to rutyny dotyk
Śpiący labirynt i pan rekiryk dla młodych
Pień uchwalna, tym co nieść chcą sztandar
Z napisem co ma krzyczeć japa na full WADNDAL
Sześć, siedem, osiem, dziewięć, dycha,
Co u nas słychać? Rap po rejonie płonie jak sucha marycha, ha!
Paru bracholi yo, pierdoli banał C do P, Edek, Bez, Poszwa i Banan
Nadal nie na Rivierach a na rewirach Fama Familia, Fabuła Front finito Cira
Masuj moją ciężką głowę
Masuj proszę mój wielki napuchnięty łeb
Ja rozpłynę się tutaj na kanapie
Jestem lepki jak na muchy lep
Więc kleję się do Ciebie, wystarczy wino, chleb
Proszę podaj wodę, wodę czystą jak łza
By przepłukać to co w środku lekko naruszone
Piję więc do samego dna
Zostaliśmy sami, sami Ty i ja
Między nami wisi T.A.J.E.M.N.I.C.A.
Nie jestem tu sam, jestem razy dwa...
Tak wielu za pieniądze zrobi wszystko
Przed kamerami plastik jak tandetne disko
Między nami tajemnica, tajemnica gdzieś wysoko tkwi
Daje znak, że pozostanie długo tak
Tak jak być miało
Czysta woda wypłukuje brudy i obmywa ciało
Łyk łagodzi stres
Stres odchodzi jakby nic się nie stało...

T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.

Tak wielu odkrywa wszystko, dosłownie wszystko
By zyskać rozgłos, sławę
Ja rozkładam swoje ciało
Swój łeb kładę na mięciutką trawę
Na ulicach hałas
Na ulicach przelewa się dziki tłum
Warkot samochodów
Co zagłuszył bezlitośnie wody szum
Szum co uspokajał dziki rytm
Szybciej, szybciej goni bezlitosny czas
Noc walczy z dniem, dzień znów poddaje się
Poddaje się, mówi pas
Nad tłumem wisi, lekko się unosi
To co trzyma tutaj nas
Patrzę, patrzę w górę
Wszyscy patrzą na raz

T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.

Tak wielu gdy kamery włączone
Próbuje kłamać, kłamać w żywe oczy
Kamery włączone nic nie szokuje
Już nic Cię nie zaskoczy
Jestem lepki, lepię się do Ciebie
Ty trzymasz mnie za obolały kark
Nic nie przeszkodzi by rozlać się tutaj
Właśnie tak jakoś na wpół nielegalnie
A patrzysz prosto w oczy przełykasz ślinę
Chcę zapytać o tyle rzeczy naraz
Naraz minimalnie się wyciszam
Otwieram gębę by wypadły słowa
Ty kładziesz palec na mych ustach - ćśśśś...
Cisza...

T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.
T.A.J.E.M.N.I.C.A.
Wszystko, co daje matka ziemie ludziom służy
Ziołowe terapie kontra farmacja w ciągłej burzy
Cywilizacja tak jest chemią przesiąknięta
Że szprycuje pestycydami a zakazuje skręta
Konopia indyjska, magiczna roślina
Miałem szczęście palić tą hodowaną przez Domina
Mój duchowy brat zaraził mnie optymizmem
Stary rastaman, ogrodnik nie żaden diler
Pamiętam czasy kiedy się spotkaliśmy
Zaczęło się od muzyki potem się najaralismy
To były bracie magiczne 90-te
Każdy wychodził na dwór, nikt nie siedział przed kompem

Kontakt z naturą potęgował (?) w płucach
Wchodził spokojnie
Nigdy nie chciał się narzucać
Potem powstawał, kawałek za kawałkiem
Czułem bit i bas
Zakochałem się w tym transie

Czas mija wolniej kiedy palę
Cannabis sativa, indica, każdą odmianę
Mogę testować bo jestem ekspertem
Good sensimila tylko zawiń to w bletkę
/2x

To jest jak wino służące degustacji
Smak, zapach, moc, sensoryka wibracji
Przynosi spokój, leczy nerwice
Ja jestem Mrokas, uwierz – coś o tym wiem
Kiedy jest mi źle, to jest jak życiodajny lek
Czyści głowę zabrudzoną problemem
W Indiach ludziom to otwiera trzecie oko
Ja też, kiedy palę czuję większy kontakt z tobą
W Maroko, hasz, jara każdy młody – stary
Zapaliłem w rejsie z Arabami, nie do wiary
Zniknęły koszmary z nieba żar, czysta moc
Ze srebrnej faji mógłbym palić całą noc
Ta magiczna roślina to dar od matki ziemi
Delegalizacja to dowód, że jesteśmy więzieni
Okłamywani w każdej materii, sam wiesz
Pal, ale z głową, podstawa to czysty łeb

Czas mija wolniej kiedy palę
Cannabis sativa, indica, każdą odmianę
Mogę testować bo jestem ekspertem
Good sensimila tylko zawiń to w bletkę
/2x

Olewam osiedlowe nawyki zjarańców
Jarać, jarać, jarać
Potem pogubić się w tańcu
Lubię ogarniać, swoją głowę czystą mieć
Nie łapać zamułkę, jak byle jaki cieć
/2x

Nie, nie, nie, Jack Herrer w moich płucach
Czuję się dobrze
Nic złego nie pamiętam
To jest relaks w twoich pluchach

Czas mija wolniej kiedy palę
Cannabis sativa, indica, każdą odmianę
Mogę testować bo jestem ekspertem
Good sensimila tylko zawiń to w bletkę
/2x
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo