Popularne piosenki. Polski Hip Hop

[Buka]
Nie lubię chodzić na skróty, jesteś kot?
Załóż moje buty i luknij, który to krok
Siódmy rok jako MC, robiąc tylko dźwięki, jest szok
Bez koneksji można wejść na mainstream, skok
Pierdolone pięćdziesiąte piętro
Dwa klipy i dwie bańki pękło, i gdzie banknot za ten flow?
To nie są szczyty, powiedz delikwentom
Te wszystkie płyty to dopiero de integro
A jedno wiem na pewno, że nie po to to zrobiłem
Żeby afiszować ryjem się i pchać się na siłę
Byle gdzie, byle błyszczeć, byle szczyle miały wiksę
By debile mi tu szczały co mam myśleć
Nie jaram się tym, nie lubię kamer i chuj z tym
Bo mam power i swój styl, i wyjebane, kto, gdzie i z kim
I podpisałem ten deal długopisem
Nie po to, by błyszczeć, tylko po to, byś mógł to usłyszeć

[Mati]
Jestem takim samym typem jak ty, wiesz?
A ty ciągle biegasz za mną z długopisem jak wściekły pies
Normalnie, że podpiszę, ziom, widzę, że chcesz
Tylko dlaczego masz minę jak mięsny jeż?
Skumałeś? Jestem takim samym typem jak ty
I prowadzę normalne życie, a nie życie gwiazdy
I chcę mieć spokój, bo po chuj mi tutaj rap paparazzi?
Gracias señor, ale mnie to drażni, ziom
A tak naprawdę jestem od ciebie o wiele gorszy
Bo nie skończyłem szkoły, kurwa, nie mam pracy ani nie mam forsy
I nie lubię pytań „kiedy płyta zawita do neta?”, bo
Nie robię sobie deadline’ów, a niby ktoś tam na nią czeka, więc
Pomimo tego, że tych zdjęć nie lubię
I zawsze jestem napizgany na koncercie w klubie
Jest moc, keine grenzen, masz tu pionę na szczęście
I chodź, zróbmy to jebane zdjęcie, cheers

Ref. x2
Nie dla fejmu
Nie lubię wywiadów i backstage’ów
Nie szukaj tego rapu na pudełku
Nie muszę dawać autografów, udawać do aparatu
Nie jaram się tym, chłopaku, jaram się tu graniem rapu

[Buka]
Ty weź schowaj te flesze w kieszeń
Może chcesz jeszcze mój PESEL, wymianę [?]
Wchodzi koneser, a nie prezes po kiesę, to reset
Tych, co na scenie myślą o Mercedesie na prezent
Mój rap tu robi imprezę, odrywa zwłoki od siedzeń
Nawet przez walkie-talkie mam wysoki level
Foki chcą długopis, „muszę mieć jego podpis”
„To ty jesteś ten chłopczyk od „Pierwszej miłości””
Nie, jestem, kurwa, Eminem, jeleni jem
Zanim docenisz mnie to będę Marilyn Man-
-Son jak Guyver, schowaj marker
Ja mam tu towar i flow, nie podrabialne jak parker
Czaj tą markę od lat, man, i fakt ten
Zajawkę i fakt, to nie dzieje się przypadkiem
O fuck, te nadzieje okazały mówić prawdę
I mam fejm, ale nie po to robię rapgrę

[Skor]
Ziom, nie ma Help Me i weź głośniej to nastaw
Po następnym LP zamkną mnie w kaftan, ty
Przecież znasz nas od zero pięć
Jak dwa S robi majka test to wiesz jak jest, ty
Tylko bez tego lizania po dupie
Wrócę z UK to wbijemy tu z hukiem znów
Razem w grupie tu przejąć mikrofony
A potem zbijemy piony i zgubimy piony
I znów napierdolony, znów padnie na mordę
Ty stój przed publiką na baczność jak żołnierz
Ja pierdolę show, wiesz, jebie mnie to, bo
Tu łatwiej się sprzedać niż pozostać sobą, więc
Ruszaj głową albo trzymaj ją w tyłku
Znawców rynku, speców od marketingu
I nie mów mi, synku, że to jedyna droga
Prawda w słowach, a nie popyt i podaż

Ref. x2
Nie dla fejmu
Nie lubię wywiadów i backstage’ów
Nie szukaj tego rapu na Pudelku
Nie muszę dawać autografów, udawać do aparatu
Nie jaram się tym, chłopaku, jaram się tu graniem rapu
Wszystko ma swój koniec x3

Kiedyś ręce czasu rzucą na to wszystko cień
Weź to zmień, nie da się, ucieka dzień za dniem
A dobrze wiem, że życie wciąż nie będzie snem
Z tym nie wygrasz, wciąż potrzebujesz czasu
Zobacz rozbita klepsydra
Musisz przyznać, że to przykre, lecz prawdziwe
Ludziom wciąż przybywa lat, ich włosy ciągle będą siwieć. Nie możliwe?
A jednak tak się dzieje, powiedź czemu
Czas nas ciągle pogania i wciąż przysparza nam problemów

Nic nie jest wieczne, stałe, niezmienne
Inny byłem, a inny będę
Bo naprawdę wszystko zmianom ulega
Z tym pogodzić się już trzeba
Albo szczyt albo gleba
Nie ma, że boli, nie ma nic pomiędzy
Jesteś kimś albo śmieciem, to warunek egzystencji
Dokładnie zmieniasz się w oka mgnieniu
Zmieniłeś się nie do poznania, powiedź czemu
To co było w tobie umarło
To jaki byłeś naprawdę umarło
Nic nie jest wieczne
O tym nawija Ekonom i Zachrypnięte Gardło

Widać tak musi być w tym świecie
W którym szybko mija wszystko
Trzeba żyć, nie ważne, że czasami jest ci przykro
Przed oczami wspomnienia
Ciągle nie wiesz jaka przyszłość
Myślisz jebać wszystko, przecież tutaj liczy się moment
A wszystkie minione chwile po prosto są zamkniętym domem
Wszystko ma swój koniec, nie ma na to leku, zobacz
Potem może być za późno zacząć życie od nowa
Potem może być za późno zacząć życie od nowa

Wszystko ma swój koniec
Wszystko się wygasza
Topnieje jak lód
Jak światło się rozprasza
Wszystko się kończy
Jak ostatni browar, który sączysz
Wszystko się kończy
Tak, wszystko się kończy x2

Powoli wszystko kończy się, traci sens
Więc uwierz w siebie, zaciśnij pięść
Przypomnij sobie miłe chwile wtedy
Kiedy jest kiepsko, teraz wielki ulicznik
Pamiętam kiedyś uśmiechnięte dziecko
W krew ci weszło to, że
Że z każdym dniem jest gorzej
Zmieniłeś się i nie mów mi, że być może

A sięgnij pamięcią do tyłu, czy wspomnienia męczą
Czy pamiętasz przyjaźnie, w których coś normalnie pękło
Gdy świat zamienia się w piekło
Wszystko nagle jest szokiem
Że już nie miałeś siły, na szczęście to przeszło bokiem
I tak jest rok za rokiem, ktoś odchodzi i już nie wraca
Kiedyś kolega, co słychać, a teraz głowę odwraca
Masz moralnego kaca, popatrz sobie wreszcie na świat
Wiele rzeczy przemija tak samo jak przeminął wiatr

To jaki ktoś albo coś było wczoraj
To nie wyznacznik bo wszystko zmienia się jak pora, dnia
Onar, Ekonom, rap, a ty się gap
Za łeb łap
Bo mamy racje, mamy jasne
Ktoś kto robić musi naszym hasłem
Nie wygasłem, płonę
Choć się zmieniłem to nie koniec
Wy też żeście się zmienili
Przykro bardzo, ale łzy nie uronię
Bo nie w tym rzecz, żeby leżeć, płakać, szlochać
Ktoś cię kocha, to ty też się naucz kochać

Wszystko ma swój koniec
Wszystko się wygasza
Topnieje jak lód
Jak światło się rozprasza
Wszystko się kończy
Jak ostatni browar, który sączysz
Wszystko się kończy
Tak, wszystko się kończy x2

Czasem powoli idę drogą, widzę liście lecą z drzew
I zastanawiam się czy tak naprawdę to bardzo źle
Że rzeczy obok mnie zawinie czasu topi we mgle
Czy może jest to element, który napędza tą grę
Główną rolę gra wieczność, a my jesteśmy we tle
Sam nie wiem, wszystko się zmienia, to nawet dotyczy ciebie
Dzisiaj nie jesteś pewien, pewnie jutro będzie inaczej
Bo każda chwila jest inna, na to wpływu nie macie

Wszystko dookoła zmienia się, temat ten jest bieżący
Coś się musi zacząć, żeby coś się mogło skończyć
Coś się musi stać, żeby ktoś się zmienił
Coś się musi stać, przecież wszystko zmienia się na ziemi
Coś się musi stać, rozumiesz, musi
Po prostu zmieniłeś się diametralnie
Prawda boli, prawdę mówię prosto z mostu
Więc wnioskuj z tego, że
Zmieniłeś się na swoją nie korzyść
Kumpli tracisz, wszystko tracisz i problemy mnożysz

Wszystko ma swój koniec
Wszystko się wygasza
Topnieje jak lód
Jak światło się rozprasza
Wszystko się kończy
Jak ostatni browar, który sączysz
Wszystko się kończy
Tak, wszystko się kończy x2
Jest tak, TenTypMes i Kocioł po raz drugi, aha
ekskluzywnie dla was
to jest właśnie ta właściwa odpowiedź
ktoś próbował zbootlegować moją rozgrzewkę
mój trening, pfff
Ale nie, to jest właśnie to, jest 24 sierpnia
a ja odpowiadam tak

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
bo to dla ciebie jak nagła śmierć
dla mnie ten beef to napęd, napęd

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
przynajmniej dla mnie bo wiem
że mój diss już zamknął ci japę, japę

Pożyczyłeś ksywę Mes? ha i tutaj mógłbym skończyć
bo wiem, że mój diss był gorszy niż złamanie dwóch kończyn
to nie wystarczy być z trąbkami bębny twardsze
bo twój styl był błędny od zawsze
nawet twoi małoletni fani jak dorosną
będą się wypierać, że słuchali Lajnera
ja będę śmiał się głośno
ich dzieci będą pytać wtedy
Tato, słuchałeś Mezo?
Boże co za przypał jak koledzy się dowiedzą
Żeby tego uniknąć ja pomogę ci zniknąć
leć na Heathrow dziwko, szybko, lipton
lipa, to nie przypadek, twój styl przekwita
jesteś tyle wart co twoja ostatnia płyta
dla dziewcząt, dla chłopców, dla starców, kierowców
dla żon i dla matek ale nie dla obcujących z rapem
Częściej niż kiedy przejdą się deptakiem nad morzem
i refren od kolegów nie pomoże, co jest?
Kiedyś se poprzysiągłeś Jacuś, to jakiś twój obłęd Jacuś
Żeby zawsze mieć piłkarza w tracku
Grzeją cię podteksty, dziwny system grzewczy
obchodzi cię mój wygląd? mnie wygląd dziewczyn!

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
bo to dla ciebie jak nagła śmierć
dla mnie ten beef to napęd, napęd

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
przynajmniej dla mnie bo wiem
że mój diss już zamknął ci japę, japę

Masz tu Mes banknotów parę, przelicz
tak właśnie dogaduję się ze mną Arek Deliś
Wypadło na niego, ale mogło być różnie
Jak miałem 19 lat chciały mnie 4 wytwórnie
4 dni później byłem w tej, która nie może mnie nabrać
2 lata później opłacam już swój kwadrat, ha
a ty się starzejesz i wciąż mieszkasz z mamusią
Ja szukam hajsu i znajduję go jak Too Short
Dziwko, przymykaj drzwi, podłączaj słuchawki
kiedy oglądasz pornosa by nie wystraszyć matki
aha i graj za marny tysiak z hakiem także
Jakby ci nie wyszło z niunią to co powiesz? sorry szwagrze?
To ostatni raz, gdy mówię o rodzinie
Ty zrobiłeś to o raz za dużo
Uważaj bo minie czas hip-hopowej walki
temat życia Flinstone'a
chyba żaden z nas nie chce krwi, jesteś ponad
Zobacz, mam deal, ja raz ci pierdolnę
w zamian skończysz stosować swoje szkolne porównania
i uważaj Jacuś jakich używasz słów na papierze
bo to ty grałeś koncert dla psów, frajerze

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
bo to dla ciebie jak nagła śmierć
dla mnie ten beef to napęd, napęd

Kiedy taki śmieć jak ty nabluźni Typowi jak ja
musi wiedzieć, że saga trwa
przynajmniej dla mnie bo wiem
że mój diss już zamknął ci japę, japę

-Mezo, ja posłuchałem twojej płyty
to jest bardzo fajna muzyka rozrywkowa
tylko zastanawiam się, czy ty już nie powinieneś dzisiaj naprawdę pomyśleć
dobra, środowisko środowiskiem, ja jestem artystą rozrywkowym
-Wiesz co ja staram się ee
-Tak czy nie?
-Staram się ee.. stanąć jakby ponad tym i mówić
robić to co mi kieruje jakoś głowa i może ludzie
którzy mi doradzają też
ale staram się jakoś tutaj selektywnie do tego podchodzić
-To znaczy? odpowiadasz jak polityk
-Tak, i

Tak? OK, ty to powiedziałeś

-Dziewczyno jak wino uderzasz do głowy
Aniele, tak wiele do ciebie bym zrobił
Podryw to mój zap...pomysł na wieczór
mój zapał, twój u-u-u...
ja nie mogę tego przeczytać
-No niewątpliwie ten numer...
-Przecież to jest bracie widziałem orła cień
-Słuchaj, ja do tego tekstu podeszłem zupełnie inaczej niż on jest...

Podeszłem? student się znalazł, kurwa
On ledwo żyje, schowany gdzieś w szafy Twej czeluściach
i od lat nie ruszany rozpaczliwie łzami chlusta.
Jego koledzy robią karierę. Tylko patrz jak.
A on co? Pierdolona wegetacja.
I myśli: po to się chowałem po obrzeżach
żeby teraz, na starość, mnie nikt nie wyrezał?
Nie chcą mnie, choć mam więcej funku niż Pan Kleks.
Życie jest ciężkie, kiedy jest się dobrym samplem.
A ty go mijasz dla jego kolegów, którzy przyjaźń
rozmienili żeby skrzydła porozwijać.
Te same dźwięki ktoś inaczej ponazywał,
chociaż to wszystko i tak muzyczna recydywa.
Znajomi po fachu wiodą siódme życie swoją drogą.
Za każdym razem okrzyknięci kiczem uwierz w to bo
najbardziej znani, wciąż są eksploatowani,
a nasz biedny sampelek zalany łzami.

Więc:

Rezaj go rezaj, wytnij, potnij.
Świeży, sprawny i wciąż bezrobotny.
Leży pośród innych lecz ty zamiast niego wolisz tamte.
Życie jest ciężkie kiedy jest się dobrym samplem. x2

On jest dobry. Ma styl i werwę.
Lecz zamiast niego słyszę wciąż chujnię jakąś z połamanym werblem.
Ze stopą cięższą niż ciężki los nasz.
Dobry sampel, słysząc to wszystko wpada w czarną rozpacz
i nos ma mokry od łez. Przed oczami robi mu się ciemno.
Do tego cierpi na bezsenność.
Żeby pospać trzeba mieć jakiś asumpt,
a jego koszmar dręczy od jakiegoś czasu,
w którym ktoś go bierze, obrabia i „na Boga!”,
robi z niego rap o bounce’ujących pierogach.
Więc, że trwoga go ogarnia, nie ma się co dziwić
jak to dziesięć razy dziennie leci na polskim MTV.
Nasz sampel przerażony budzi się z krzykiem
i z nadzieją, że ktoś wreszcie zrobi z niego muzykę.
Że ktoś go odnajdzie wśród przesterów i sprzężeń.
Więc producencie wstydź się i czym prędzej...

Rezaj go rezaj, wytnij, potnij.
Świeży, sprawny i wciąż bezrobotny.
Leży pośród innych lecz ty zamiast niego wolisz tamte.
Życie jest ciężkie kiedy jest się dobrym samplem. x2
Raperzy mówią, że ich rap to życie
Chyba tak muszą, bo skoro ich rap to życie
Czemu on nie daję żyć moim uszom
Weź osraj znajdy, znam typów co nie tylko
W Andrzejki palą wosk dla frajdy
A dziś z kontraktem są górą na małą metę
Bo sami do mnie przyjdą, jak z tą górą, jestem Mahometem
Chcesz ikry, nie masz jej to jest przykre
Że choć nie jem kawioru, to jem twoją ikrę
Synu te flow pali twój blok
Wpłynąłem na bit jak Ali na boks
W rapowym filmie ja to pierwszy plan, ty z koleżkami to tło
Po tej scenie chcę się napić zapierdalaj po bro
Twoje łzy nie są słone, twój oddech nie jest ciepły
Jesteś sztuczny, twoi fani są z pleksi
Nie daję follow up'ów ale dziś dam typie
VNM naucz się wymawiać tych 3 liter

Siema VNM, temat wymusza skupienie
W swoim ciele mam miasto, nie tylko więzienie
DJ scratch'uje płytą, ukręca różne wtyczki
Głupia suko, on chcę zobaczyć twoje cycki
Jednym tchem wymawiasz cztery elementy
Ja znam co najmniej 6, jestem pierdolnięty
Patrzę na pieprzony zegar, widzę wyścig cyfer
I tak wiem kto go wygra, pieprzony lucyfer
Nie jestem szamanem, jebie słowne egzorcyzmy
Gra jest ostra jak skalpel, widzę nowe blizny
Nowe blizny na duszy, rap dudni w głośnikach
Mają go za darmo, ludzie są próżni w nawykach
Ludzie są różni, przykład goni przykład
Nie mają własnego ja, każdy goni na wykład
Teraz oglądasz swój głośnik, pocierasz membranę
Z niej płynie czysty głos, który nie jest sopranem

Wiesz co tu pali te flow, kiedy wchodzimy na blok
Ziomy dają nam props, tak
Wiemy jak grać, jak chcesz z nami tu grać
To zczaj dla nas ten rap to coś więcej niż jebana gra
Ty już wiesz co tu pali te flow, kiedy wchodzimy na blok
Ziomy dają nam props, tak
Bo, wiemy jak grać, jak chcesz z nami tu grać
To zczaj dla nas ten rap to coś więcej niż jebana gra

Twoje buty są stare, ty w szpan wczuty
Twoje buty jak to miasto, bo to pra-buty
Moje kick'sy są nowe, moje flow jest świeże
Jak boli cię to, wypierdalaj na pokój zwierzeń
Mam nową kasę, wcale nie za te słowa
Mój hajs jest jak żigolo, bo to kasa nowa
Dla ciebie drzwi do hajsu nie stoją otworem
Czekasz aż ktoś otworzy ci drzwi, jakbyś dzwonił domofonem
Twój ziom nie jest w podziemiu, to niby rezydent
Tylko się tu wałęsa jak były prezydent
Ja jestem tu jak Emrat, Skibwoy, Reno, Wankey, Smark
To jest kurwa underground, tak
Możesz być Dawidem, kiedy jestem Goliatem
Ty i tak ta bajka się kurwa skończy inaczej
Ziomy nie dają ci już pojary pod blokiem
Bo masz pare rymów, ja mam 2 pary jak poker

Sztuki chcą tego rapu, to jak przecena w Tesco
A ich sztuczne cycki chcę przebijać pinezką
Mam łyżwy na nogach chociaż nie gram w hokej
Moje słowa są jak pocisk, nie macham glockiem
Nawyki zdobyte pod blokiem, jestem krupierem
Wpadniesz do nas z tysiakiem, a wyjdziesz z zerem
Rap to twój zawód, myślę, że to łud szczęścia
Lepiej przynieś nam lód, bo możesz wyjść w częściach
Dzisiaj mam kaprys, chcę kupić nową bluzę
Ty masz minę ziomuś, jakby zginął ci puzzel
Nie muszę się czaić, znowu martwić przeceną
Jestem z podziemia, nie znaczy, że mieszkam pod ziemią
To jest nasz rejon, Słubicki underground
Ty obserwuj uważnie potyczki naszych band
Mocny trójkąt Słubice-Elbląg-WWA
Nasz rap to coś więcej niż jebana gra

Wiesz co tu pali te flow, kiedy wchodzimy na blok
Ziomy dają nam props, tak
Wiemy jak grać, jak chcesz z nami tu grać
To zczaj dla nas ten rap to coś więcej niż jebana gra
Ty już wiesz co tu pali te flow, kiedy wchodzimy na blok
Ziomy dają nam props, tak
Bo, wiemy jak grać, jak chcesz z nami tu grać
To zczaj dla nas ten rap to coś więcej niż jebana gra
Pamiętam '96 przed lustrem ćwiczyłem nawijkę
Kwaśniewska była wtedy jeszcze przed pierwszym liftingiem
To było dawno temu, Ero nie miał jeszcze Serum
Nie dzwoniłem do dilerów, Blondie Rapture z adapteru
Dziś brzuch wylewa mi się lekko zza paska
Zapisuję kreślę brudną ręką w notatkach
Sample złączone z bębnem znaczę obłędem
Bez ciśnień czy będzie to trendem
Majk Czeka, znów ja przy majku
Piszę i nawijam dla bloków epitafium
Tu gdzie wielu z nas teraz pije za błędy
Pierdolić czułe słówka i fałszywe shakehandy
Spojrzeć sobie w oczy gra świeczki warta
Albo na wieki pogarda jak u Godarda
Przysięga krwi, na śmierć i życie mariaż
Skurwysynu, ty tego nie ogarniasz

Większość emce jak patrzę na nich już im nie wierzę
Zgolić te łby a później smołą i pierzem
Chcieli być kimś włóż to dzieciak między bajki
Za małolata wymieniali żołnierzy na lalki
Urodzeni w znoju tyłem do przodu
Na ich koncertach pustki jak podczas nalotu
Ludzie poznali tą pazerną bandę
Złapaną nocą na przeprawie przez Rio Grande
Niby skromni a parcie na szkło
Przerżnięte usta byle był grosz
Stąd taki kot trafia na szrot
Niepotrzebnie niosą nosze wystarczy mop
Patrz jak ten asfalt leniwie dupą rusza
Oni mówią mają wosk ale chyba pszczeli w uszach
U nas tempo 3 do 3 i jest fest
Od a do be do ce do de do zet

Jadę miejską komunikacją studio na piętnastą
W mojej głowie dziś Hanoi kontra Sajgon
Liryczny jackpot w jednej linii trzy siódemki
Niewiele trzeba wersy sypią się spod ręki
Rap'n'Roll, brudne jak Południe miejskie boogie
A nie ulice skolonizowane przez fastfoody
Bary szybkiej obsługi, ej to nie dla mnie
Masz tu litanię pisaną punchlinem
To jak operacja serca, zadrży ręka
Błąd w sztuce, uśmiercasz pacjenta
Ludzie na koncertach mówią że ich rozumiem
Uwięziony na zawsze w tym getcie sumień
Niektórym słusznie dziś trzęsie się wita
Wielu przysięgało -- „na zawsze muzyka"
„Kobieta życia" -- dzisiaj mówią „kurwa stara"
Została po niej tylko przypałowa dziara
A ja jestem pomidorem i nikogo się nie boje
jestem zdrowy, daję zdrowie, zdrowie mieszka w mojej głowię
mam cudowne witaminy, bardzo dobre dla rodziny
kto mnie zjada siłę ma na sto dwa
mam też w sobię minerały żeby sercu pomagały
żeby ludziom dawać siłę ze mną smaczny posiłek
pamiętajcie tak się składa mnie codziennie można zjadać
samo dobro tak już jest ja mam gest
Wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
A bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej chybić
Bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej jest chybić
A wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej

Ej posłuchaj mnie minutę bo wokoło łby zakute
wchodzą wszędzie z butem, rozum nie jest ich atutem
na pozór dziś wszystko gra, jutro wpada policja
przez tak nie musiało być kto jest zły ja czy ty
Szacunek fanom ulicznym zasadom
Przeciwko kurestwu, kurewskim układom
Prawdziwi cię nie zdradzą, prawdziwi zdradą gardzą
Honor uszlachetnia, honor stracić łatwo
Robisz zamieszanie, kolejne aresztowanie
I kolejne przeszukanie, kiedy ktoś złoży zeznanie
A nie mają dowodów, znajdą tam, bądź jakiś powód
to normalne w chuja granie (w chuja granie, w chuja granie)

Wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
A bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej chybić
Bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej jest chybić
A wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej

Cały ten rozpierdol muszę to ogarnąć
Nie ma lekko, tu nie ma nic za darmo
Tu za darmo możesz dostać tylko wpierdol
Tu wszystko się kręci wokół szmalu
Zarobiłeś - baluj, nic nie zarobiłeś to żałuj
Ktoś chciał kupić kilo haszu, a dostał kilo kału
To jest ostry kocioł, to kraina kryminałów
Musisz to zrozumieć, najlepiej od zaraz
Jak coś popierdolisz to kara, za wszystko kara
Musisz unieść to na swoich barach
To nie jest jakieś tralalala, tutaj nie ma przebacz
Jak kogoś wkurwisz, to mogą cię odjebać
Jak jesteś w porządku no to o nic się nie martw
Twarde narkotyki, odstawcie ten temat
A teraz najważniejsze - nie daj żywcem się pogrzebać
W tym całym zamieszaniu oczy szeroko otwarte
Firma, pozdrawiam z fartem

Wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
A bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej chybić
Bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej jest chybić
A wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
[tylko tekstyhh.pl]
Rządy się zmieniają, a psiarnia dalej wściekła
To co robią z dzielnic jest coraz bliżej piekła
Otwarte kabaryny agresywne menty
Chuj wie gdzie się wkręcą jebane konfidenty
Co zgotuje jutro i niefart przeklęty
I nie właściwe miejsce, czas, zaciskasz mocno zęby
Chciałbyś spierdalać, ale nie masz którędy
Wokół tłum, policja, a ty kajdankami spięty
Tym kurwom nie chodzi o to by ten kraj naprawić
Krzywdząc dobrych ludzi lubią się zabawić
Te pokłady kurestwa rodzą w nas nienawiść
Za którą te śmiecie potrafią nieraz zabić
To przeciwko kurestwu i upadkowi zasad
Co dzień zapierdala by w kiermanie była kasa
Masz teraz dalej [?]
Rozdmuchaj mocno kłęby dymu z trawy
Patrz na tych wszystkich co żyją tutaj dłużej
Patrz jak zmęczeni życiem są normalni ludzie
Pół wieku komuny co do tego nie mam złudzeń
Sprawiło, że babramy się w życiowym brudzie
Cywilizacja jest tu z tyłu trochę dalej
Jak porównasz do nas rozwinięte kraje
Nie tak być powinno, tak mi się wydaje
Nawijamy o tym to nam zawsze pozostaje

Wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
A bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej chybić
Bez ryzyka trudno jest się wybić
Im grubszy jest cel tym łatwiej jest chybić
A wraz ze wzbogaceniem zamieszanie rośnie
Choć ci co nic nie mają nie mają wcale prościej
Te ulice kamienice skwery i domy
To moje strony tu rzuciło mnie fatum
Życie podsuwa ciągle tysiące tematów
Wysłuchaj tego rapu C H A D A
Grochowskie życie skurwielu to nie gra
Tu płynie łza i kumpel się uśmiecha
I ktoś do szczęścia dosypuje pecha
Teraz stoimy my u twoich drzwi
Często mnie przeraża to co mi się śni
Ktoś z ciebie drwi i wytyka cię palcem
Nie przegrasz w tej walce zostaniesz na macie
Udowodnij szmacie że stać ciebie na wszystko
G R O C H Ó W to moje środowisko
To moje miejsce tu nie ma kompromisu
Posłuchaj Endefisu i chwilę się zastanów
Co z tego że brakuje dużo do pierwszego planu
Co z tego że każdy z nas życie tu spędza
Że w koło nędza że los nie oszczędza
Tu pierwszy raz spotkałem się ze strachem
Pod jednym dachem ja i rodzina
Teraz po latach to sobie przypominam
Tu się urodziłem to nie moja wina

Powiem ci co widzę kiedy patrzę na podwórka
Widzę szczęście i rozpacz nastoletniej matki z dzieckiem
Zwątpienie jej rodziców którzy co miesiąc mają tylko rentę
Widzę gówniarzy co beztrosko kradną matkom pensje
Widzę też takich co zarabiają wiesz jak ?
W jak najprostszy sposób
Zdobyć mieć sprzedać a póŹniej znowu
Mówią że kolejnego już brakuje
Kiedy wróci ? za trzy lata spójrz może dłużej
Ilu wierzyło że idziemy wspólną drogą razem
Że między nami nigdy nic nie stanie – razem
Możemy zdobyć wszystko i stworzyć sobie przyszłość
Taką jaką chcemy a nie jaką inni mieli
To nie sen trzeba wierzyć
Dobrze wiem da się przeżyć mimo tego gdzie jesteśmy
a gdzie moglibyśmy być wielu teraz czuje wstyd
za głupoty które kiedyś miały na lepsze zmienić
ilu by cofnęło czas by jeszcze raz móc wybrać
żeby nie tracić a korzystać
by idąc w górę nigdy nie spaść za nisko
bo to nie nasza wina gdzie urodzić się nam przyszło

To nie twoja wina
Płonie kolejny most
Nie twoja wina
Że liczy się tu każdy grosz
Nie twoja wina
Górę bierze złość
Tu się urodziłeś ulica ma głos [x2]

B do I do A do Ł Y do S do T do O do K
Raz stąd słychać śmiech
Innym razem po policzku spływa łza
Dzieciaku wyższa siła
Cały czas nas tu trzyma
Dzień w dzień to przeklinasz
Tu się urodziłeś to nie twoja wina
Czarna godzina ciągle wybija
Masz wybór albo się rozwijasz albo zwijasz
W tobie tkwi siła choć los poniewiera
Są tacy którym jedyne co zostało to wyrzuty sumienia
Gnoje na górze nikt nas nie poprze
Nie byli w naszej skórze ten głos do nich nie dotrze
Nie jest dobrze – wytrzymałość na krańcu
Do końca życia będziesz wlókł ukuty łańcuch

Słońce zaszło krwią na jutro brak planów
Nie ma dnia bez faulu nie ma dnia bez haju
Pierdolony raport o stanie tego kraju
PrzyjdŹ szybko umieraj młodo się zaharuj
Jedni nie dożyją drudzy po trzydziestce zmiękną
Niewielu uda się wyjść obronną ręką
Nikt o nas nie myśli taka jest przyczyna
Tu się urodziłem to nie moja wina

To ludzie ludziom zgotowali ten los
A być może o włos urodziłbym się gdzie indziej
Powiem jedno : nadzieje noś nadzieja przyjdzie
Tak myślę a ty jak myślisz ? Ja upraszczam
Białystok i łódŹ warszawska
to ludzie ludziom gotują ten los
co dzień rano się budząc
to nie twoja wina
prościej mówiąc to mija
w tył przewijam dotąd by beztroska we mnie żyła
a jednak czasem człowiek człowiekowi sprzyja
chyba znasz to to się nazywa przyjaŹń
jak wielu z nas tu się urodziłem to nie moja wina

To nie twoja wina
Płonie kolejny most
Nie twoja wina
Że liczy się tu każdy grosz
Nie twoja wina
Górę bierze złość
Tu się urodziłeś ulica ma głos [x2]
Twoje dziewięć milimetrów może nie zrobić wrażenia
Żyję w dużym mieście w którym się niewiele zmienia
O bólu, radości i cierpieniach i o życiu
Będę wciąż o tym gadał, zawszę w centrum nie w ukryciu
O paleniu i o piciu, wychodzeniu na prostą
Co jest życiową chłostą, zbyt wielu nie dorosło
Ja za to zbyt szybko, dojrzały ponad wiek
Na linii strzału, bang, nie black, wracam, comeback
Poorany do przesady, czas pierdoli twórczy zastój
Bo tu kolejny nabój przebija serce miastu
Zbyt wielu drabów swych talentów nie dojrzało
Swych perspektyw mieć nie chciało i co się z nimi stało?
Już ich nie ma, to zbyt mało, żeby poczuć się tu kimś
Wybiela się na tle upadku skurwysyn
Exclusive rynsztok jak powiada Braciak Kaczor
Witam na Jeżycach, ten mój hardcore się tu zaczął
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę

Nieustannie będę gadał, będą ostre moje słowa
I do tego będą kopać niczym najlepszy towar
Doszukuję się przyczyn, bo ja żyję w miejskim getcie
Gdzie życie nie jest lekkie, jak Rychu obcuję z piekłem
Znajdę tu swoją mekkę, pożyjemy – zobaczymy
Wiem, że dużo będą gadać zazdrosne skurwysyny
Tu robimy ten rap, opisujemy w nim świat
Jestem żołnierzem jak Pat, to Kaczor ten unikat
A lat przybyło trochę na twarzy w ostatnim czasie
Bo już prawie trójka z przodu plus koks, wóda na trasie
Lecz niektóre sprawy chciałbym dawno mieć za sobą
Jak Dominic Purcell po ucieczce zaczynam na nowo
Jak kiedyś bardziej z głową i kierując się rozwagą
Idę przez życie ze swą nieśmiertelną sagą
Swej wartości świadom, byłem, jestem, będę
Choć być może niektóre decyzje w życiu były błędem
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę

I niech się każdy dowie ja się nie poczułem Bogiem
Też odczuwam trwogę, znam życie hardcorowe
Wiem, że wiele mogę, ale nie chcę tej współpracy
Jak chłopacy na komendzie nie wymięknąć, to coś znaczy
Pierdolę taki układ nie usłyszysz mego przestań
Psy niszczą młodych ludzi zmuszając ich do zeznań
Czy ja coś wiem? nie znam, nie znam nic oprócz historii
I o tym jak Grandmaster Flash zrewolucjonizował słownik
A ty poczuj to gówno, bo to dalszy ciąg historii
Mam flow, napełniam zbiornik, jestem gotów do zbrodni
Rozjebać tych co modni, w aucie taty grają muzę
Która gówno ma wspólnego z prawdziwym syfem tchórze
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę

Konsekwencje naszych czynów odbiją się w przyszłości echem
Sam pracuję na swą przyszłość nie tłumacząc niby pechem
To też uczę się wciąż, totem swój muszę wziąć
Wraz ze sobą i nadal kroczę drogą wyboistą
W piekle już jedną nogą pewnie za to wszystko
A coraz młodsi odchodzą, wiem, że śmierć jest blisko
Czy przekażę potomkom przeklęte nazwisko?
Czas pokaże czy zostawię tylko pobojowisko
Z głową w górze – nie nisko, na pohybel zakłamanym dziwkom
Ostro w zakręt wchodzę mimo iż ślisko nieraz
Nie biorę jeńców jak Rosario Tijeras
Nie noszę maski na twarzy jak w Zorro Banderas
A horror piszę życie tutaj nie od dziś
A pocałunek śle śmierć znów jak Jadakiss
Ty powiesz - Kaczor to mistrz, ja powiem to zwykły chłopak
Dlatego co dzień się uczy, nie zrozum tego na opak
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę

Zagubiony w moim życiu, zarobiony w mojej branży
Urażony przez odważnych, wciąż tragiczny, nie poważny?
To dla wszystkich tych, którzy nie chcą zmian na siłę
Jestem panem swego losu nawet gdy tylko przez chwilę
Wiem jak cholernie dobry potrafię być na scenie
Bo wiem jaki potencjał w tym wrażliwym gnojku drzemie
Zastanawiam się czy wiele będzie wiary na pogrzebie
I czy spuściznę po mnie spamięta pokolenie
Niemoralne wynaturzenie, odrzuć to co męczy głowę
Przeciwności nie pokonasz, zbyt dużo było wojen
Zbyt wielu ludzi śmieci, zbyt mało dobrych dusz
Męcz się lub rusz, do przodu, otrzep kurz
Zostaw to za sobą, inaczej nie podołasz
Od J do E, Rychu Peja, życia szkoła

A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, Rychu Peja w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę

A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę z numerem pierwszym w szkole życia
A ja co dzień się uczę, co dzień się uczę
Żadna dziwka, żadna bambera
wiesz, co we mnie drzemie
wciąż podnosisz mi ciśnienie.

1.
Yo lanca, twój osprzęt, towar jest pierwszej czystości,
wyjmujesz, podajesz, przy tym mruczysz mała possij,
ona się wzbrania, stroi fochy, tym cię złości
w poczuciu bezsilności nie pomoże trick z litości,
naprężony fallus, tak sterczy w bezczynności,
lepiej kontaktują słysząc tekst o zależności,
a więc płacisz takiej dziwce, teraz jesteś w siódmym niebie.
Dotknij gdzie chcesz, po raz drugi, cię wyjebie,
lirycznie możesz tańczyć, to co robisz mnie nie rusza,
pytasz, po co to nagrywam? - Bo, kurwo, nie mam wyczucia.
Materialna dziwka, która chciałaby pouczać,
przy lepszej okazji nogi na plecy zarzucać,
o każdy prezent godzinami się wykłócać, żeby skurwić, się na koniec
za drobniaki, chcesz posłuchać?
Słuchaj, otrzyj pyska, każdy w oko, włosy tryska,
trzecioligowa artystka z wyjechaną reputacją chwali się,
tak ciasną szparką, z nią to ekstra jest ruchanko.
Siamanko, niezłe wdzianko zarobione na stojaka, wyjebana w dupę,
bez uprzedzeń, niezła draka, ty mówisz kto jak kto, ale ja nie jestem taka,
a wieczorem targa za Shake'a i Big Mac'a.
Byle tylko ktoś nie przyciął, chowasz głowę w jego nogach,
a nad głową dynda ci choinka zapachowa,
lekcje francuskiego bardzo dobra jest wymowa.
Rano się budzisz, opcja bóstwo i odnowa,
najchętniej byś była jak opona zapasowa -
"Pozwól mi pojechać z Tobą, przecież umiem się zachować",
boisz się przestać, bo nie będą cię szanować.
I tak nie będą, wiem jak z tobą postępować,
nie zamierzasz się zmieniać, to nie będą cię doceniać.
Dotknij gdzie chcesz, skończ na drobne się rozmieniać,
dotknij gdzie chcesz, skończ na drobne się rozmieniać.

Ref.
A więc poczuj kocie ruchy, dziwko, poczuj kocie ruchy,
dotnij gdzie chcesz, razy dwa, chcę twej zguby.
Ważne, że jest grzeczna wtedy opcja jest bajeczna,
materialna dziwka to zabawa niebezpieczna.

2.
A ty czujesz te ruchy, te kocie łakocie,
tylko ci jedno chodzi w istocie,
położyć łape na koncie i złocie.
Szlachetne kamienie, robisz to z czystym sumieniem,
myślisz, że nie wiem, po pierwszym spotkaniu już jestem pewnien,
że widzisz się w nowej BeeM'ie Siedem.
Obcisła, przykrótka bluzka pasuje do wymarzonego wózka.
Inteligencji tyle, tyle co Buzka, tak mi przykro
z twojej strony to bardzo brzydko.
Ja już wiem wszystko, jesteś podłą, materialną dziwką zwykłą,
więc staraj się żeby mi bryknął, budzisz ogiera,
ogień perwera, wkurwia mnie twoja damska kokietera,
wyssiesz wszystko do zera, taka jest prawda szczera.
Życie oglądasz przez pryzmat, wielkie kapuchy,
widzę te okropne paluchy, te kocie ruchy,
gorącym spojrzeniem mruga, dotkij gdzie chcesz, osłona druga.
Lamzaz hip-hop'u sługa, służysz kobiecie, nie wierzę w cuda,
to się nie uda, może być blond, czarna lub ruda,
a ty jednej miłości bezwzględnie szukasz
musisz pamiętać, że każda kobieta to Judasz.

Ref.
A więc poczuj kocie ruchy, dziwko, poczuj kocie ruchy,
dotnij gdzie chcesz, razy dwa, chcę twej zguby.
Ważne, że jest grzeczna wtedy opcja jest bajeczna,
materialna dziwka to zabawa niebezpieczna.

Żadna dziwka, żadna bambera,
wiesz, co we mnie drzemie,
wciąż podnosisz mi ciśnienie.
Wiesz o czym mówie?
To damski świat materialny,
taki typ kurewskiej rasy,
marzą ci się rarytasy.
(Świat się skrzywił, on krzywi się dalej
Wiesz, świat coraz mniej da się wyjaśnić)

Wybory wygrał Obama, z kaset straszy Osama
Daj pilota, zmienię kanał, kolejny banał
Szukają Polańskiego jak kiedyś Najmrodzkiego
Ibisza boli ego, stary udaje młodego
Kolagen i silikon to dzisiejsze substancje
Uśmiechy i poklepywanie siebie tworzy relacje
Interakcje to konwencja, ja pierdolę to
Bo prawda to esencja i wsjo
Obiecuję Ci Ty paparazzi z lunetą, krótka piłka
Ja, Ty, pięść, twarz i beton.
Psss jaki paparazzi? Ciao ragazzi
Bo rap dziś to tylko rodzaj atrakcji
Pastwi się świat bo jeden głupek z drugim
Zamiast robić coś dla gry, to umie tylko się wygłupić
Taki biznes, chamskie serca mają chwilę i trzeba się załapać
By do raju kupić bilet

Na ekranie pan i pani, dużo różu i błyskotek
Sensu za nic, bal jak z kiepskich dyskotek

(Świat się skrzywił, on krzywi się dalej
Wiesz, świat coraz mniej da się wyjaśnić)

Tańczy jakaś para, typ chce cofnąć czas z zegara
Pół Polski na to patrzy i się jara
Janowski - kolejny młody wiecznie wciąż śpiewa i tańczy
Ja włączam "Dom Zły", play, banału starczy
Dlaczego Kinga Rusin, nie Kinga Preis?
Dlaczego musi iść za tym nie jakość lecz hajs?
Psia kość! Ach te mrzonki naiwniaka
Byle jakoś, trudno, tak być musi, nie ma co płakać
Klaka cóż, czytam Frondę i 44, olewam bzdurne fobie
Rozum przejmuje stery, patrz, walcz o świat
Tylko ten wokół siebie, bo reszta ma swój los
Swój tor i nie zna siebie, elita jeśli nie wiesz - pytasz
Chowasz się w moc kreacji, nie toniesz w zachwytach
Na szczytach wśród atrakcji, zazdrość psssss
Słabych cecha, byle na złość byle co z talentem jak Teka!

Uśmiechy i kreacje, dużo fałszu i pozorów
Karmią wyobraźnię ludzi sprzed telewizorów

(Świat się skrzywił, on krzywi się dalej
Wiesz, świat coraz mniej da się wyjaśnić)

Yo, Nietzsche, Fromm, Hegel i co mi po tym ej
Młoda pani weterynarz cywilizuje wieś, super
To, co publiczne dawno już jest trupem
A prywatne - daj ciała dam Ci sukces, głupek!
Wspólne songi, byle było, to show-biznes
I to ma trwać a Blake’a wrzuć w swoją niszę
Słyszę szum, to oddolny ruch rozumów bo mamy was dość
Erato z flagą pośród tłumów
I będą gadać, liczby przecież nie kłamią
Chcą to mają, tacy są to oglądają
Mów, ja wiem że tylko tym tłumaczysz swoje chamstwo
Bo ludziom warto dawać piękno, nie karmić ich papką!
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo