Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Cisza ogarnęła teraz mój spokój
Jak u boku samotnika chodzę własnymi ścieżkami
To cisza wywiera na mnie wielki wpływ
Zabija wszelki hałas gładzi codzienności syf

Cisza trzymaj w kieszeni tego asa
Gdy męczy zamęt i problemów masa
W tych czasach coraz trudniej ją wyłapać
To definicja własna ona się opłaca

Cisza to pełnia szczęścia
Wczoraj i dzisiaj wszechświat uzupełnia
Jej skład to spokój i umiejętna
Przerwa w nerwach i codziennych manewrach
Cisza to moja werwa wtedy się zamykam
Samoistnie zaczynam pisać i się spełniam
Sama w sobie jest piękna to moja energia
Nie jedna chciałaby być tak szlachetna
Jak matką diamenta Antwerpia od wieków
Bezpieczna jak młodzieńcze tajemnice w człowieku
Mogę ją znaleźć w największym zgiełku
Potrafić setki przeszkód obrócić pomocną dłoń
To źródło leku na prawie całe zło
Nietykalna przez żaden pierdolony sąd
To wielki błąd gdy jej nie doceniasz
To prąd dla życia w sytuacjach zwątpienia

Trzymasz żar tudzież zaciśnięty w garści
Odstawia stres na bok, a ty mała zaśnij
W tempie werbla w dłonie tu teraz klaśnij
Wsłuchaj się w tą chwilę trochę czasu dasz mi
Ej ty prosto w oczy patrz mi tylko ty muzyka cisza
Więcej wyobraźni
Zaśnij jak pod wpływem błaźni
Patrząc słucham, obserwuję co mnie drażni
Cisza mnie ukaja
Uspokaja codziennego dnia teraz na bok
Odrzucam fajans, nie ma mnie dla nikogo
Nie oddzwonię zaraz
W tym momencie jak zwykle tysiąc spraw na raz
Wokół cisza i muzyka, ta daje po garach
Słychać na ulicach muzę, która bębni w barach
Ja trzymam się z dala
Drażni mnie ta bydła fala, która się stara zabić ciszę
Zara, która się stara, zabił ciszę zara

Cisza ogarnęła teraz mój spokój
Jak u boku samotnika chodzę własnymi ścieżkami
To cisza wywiera na mnie wielki wpływ
Zabija wszelki hałas gładzi codzienności syf

Cisza trzymaj w kieszeni tego asa
Gdy męczy zamęt i problemów masa
W tych czasach coraz trudniej ją wyłapać
To definicja własna ona się opłaca

Atmosfera ciszy swobodę zbiera
Uwiera mnie kariera to nie tak sukinsynciu
To nie fair, bądź młody, przewiń ster, wciśnij ej play
Nie mam maty zatem cisza zimą czy latem ma swój patent
Ma to znaczenie dla mnie kolosalne,
Udowadniają to stany e-emocjonalne
Nie relaksujesz się przy niej, stawiasz sobie punkty karne
Cisza to farmer spokoju farmer
Cisza jak makiem zasiał, cisza jak w grobie
Powie to cichobieżny motyw jest cokolwiek
Aczkolwiek człowiek spędza teraz sen z powiek
Gdy hałas uderza w naturalny obiekt
Dopada psychikę, znajduje swój obiekt
Wtedy lecisz do ciszy tej, tej, tej, tej powiew
Stan nieważkości w cudzysłowie
Cisza wtedy jest moim pogotowiem

Dobra cisza znów siadłem nad pustą kartką
Tylko ja i mój żargon twardo kreśli kolejne wersy
Jeśli nie wejdzie nikt to
Będę mógł rzeźbić swój kameleon styl
Nadal przepadam za bitami w takich tempach
Nie powiem, że nie widzę się w eksperymentach
W jakichś nowoczesnych bębnach, łamanych pętlach
Znajdę coś dla siebie, bo to wyższa poprzeczka
Kolejne wyzwanie sam sobie postawię
Jak alpinista na swej kolejnej wyprawie
Mój Mount Everest a tekst to czekan
Teraz już wiesz, że ma cisza to ten rap

Cisza ogarnęła teraz mój spokój
Jak u boku samotnika chodzę własnymi ścieżkami
To cisza wywiera na mnie wielki wpływ
Zabija wszelki hałas gładzi codzienności syf

Cisza trzymaj w kieszeni tego asa
Gdy męczy zamęt i problemów masa
W tych czasach coraz trudniej ją wyłapać
To definicja własna ona się opłaca
[Peja]
Ski Skład
Parę hien w życiu namawiało do kurestwa
Jak myślisz, co wybrałem, być nie mieć to moja kwestia
Jak najdalej od takich, którzy chcieli by dorobić
Jak pasożyt się podłączyć do umiejętności twoich
I ssać by chciało, widzę takich, to mnie czyści
Z twojej ciężkiej pracy chcieli by mieć korzyści
Przydupasy, podłączki, uśmiechy, uścisk rączki
Branżowi ocieracze przyczepiają się jak rzepy
Propozycję warte grzechu, opcja naróbmy tandety
Zaróbmy parę groszy, wspólnie zróbmy coś fajnego
Zawsze powiem wypierdalaj, jeszcze nie wiesz dlaczego?
Na ty to mów kolegom bo ja do nich nie należę
Chociaż kwiczę i leżę to chałtury się nie chwycę
Grzecznie też umiem odmówić, nie dociera, to zaryczę
Kocham muzę nie banknot, hajs mnie nie zdegenerował
Jedynie zła ulica i berbela żołądkowa
Kontroluję swoje ruchy jak odprawa paszportowa
A tych paru chce przemycać, jakieś brudy wnieść na pokład
Zagraj koncert w jego ciuchach a współpraca będzie dobra
Tych kilku drobnych cwaniaczków, pseudo promotorów popatrz
Kombinują jak rap sprzedać i za niego skasować
Pod przykrywką promować, nawpierdalasz się do syta
Tylko nie z mego koryta, być nie mieć jesteśmy kwita
Oto kolejny cytat z kolejnego klasyka
Bez pomocy i ryzyka, że ktoś słucha i rzyga
Że ktoś patrzy i pluje, wiedz, że dobrze tu główkuje
Z kim trzeba się umówię, trzymaj się ode mnie z dala
Podejmuje decyzję na które godność mi pozwala
A hieny żrą ochłapy psując nam wszystkim opinie
Ich czas niedługo minie, mówię swoim w rodzinie
Być nie mieć to brzmi naiwnie, inaczej nie dam ci przeżyć
To jest właśnie ta wartość, w którą zawsze będę wierzyć
Być nie mieć

Ref.:
Być nie mieć to odwieczny dylemat
Być nie mieć my we dwóch coś na temat
Być nie mieć konsekwentnie ten sam schemat
Przemyśl to sam, bo reguły na to nie ma x2

[Wiśniowy]
Kolejny dzień tygodnia, który ciężko się zaczyna
Siódma trzydzieści czas do pracy się zbliża
Zmęczone oczy moje i zawsze wredna mina
Przed siebie idę twardo, żeby do piątku wytrzymać
Gdzie leży przyczyna, że pieniędzy wciąż za mało
Więcej by się chciało i niech w końcu by się stało
Ale nigdy nie posłucham podpowiedzi jegomościa
Który z mojej muzyki będzie robił sobie hity (obciach)
Wejdź do studia, ja przeliczę jakie przynosisz profity
Wolę z Peją się ustawić, żeby bity poukładać
Wolę z Decksem w domu wokale popoprawiać
Potem wsiąść do bany, bez biletu ale z wiarą
Że to co robię będzie lepszym się stawało
A dla ciebie to za mało, mówisz że się nie cenię?
Najważniejsze są pieniądze, ale nie na mojej scenie
Wole, żeby ten kto słuchał to co robię docenił
Żeby tylko mi powiedział: żebyś Wiśnia się nie zmienił
Bo dobrą idziesz drogą i kumple ci pomogą
Żebyś doszedł do celu jak doszło już wielu
A gdy wreszcie już tam będziesz pieniądz też tam czekał będzie
Wtedy tego jesteś pewny, że zawdzięczasz wszystko sobie
I każdego dnia to wspomnisz obmyślając plany nowe
Jaka ciężka była droga, lecz odwagi ci to doda
Być nie mieć, Ski Skład, Wiśniowy oto moje dla was słowa

Ref.:
Być nie mieć to odwieczny dylemat
Być nie mieć my we dwóch coś na temat
Być nie mieć konsekwentnie ten sam schemat
Przemyśl to sam, bo reguły na to nie ma x2
Wiem, że muszę zadbać o rodzinę żonę syna matkę,
Nie mów o białym złocie, tylko czym ja ją wykarmię
To mój honor, to dane Bogu słowo
Brat, się budzę cztery razy w ciągu nocy do pieluchy
Rap nie zrobi cię człowiekiem, jak życie cię nie nauczy
Taka prawda, lenistwo zabija tu świat w nas
Każdy by chciał wszystko na raz zamiast starać się o trochę,
Niby nikt tu nic nie pali, a by zjarał Europę
Powiedz, czy wystarczy nam spowiedź
Powiedz, komu dałeś władzę, tajnym służbom
Nie widzisz, że te służby w sposób jawny się kurwią?
Daj usnąć. Prawda jedyną furtką.

Znowu następny dzień daje powód mi by zebrać myśli
I zapytać o to Ciebie się znów.
Znowu kolejny rok będę czekał aż odpowiesz mi,
Choć pewnie nie odpowiesz mi aż po grób.
Nieistotne, się dowiem, jeśli będzie mi pisane,
Bo wiarę mam w sobie, kiedy klęczę nie kłamię,
Panie, po co ja jestem tu?

Tylko głupiec nosi pogardę w sercu,
Kiedy widzi przed sobą grupkę innowierców.
To nie jest pogląd jego wiary mędrców,
Tylko spaczony krzyk jego kompleksów.
To żadnej religii nie jest doktryna,
By z powodu różnic konflikty wszczynać.
To chory klimat - iść i zabijać,
Zamiast nienawiść zamieniać w przyjaźń.
Rozbój duchowy czy zamach bombowy?
Skutek na pewno nie jest jednakowy.
Testament nowy czy nóż sprężynowy?
Pomyśl, kto te bzdury wkłada ci do głowy.
W kościołach, meczetach i synagogach
Dziś pseudo-wierni obrażają Boga.
Tylko zobacz, jak Pasterza trzoda
Pochłania mrok jak duszy choroba.

Znowu następny dzień daje powód mi by zebrać myśli
I zapytać o to Ciebie się znów.
Znowu kolejny rok będę czekał aż odpowiesz mi,
Choć pewnie nie odpowiesz mi aż po grób.
Nieistotne, się dowiem, jeśli będzie mi pisane,
Bo wiarę mam w sobie, kiedy klęczę nie kłamię,
Panie, po co ja jestem tu?

Podobno miałeś na mnie plan, tak mi opowiadałeś kiedyś,
Wtedy jeszcze ze mną gadałeś, wtedy.
A ja jak kretyn wierzyłem w twoje szepty
I byłem gotów oddać im się bez reszty.
Wierz mi, aż twój głos nagle zniknął
I nawet nie było mi specjalnie przykro.
A wszystko wokół nabrało nagle tempa,
Z początku dobrze, bo z początku nie pękasz
Aż przy dźwiękach mijających lat za szybami
Zacząłem zastanawiać się nad tym co stało się z nami
I czemu nie zarzucasz mnie tymi planami więcej
A głowa ciąży mi już prawie tak jak ręce
I nie wiem sam czy przy tym tempie chcę,
Przeżyć tutaj jeszcze choć jeden dzień.
Bo mam dosyć, już prowadzą mnie inne głosy,
A kolejne dni zaskakują jak ciosy.

Znowu następny dzień daje powód mi by zebrać myśli
I zapytać o to Ciebie się znów.
Znowu kolejny rok będę czekał aż odpowiesz mi,
Choć pewnie nie odpowiesz mi aż po grób.
Nieistotne, się dowiem, jeśli będzie mi pisane,
Bo wiarę mam w sobie, kiedy klęczę nie kłamię,
Panie, po co ja jestem tu?
Zdecyduj się, podejmij decyzję
Właściwy wybór (teraz będzie, że nie)
Nim padnie musisz określić je
Niezdecydowany na dno staje,
Tutaj teraz, tu i gdzie

Nie po raz pierwszy stoję przed tym wyzwaniem
Tak zwane rozstaje drogi to ruchliwe skrzyżowanie
Każdokrotnie decyduję się na jedną opcję
Czas okropnie pędzi, a myli pośpiech
Musimy, musimy wybierać (łojoj)
Nie można, nie można tak się bać (to błąd)
Niby skądinąd płynie siła jak nie z serca
To widok zła budzi emocje wnętrza
Tak najlepsza wymówka to brak decyzji
Dziękówka wolę być precyzyjny w swej precyzji
Z-z-z-zjebałeś się - dno
Czy-czy-czy masz siłę dalej brnąć?
Na pewno sedno sprawy znaleźć jest ciężko
Dlatego gdy widzę zły tor - odbijam
Weźże mą dłoń w potrzebie gdy widzisz biedę podaj
Ostatnia kropla spragnionemu to zbawienna woda
Szkoda tylko, że jak widmo pozytyw znika, styka
Następna zwrota to nawijka Fusznika

Zdecyduj się zanim będzie za późno
Pokaż dobre strony swe
Zdecyduj się nim wskazówka pokaże północ
Sprecyzuj się

Trudno się mówi gdy w stanie takim budzimy
Pusta bez [?] z drogi tylko po co i gdzie?
Ej, za późno podejmę tą decyzję
To mnie zje to nie-nie-nie-nie to nie to
Jednogłośnie mówię veto, nie ufam swoim setom
O start nie myślisz, że nie koszę w oczy z metą
Nie lubię gdy ludzie z boku na mój temat szpecą
Zdecyduję, że te decyzje mnie powieszą
Jaka jest tego przyczyna?
Nie zrezygnuję z tego to ta mina - lina bez drugiego końca
Łykam mnóstwo dostanę tysiąca
Atmosfera jest gorąca jak pod wpływem blasku słońca
Więc zdecydowałem się zacząć od podstaw
Więc resztę sugestii zbędnych zostaw
Zdecyduj się, zdecyduj się, zdecyduj się
[tylko teksty.tk]

Zdecyduj się, podejmij decyzję
Właściwy wybór (teraz będzie, że nie)
Nim padnie musisz określić je
Niezdecydowany na dno staje,
Tutaj teraz, tu i gdzie

Zdecyduj się, podejmij decyzję
Właściwy wybór (teraz będzie, że nie)
Nim padnie musisz określić je
Niezdecydowany na dno staje,
Tutaj teraz, tu i gdzie
On przychodzi do mnie, bo
chce mnie porwać w piekło, są
ju ż tam ci którzy nie dali rady
ja stoję tu i pieprzę to zło

Ence pence , w której ręce
Pieprzę to zło, bo dobro może więcej
Choć przychodzi tutaj, chce być jej jeńcem
Ja wyciągam palec i zaczynam klęczeć
Weź mnie jak chcesz, albo weź me ciało
rozumu strzegę bo strzegę doskonałość.
Nie jestem mędrcem, jestem zwykłym człowiekiem
A czuję się odmieńcem, bo nie biorę królów w kieszeń
Chronie dobro, bo przecież chronie przestrzeń,
W której można znaleźć schron przed tym złym miejscem
Nie wygram do końca z diabelskim uśmiechem, serca nie weźmiesz bo jest w prawdziwym sejfie,
Gdy otwieram oczy rano widzę jego mordę
Świat się poddał jakby on był naszym ziomblem.
A ten szatan nie będzie Bogiem
Podasz mu rękę, to tak jakbyś wskoczył w jego ogień.

On przychodzi do mnie bo
chce mnie porwać w piekło, są
już tam ci którzy nie dali rady
ja stoję tu i pieprzę to zło

Hokus pokus, pełno go wokół
Rzuca klątwy zmienia te dni w popiół
Siedzimy w mroku, już nikt tego nie widzi,
Mówisz: "Daj mi spokój, niech wiara siedzi z boku".
Dzisiaj żyjemy, jutro ostatnia droga
Z roku do roku, wyśmiewany los, zobacz
Jesteś mistrzem, jesteś nikim
Przez pieprzony hajs, szerzą się stereotypy.
Nic nas nie różni, nic nas nie dzieli
Nawet jak ten pieniądz ci sam wychodzi z jelit
To nic nie zmieni, w krainie cieni
Jesteś takim samym kundlem, jak każdy na tej ziemi.

On przychodzi do mnie bo
chce mnie porwać w piekło, są
już tam ci którzy nie dali rady
ja stoję tu i pieprzę to zło. (4x)
Zobaczymy co powie...
Ten Pokahontaz

Chcesz, opowiem Ci bajeczkę o tym
Jak rozpoczął swą wycieczkę i loty
Między K-c a swym miasteczkiem kroczył
Wyciągnął i połknął zawleczkę po czym
Rzucił granat do zwalczania łgania
Na chama wbił w ten komediodramat
Postać ustawiana w cieniu kompana
Od zarania spuścizna wuja Sama w nagraniach
Wachlarz rodzynek tzn maminsynek
Dostał się tylnymi drzwiami na rynek
Wystrzelił czasownikowy magazynek
Na bazie i fazie swych PSYCHOROZKMINEK
Dalej wiesz co było nie wiesz
To wyklikaj jedna niemiłość dla tego zawodnika
Aha! Zapomniałbym najważniejszego czynnika
Zarabia do dziś na śmierci Magika
Styka?

Blał ciki ciki blał
Beka, beka z Ciebie
Co mi możesz zrobić?
Pisać nawet nie powiedzieć
Blał ciki ciki blał
To już jest przesada
Upośledzony zjebie
Nie kleisz o czym gadasz x2

Pierwszy
Liść na odmółkę zera
Teraz diss na kurwę i żałosnego frajera
Hajs się zgadza, wersy od komercyjnego rapera
Moja kariera wam przeszkadza
To teraz sponiewieram:
Obsrane śmiecie chuja wiecie
Nie wyjdziecie z tej jadki
Kozak w necie pizda w świecie
Bity kutasem matki
Wieprze, dziwki, ciecie, szmaty
Wycieruchy i łaki
Nadchodzi pora gdy przeorają wam dupska te traki
Ja pierdolę, gimby w szkole słuchają mojej płyty
I mają ją w oryginale, ja mam status celebryty
Mają mentalne przedszkole ja grałem wtedy opole
Robiłem bity gdy ty w przedszkolu byłeś:
W dupę szytym nie mytym chujem
Pyskujesz wyzywasz od hipokryty
Że robię rap pod publikę?
Błąd.
Robię rap dla publiki
Zbesztam Cię i zdissuję
Bo chuja wiesz jak tu jest
Co czujemy do muzyki?
Trzymamy majki wy pyty

Blał ciki ciki blał
Beka, beka z Ciebie
Co mi możesz zrobić?
Pisać nawet nie powiedzieć
Blał ciki ciki blał
To już jest przesada
Upośledzony zjebie
Nie kleisz o czym gadasz x2

Patrz na przeciw, jak leci ten trzeci
Pan jazda nie gwiazda, bo nigdy nie świecił
Brzydal nie gdybaj
To proste chyba
Morda krzywa opryskliwa
Coś pewnie ukrywa
Z natury - paskudny
Powierzchownie - nudny
Wiecznie marudny z charakteru trudny
Z nikim się nie liczy
Przy tym spuchnie
Przy tym na koncertach krzyczy
Pewnie beret zryty
Za dziecka został wylany z kąpielą
Współpracy zero
Sam sobie jest kapelą
Kradnie artystów innym lejbelą
Tamci mordą mielą
On w górę kielon
Megalomania wielkości
Za hajsem pościg
Szczątki szczerości
Spadek jakości
Dość i tu się kończy bajeczka
Koniec ujadania
No chyba, że masz jeszcze coś do dodania

Blał ciki ciki blał
Beka, beka z Ciebie
Co mi możesz zrobić?
Pisać nawet nie powiedzieć
Blał ciki ciki blał
To już jest przesada
Upośledzony zjebie
Nie kleisz o czym gadasz x2

Zeszyty pełne liryki
Mamy wyniki pajace
Dławisz się moim kutasem od czasów Paktofoniki
Mam zajebistą pracę i jutro jedziemy w trasę
Dziwki, narkotyki, basen dla ciebie proste jak laser
Tymczasem spuść z tonu prostuj do pionu
I czasem
Wyjdź z domu
Daj sobie pomóc ziomuś
A na sen przeczytaj książkę
Nie powiem nikomu
Razem możemy dać więcej, niż obraza za obrazę
Na razie błaźnie, gamoniu
Wróćmy do domu
Zrobię Ci krwawą łaźnię
Bo mam wyobraźnię do nut
Rozszczepię twoją jaźń do atomów
Masz talent do farmazonów
Widzę to wyraźnie
Lamusie
Nie znasz mnie, a opowiadasz o Fokusie
Baśnie i właśnie tu się nic nie zgadza
I słusznie upośledzony przydupasie
Nie kleisz o czym gadasz
Żal mi ciebie
Odpowiadam...

Blał ciki ciki blał
Beka, beka z Ciebie
Co mi możesz zrobić?
Pisać nawet nie powiedzieć
Blał ciki ciki blał
To już jest przesada
Upośledzony zjebie
Nie kleisz o czym gadasz x2
[Hans]
Guziki oczu
Wszyte w pomarszczoną poszewkę głowy
W przetarciach materiału włosy
Demonstrują teorię względności i chaosu
Zarost ukrywa małego chłopca
Oglądam w tafli lustra za 39,90
Halogeny świecą w promocji
Szczoteczką do zębów dwie w cenie jednej pieczołowicie poprawiam i formuję swój poranny uśmiech

[Hans & Deep]
Odwróceni
Plecami do siebie
Odwróceni
Plecami do siebie
To samotność
Samotność w sieci

[Hans]
Zużycie maskuje troskliwy kunszt
I chemiczna gładkość przesadnie drogich kremów
Samosugestia wsparta reklamą
Pobudza entuzjazm i wzmaga efekt końcowy
Komandor melduje gotowość
Prezentuje garnitur wieszaków w grymasie
Uniformy wiszą smutno
Jednakowo szare, bezbarwne, podobne do siebie

[Deep]
Stoimy twarzą w twarz, patrzysz na mnie obojętnie
Zdawkowe słowa budzą wstręt ewidentnie
Poddany czynnościom zmywania podłogi
I wycierania blatu, brakuje nam tematu
Pochylać się nad zlewem, myślami, to za nami
Nasz zapał i wiara pożółkły z filarami
Nie widzę już przyszłości przez zabrudzone szyby
Wiem, byliśmy naprawdę, jesteśmy na niby
Patrzę z przedpokoju z ??? w dłoni
Jak wycierasz naczynia i odkładasz na miejsce
Trzęsie mi się broda, łzy ciekną policzkami
Daremnie, jesteś obrócona plecami

[Hans & Deep]
Odwróceni
Plecami do siebie
Odwróceni
Plecami do siebie
To samotność
Samotność w sieci
Odwróceni
Plecami do siebie
Odwróceni
Plecami do siebie
To samotność
Samotność w sieci
Myśl co chcesz, nawet jeśli nic nie osiągnę
Będę szedł tam gdzie świeci to słońce i Ty to wiesz
Choćbym miał iść za drobne, nigdy nie poddam się
Nie zostawię Cię, bo kocham Cię na dobre i na złe

Ciąglę uczy mnie świat, że sukces to forsa
Chciałbym ubić ten hajs, ale umieć go oddać
Tym co czuli strach, przed końcem miesiąca
To budzi żal, że żyją tutaj ludzie po kosztach

Może mój świat marzeń, być jak głupia historia
Po to mam wyobraźnie, by bujać w obłokach
Choć jestem jak karzeł, mogę jak olbrzym kochać
Spróbować się odnaleźć, w Twoich emocjach!

To nie tak że nie mam serca i na zimno to piszę
Możesz na chwilę tu przestać czuć, zniknąć w pyle
Ale siebie nie oszukasz, nawet myśląc na siłę
Nie da się sprzedać wnętrza, choćby za milion- tyle

Nie chcę uciekać w nicość, ciągle zmiany szukać
Po co zmieniać wszystko, jak nasz świat jest tutaj
To nasza rzeźba tylko i może nam się udać
Największa perła z istot?-chcę jej zaufać

Może to być dziecinnę, może to nic nie znaczy
Ale daje mi kurwa siłe, by kruszyć skały
Daje mi najczystsze życie, poczucie prawdy
Na codzień za dużo myślę, chcąc to wytłumaczyć

Myśl co chcesz, dobrze wiesz co dla mnie znaczysz
Mogę grać w tą gre nawet jak poznasz me karty
Chcę wszystko mieć dla siebie, lub wszystko stracić
To ryzyko jest tu wszędzie, mimo to grałbym

...Znaleźć drogę jak każdy i błyszczeć jak złoto
Choć sam połysk nic nie warty, jestem wyżej, głęboko
Chcę Cię ponieść w gwiazdy bo tam odkryje kosmos
Mówić najtrudniejsze prawdy tak, wybitnie prosto

Mam coś do powiedzienia wiesz, obserwuje od lat
I szukam szczęścia tu gdzie, to szczęście daje hajs
Bo nawet gdy mówię cały dzień, rozrywa mnie od zdań
Których nie powiedzaiłem, a chciałem powiedzieć tak

To ma dawać Ci rozkosz, której raczej nie znajdziesz
Gdzieś w majtkach, kogos z lekcji, marne masz szanse
Nie mam palca obok wierz mi mam wyobraźnie i kartkę
Dopieszczam słowo, jakbym pieścił palcem łechtaczkę

To wszystko dla mnie... żaden obowiązek
Mogę stworzyć magię, tylko coś powiedz
Zburze tą barykadę, albo przejdę po niej
Bo nie zostawię tego nigdy jeśli będę czuł płomień

Otwieram się jak kwiaty dla Was, równo z wiosną
Nie chcę być zapomniany, spadam jak z góry potok
Nie mogę stracić czucia, gdy oni czują kto to
Bo nie podlewam szansy tutaj... suchą kroplą

Wiem że mam szanse, pierwszy dobiec na mete
Kiedyś pierwsze starcie, dziś może być tylko lepiej
Chce spełnić się dalej, znaleźć to miejsce
A Największe z moich marzeń to Twoje serce
Jest dawno, dawno temu.
Siedzimy zamknięci w pomieszczeniu
do którego nas nie widzieć czemu,
nie wiadomo kto przeniósł.
Postawił premium i wychodzić zabronił.
I to z grubsza wszystko co wiadomo o nim.
O nas też wiadomo niewiele przyznam,
prócz tego, że nie konweniowała nas ta izba.
I, mimo że chwilę trwało to premium na czczo,
nie minął kwadrans zanim całe gremium chciało wiać stąd.
Ale jak tu wiać skoro drzwi zamknięto?
Jest wprawdzie małe okno, ale to szóste piętro!
„Siódme!” Nawet siódme zobacz!
Myślę że oknem nie mamy co próbować.
Jeden z nas sięgając za pazuchę popadł w rechot.
„Co tam masz?” „Telefon!”
To dzwoń po kogoś i powiedz temu komuś,
że sami nie wyjdziemy i czekamy, żeby ktoś nam pomógł.
„Jasne!” I w tej sytuacji marnej,
on zaczął dzwonić do straży pożarnej.
„Halo!” Aż nagle zauważył ktoś słusznie w sumie:
„To nie ten numer!”
I jakby jeszcze mało było mi tu zgrzytów,
zaczęła na nas płynąć woda z sufitu.
„Co?” „Weź mnie nie pytaj!”
„Tu potrzebna jest szybka pomoc hydraulika!”
Któryś z nas najwidoczniej obeznany z życiem
wytrzasnął skądś miskę i podłożył ją pod wyciek.
„Sprawdź to!” „Nie no wierzę, że wytrzyma,
tym niemniej jak najszybciej robiłbym stąd wymarsz.”
Ten od komy zauważył, że czas nadszedł,
żeby wreszcie „za okno patrzeć”
„Patrzysz!" „Patrzę!" „Patrz!"
Popatrzył i wyszło z niego kto on zacz...
Bo taki nam szatański pomysł podsunął,
by z tego okna ordynarnie pofrunąć.
Ale kto ma lecieć i na czym tu latać, na misce??
„Jak na gramofonach twister!"
„Twister?! Wybacz ja żywego go wolę."
Lecz on nalegał: „Zamieńmy role"
„Nie powiesz mi, że sam polecisz przecież?"
„Niech chcesz uwierzyć? To popatrz jak lecę!"
Cofnął się, zaczął biec i gdy do okna dobiegł,
wyfrunął przez nie jak pieprzony szybowiec.
("aaaaa!!")
Potem podszedł drugi. „Co też przez okno pryskasz?„
„Chyba już się domyślasz."
Za nim, kolejno cała reszta wyfrunęła, wyjąc.
Jeden nawet się pożegnał „Adios!"
A gdy już wszyscy wylecieliśmy stamtąd,
do pokoju wszedł ten, który wcześniej go zamknął.
„Ej chłopaki! Jak pragnę zdrowia w życiu!
Nie siedźcie tu w sypialni moich rodziców!
Obok w pokoju jest impreza, wóda, fruzie, mało?
W ogóle gdzie wy jesteście? Kto otworzył okno? Halo!"
I wołał nas ten gospodarz pełen dobrych chęci,
kiedy my tu już dawno wyfrunięć.
Powiał nas wolności zefir i wrócimy dopiero rano,
po kefir oraz paracetamol.
To jeszcze wbrew pozorom nie koniec,
albowiem pewien głębszy sens ma cała ta opowieść.
Bo fruwać jest generalnie nieroztropnie,
więc nie pijcie przy otwartym oknie!
Kolejny drag, pierwsza runda
Nadchodzi Glon wierny stylu agabunga
I mój krwisty stek podzielił działania jak flashback
Z szafą nie rozłączny jak Kasia i Tomek
Inspiracja i dla ciebie mój rymu wściek
Jeśli kumasz beton, blok to nie liczy się wiek
Wiesz lepkie palce, rąk nie brudzi żadna praca
W życiu sajgon a ty bez moralnego kaca
Dajesz mi kontrakt, patrzysz mi w oczy
I liczysz, że będę robił z siebie pajaca
Pragniesz mnie za wszelką cenę
Złote płyty swojego pupila na ścianę
Węszysz kasę, nagabujesz prasę
A ja tymczasem na ulicy czekam na bramę, czekam na bramę
Co wyjdzie z ścieżki w tym miejscu od zawsze
Pieniądz na pierwszym planie
Powiedz mi kochanie, czy już tak zostanie?
Smutek topię w kane
Wielkie korporacje, różowy plastik w grzance na śniadanie
I zjem to z Peją obok mnie, me NLB więc zróbmy pranie
To my czarne owce, spójrz na nas teraz, jesteśmy jak bombowce
Spuszczamy rymu bomby na wszystkie frajerskie wieżowce
Nagraj mnie, uchwyć mnie, poznaj mnie Glon na ławce, gbur
Spoko, każdy podły miejski szczur
Wiesz to chyba prosto zdrój
Odpal wąsa nie bądź gnój
Pierdol to, że czasem wierzę mu
Pewnie, że jak większość, rozdarty na pół
Między dobrym a złym, chociaż oni i tak uważają
Że nic nie wnoszę, mówią, że jestem zerem
Pierdolę to, dalej będę robił swoje
Życiowy jak ból z losem toczę boje
Dlatego nigdy pełen kiczu jak czerwony kudeł z Ich Troje
Nie baw się ogniem, bo se spalisz spodnie
Zmienisz się w pochodnię
Tylko prawdziwy jak żołnierz nie odpadnie
Nie baw się nami, bo ci dupa nawet spadnie

Wjeżdżasz windą Ratajskiego wieżowca na sam szczyt
Rychu Ochódzki, Medi Top walczą o byt
Zdobywać marzenia, żyć w spokoju to nie wstyd
Tylko czasem być pokornym jak nie to spadasz w zsyp
[tylko tekstyhh.pl]
Ej, Pejo, Pejo, ci se szydzą, ci się śmieją
Karmią się nadzieją, że zniknę w dół spadając
Lutawhui styl kanion, rura bomber jak zając
Nawet gdy na ryj padając będę w zgodzie z samym sobą
Tracki, rap oferty i koncerty życie gonią
Włączam stop, robię głośniej kiedy z Glonem produkuję
Muza, stopy, werble tak to zrobię tak jak czuję
Szwagier rymy kontroluje, jego Medi rap skutkuje
Niczym attache prasowy na tę wojnę wsza gotowy
Bez gruszek na wierzbie dla Mediego przedział nowy
Własną siłą przebicia otworzony
Pomóc? to nie problem, jeszcze Glon zarobisz zetę
W żartach ci mówiłem będziesz polskim 50 Centem
Gówno WRE, PCP bez lansingu
Chociaż Courvoisier'em mógłbym zatopić wszystkich w pizdu
Bez lobby na dopingu, strzegę twoją strefę wpływów
Od wschodu po zachód, znam ten pseudo biznes synku
Tata cały czas jest czujny, kiedy Glon jedzie na trasę
Wiesz, że Glon jest asem - w hotelu znów demolka
Straszna rozpierdolka, bo Glonek nie ma Lolka
Wychował nas rap, nigdy w życiu deskorolka
Który to już rok? z Medi Topem wciąż na topie
Wacków w dupę kopię Medi zna się na hip-hopie
Sto procent naturszczyk niczym Gołębiowski Henryk
Talent, pasja, feeling chociaż działa mi na nerwy
To z Glonem bez przerwy od zawsze na zawsze
Lutawhuiklik w mocnej komitywie z miastem
Które częstuje węgorzem a raz niebezpiecznym chlastem
Lutawhuiklik jest z miastem
Aha, szwagier, Ochódzki Rychu
SLU, Onomato, Ski Skład, MediTop, 2003

[x2]
Wjeżdżasz windą Ratajskiego wieżowca na sam szczyt
Rychu Ochódzki, Medi Top walczą o byt
Zdobywać marzenia, żyć w spokoju to nie wstyd
Tylko czasem być pokornym jak nie to spadasz w zsyp
Pokrzyczę jak 1 styczeń nowy epizod
Chcę myśleć, że się bliskim cele zbliżą
Przyglądać się ludziom, a nie krzyżom w ogrodzie przy parafii
Oby was chłopaki szlag nie trafił i oby nas nie trafił
Raczej my trafimy w szlaki nie odwrotnie
Za kulisami szakiry ździry, każda chętnie połknie
Gra świateł w pościgu do przygód, wygód
W pościgu do ważnych figur o zdobyć życie, zdobyć szatę

Zrobić się na szlachtę chcieli
Wszystkie bombki chuj strzelił
To nie to czego byśmy chcieli
Ja piję zdrówko moich wierzycieli
Zdrówko jest przepustką, a więc opróżnijmy kielich
Za lepsze jutro, za to by jasne barwy pokryły płótno
Zanim przewód mi utną powiem krótko
Trudno, co się zdarzy to się zdarzy
Zdrowie i marzenia to mój azyl

[x2]
Zgadzam się, rzeczywistość bywa blada
Skradam się kiedy los chce mnie poskładać
W kierunku oazy zawsze można marzyć
To jest to co posiadam - azyl

Rzeczywistość realna do której muszę się dostosować
Pracować, na życie zarabiać, nie próżnować
Kombinować żeby nie zwariować
Szczęściem mnie życie nie obdarzy
To co posiadam w głowie to mój azyl
Lepiej niech to się uda, bo teoretyczne rozważania
Legną w gruzach, utną mi ostatnią cząstkę nadziei
Mam nadzieję, że to wszystko się w końcu kiedyś zmieni
I będę z tego dumny, bo [?] graczem jestem
Rozumny, bo liczą się, chłopaku, normy
Lepiej być skromnym, pracować na siebie
Niż udawać wielkiego i nie mieć na chleb
Lepiej być do przodu niż cofać wstecz
Zachłanności stawić czoło i powiedzieć precz
Pełne unicestwienie i mój azyl to zabezpieczenie

Pełne Zet, mocny dźwięk
W ciszy uspokoić, zabić lęk na wielką skalę
W tej scenografii przytaczam swoje detale
Nic mi nie odbierze to w co wierzę i tą właśnie wiarę szerzę
Wiara w siebie, bo nikt nie wie ile jest naprawdę wart
Co dzień start, mówisz fart niech mi dziś dopiszę
Bo inaczej wiszę, ja to słyszę i dlatego piszę o tym
Że ciszę, spokój wokół traktuj jak ten złoty
Otrzymany w spadku track, to jak szalupa na statku
Traktuj to jak swój azyl, to jak powrót do bazy
Gdzie powracałeś wiele razy, azyl to miejsce gdzie marzysz

Kiedy nie widzę wyjścia, kiedy nie mogę oddychać
Kiedy siada mi psycha, kiedy nie mogę zasypiać
Mam tylko trzy wyspy kiedy już nie daję rady
Rap, kobieta i przyjaźń to mój azyl
Jeśli nie możesz iść, jeśli żal zalewa serce
Bo chciałbyś więcej niż ci pozwalają ręce
To diabeł w kolejce stanął już po twoje grzechy
Znajdź swój azyl, poznaj od dechy do dechy

[x4]
Zgadzam się, rzeczywistość bywa blada
Skradam się kiedy los chce mnie poskładać
W kierunku oazy zawsze można marzyć
To jest to co posiadam - azyl
Bałuty reprezentuję prosto z Wielkopolski
Na majku Ostrowski

Ludzie ci nie powiedzą w twarz tego co myślą,
trwasz choć mógłbyś prysnąć, tajemnic ze sto.
Kolejny dzień odkrytych dróg trud sugeruje błysk to mix stosy
Chcę na dalszy plan zepchnąć
Co ludzie nie powiedzą widząc twój szyk i gust
Czysty spust, luz. Majątkiem zajmie się ZUS,
Anioł stróż twojej rodziny, jak złapany na spinning.
Co ludzie nie pomyślą przy orzekaniu winy.
Kto zyska? Widzisz jak inni oceniają po pyskach.
Biznes jak o licealista hajs, fura, dziwka
Tą ostatnio już razy kilka jak ten czas po cyckach.
Co nie powiedzą ludzie komentując Twój wygląd
Którzy Ci kartotekę brudzą, którzy ją czyszczą.
Którzy to biali jak brystol, którzy to czarni jak bimbo.
Spojrzenia synchron i zawieszka jak Windows.

Co myślą? Nigdy nie odgadnę. Kto pierwszy kopnie jak upadnę?
Kto pierwszy dorwie sprawcę?
Kolejny dzień na ławce w słuchawce ziomek
Nic nie obchodzi mnie co kto myśli, gdzie co powie.
Jedna z tajemnic, by czuć się szefem jak ermit.
By każdy wiedział, kto w jaki stołek pierdzi.
Zrzeszenie w tłumie pośród nieporozumień ŁOJ
Robię co lubię, robię co umiem ŁOJ

Pomysł na rap to karać tych złych, jak gra gitara.
To jest git myk ulic nawyk, to azyl tu w kolorach szarych.
Marzy się Paryż barwny jak scary, fiesta na mary.
Prosto z estrad Moulin Rouge czujesz głód, chłód, głód
Lód pod stopami trzeszczy, to opowieść o tym
Jak błyszczy plastik leszczy, co złotem dodają se rangi.
Bierz ich lub idź dalej, przed tym co wiedzę ma klęknij.
Świat jest mały, ale należy do wielkich, choć zawsze
Znajdzie się szerszy, co wielkość wielkich pieprzy.
Na to z boku zerknij, oceń i idź dalej zgodnie z planem.
Wiesz szczęście bywa każdemu pisane. Co jest grane?
Oesteer na majku, Decks na gramofonach, a więc tym startuj
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo