Popularne piosenki. Polski Hip Hop


Raz powiedział dwa trzy mówił cały czas (ssssss) w mieście się pojawił
nagle zabójczy gras czas (czassss) to pieniądz a pieniądz dziś rządzi
rozwinął interes (interes) i po mieście błądził różne rzeczy sprzedaje
młodzieży taki młody człowiek aż nie chce się wieżyc białe zielone zielone
i białe oraz te pod język te papierki małe całe polówkę hurtem detalem
młodych ludzi grono upośledzone jest całe nie jest to prawda co mówią w
eterze kto chce to bierze kto nie chce nie bierze (bierze) wierze że
nigdy nie wmuszał w nikogo wszyscy szli do niego bo miał niedrogo znak (
znak) rozpoznawczy mały wesoły fiat (fiat) bo wszyscy tam palili!

Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!

Nawet ten co został gwiazdą upośledzał siebie i pół swego miasta (miasta) rasta (rasta) nie ma tu nic do tego tylko pieniądze były jego
potrzebą dobrze wiedział o tym że handel zielonym białym i nie tylko jest
zabroniony (zabroniony) błąd jego tkwił właśnie w tym (w tym) że za
dużo palił i w długi się wbił wszyscy widzieli codziennie miał jazdę palił
na śniadanie obiad i kolacje (racje) racje pieniędzy ze swojej sprzedaży
połowę oddał temu połowę przesmażył zdarzył się mu (mu) wypadek taki że
zdjęcie z kryminalnej zrobili mu jaki wniosek z tego wypływa że taki
interes bywa niebezpieczny!

Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!

Jeden dziewięć dziewięć pięć rok (jeden dziewięć dziewięć pięć) on
przeżył szok (szok) i upośledził całe miasto i nawet ten (ten) który
biały miał czas (czas) lubił i przestał lubić sprzedawać gras (sss)
czas tu goni żeby dobry układ mieć żeby dobrym być trzeba tylko bardzo
chcieć (chcieć) jego interesy nie były wspaniałe miał kłopoty z sercem a
wciągał i palił nie chwalił się nigdy to jego interesy (interesy)
doznawał porażek odnosił sukcesy stresy często dziwne bywają (bywają)
kiedy na ulicy wszyscy się zabijają strata dilera polega na cierpieniu
gdzie (gdzie) jest mój diler on zginął w oka mgnieniu lego klocki bardzo
wciągają tak samo jak to co oni sprzedają!

Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Jeden joint drugi jony trzeci joint! Palący się tytoń!
Zarzucam luźny ciuch , ide popatrzec co się zmienia
Prosto do was to z podziemia , nieraz za wysoka cena CO
Jeśli jebiesz się , jeśli zycie chce cie skreslic CO
Jeśli cale zlo przekazywane jest w tresci
Uklady , rady , wady , ostra jazda bez trzymanki
Napelnione wódą szklanki łatwodajne koleżanki
Niby wszystko spoko , git , a tu widze tylko kopie
Uwaznie pomysl chlopie gdzie chcesz znaleźć ta Utopie
Każdy szuka roboty , dobrej perspektywy szczescia
Tez tak robie bo te dragi to nie dobra pensja
Jest na ciuchy , jest na ruchy ale nie chce się legalnie
Umyslow mam kopalnie jednak dalej nie legalnie
W stu procentach tego slowa chcesz to sprawdzic no to zobacz
Popatrz jak się zyje tu na wysokich obrotach
Legal czy nie legal każdy pracuje na poziom
Ty wiesz o co biega , no to ziomek wporzo

Te patenty , robie powiew , rap to moja spowiedz
Jak kolba w obieg , jak na globie wiatru powiew
Rozjeb sobie dekiel na tej muzyce jest moja pieczec
Tu chodzi o istoty którym brak , to ja niegdyś
Pedze rap , dobra jebacy to a ja wyprowam flaki
Żeby wersem zabic , żeby pierdolic ta zawisc
Stawic czola przeciwnością no i uczyc się na bledach
Przytoczona płęta , wszystkich nas osadzi Boga reka .

Klekaj jeśli musisz , uwierz , ten szatan kusi , mowie
Można się upic , wlasnym gownem się udusic w sumie
Można mieć patent ale czasem nie wystarcza
Zycie tanczy walca , winą siebie obarczaj , chwila
nieuwagi i zaczyna się od nowa
Zyja ci co , wiedza gdzie znajduje się ich droga
Gnija ci co , nie wiedza po co jest ich egzystencja
Wazny jest potencjal , wlasne zycie na patentach

Pytasz się malym gestem spij na warzone piwo
Tu wszystko jest na zywo , zrozum to co jest ten zywot
Krzywo nie raz myslisz jest , spoko , bo role wybierasz
Dobra twoja sprawa ale sam siebie nabierasz
U nas zycie , pisze scenariusz jest , cos jest celem
Samo zycie na beacie słyszycie , za jaka cene
Robisz to co robisz , szczyl , jestes tym kim nie jestes
Grasz dobra komedie , najebany gadasz brednie
Na trzeźwo kurwa również jestes koles w niezlym gownie
Gowno to twój swiat , a ten swiat ci już puchnie
Nie do konca wierzę że świat jest brudny.
Dziwny, paskudny a ludzie głupi.
Mogą być głupi, mogą być głupsi,
w sumie to zależy czy głupota ich skusi.
Pamiętasz o tym, złap te momenty,
chwila po chwili a Ty łap te dźwięki.
Bo zanim Ty wstaniesz, wstanie Twój taniec
Spacer po życiu, powiedz co jest ważne
Zanim słońce zgaśnie, masz wielką szansę,
by inni widzeli w Tobie czasem okazję
do zwykłej rozmowy, zwykłej pomocy
Zwykle do działa nie ujmuje godności.
Pokaż, że umiesz, że można Ci ufać,
że gdy mówisz do mnie, to do mnie nie mrugasz.
Taki prosty scenariusz, proste słowa.
Skończyłem mówić, ale Ty zacznij od nowa.

Ref. x2
Zanim słońce zgaśnie,
zanim oczy zamknę,
zanim świat zgłupieje - nowe życie zacznę.
Zanim w sen zapadniesz,
zanim w ręce klaśniesz,
zanim zboczysz z drogi - nowe życie zacznę.

Jesteś wariat, słyszałem to wcześniej.
Chcesz włączyć płytę, najpierw posłuchaj poprzedniej.
Świat nie rozpieszcza, ludzie nie lepsi,
no cóż już tak bywa, że ludzkość ma to we krwi.
Zabrzmi to głupio, trudno, dzieli nas studio
w czystych sercach czesto jest brudno
Nie jesteś sam i zanim spojrzysz w lustro
Pomyśl, że już jutro, może być lepiej
Uczysz się dziennie, że nie jest pięknie,
że wielkie serce nie pomaga w tym piekle
Wedle zasady należałoby już uciec
Ale ten zły moment może pomóc Ci cierpieć krócej
duszę gdzieś, duszą twą słowem dla mas,
ale masa to jednostki sklejone z nazw
Chwyć to nim uleci przed nosem,
w drodze jesteś wozem siebie, jesteś swoim bosem.

Ref. x2
Zanim słońce zgaśnie,
zanim oczy zamknę,
zanim świat zgłupieje - nowe życie zacznę.
Zanim w sen zapadniesz,
zanim w ręce klaśniesz,
zanim zboczysz z drogi - nowe życie zacznę.
To był zwykły wieczór w tym mieście, standard w tych rejonach,
gdzie dwóch podobnych do nas, szło dzieło swe wykonać.
Trzeba uważać w tych stronach, gdy w grę wchodzi rasa.
Ktoś coś zjebał! Więc dwóch arabów idzie zajebać białasa,
w imię zasad - Ahmed i ten po prawej,
chyba ma na imię Hassan i 25 lat prawie
i parę godzin temu, właśnie jego młodszy brat
mając w oczach strach, opowiedział mu o całej sprawie.
A wiec, parę dni wcześniej, we wrzasku przerwy trakcie
w jednym z paryskich ogólniaków z poprawczakiem na kontrakcie
mijając białych trwających w rasizmu akcie
usłyszał że jeden z nich araba zajebać chce
nie bez powodu, bo bez powodu to bezsens
przez jakąś białą dupę, która z białym być już nie chce
a na domiar złego, na tego białego miejsce
wskoczył jeden z nich określany przez tych mianem "śmierdziel"
to stanie się dziś albo jutro
brat Hassana nie umiałby zliczyć ile razy słyszał takie gówno
Spokój tu jest wizją złudną, chyba że jutro kogoś stąd wyludnią - trudno

Niech spierdalają szybciej niż euro z konta
nawet te spędzane wśród grup o skrajnych poglądach
agresja to spontan trochę cięższy niż drwina
o niej się zapomina - chyba że płacze rodzina
gdy wracasz do domu...

Hassan aż zamarł
przy drzwiach stała zapłakana ciotka - obok zapłakana mama
w powietrzu aż się dało wyczuć dramat
"ta noc będzie inna, niż ta która skurwiel miał w planach!"
powiedział sam sobie do siebie
by chyba go pojebie, zajebie psa - zasada jeden za jeden
najgorsze to że kto to nie wie
wie że musi się dowiedzieć, a nie siedzieć w miejscu, ruchów swych być pewien
przez minut 7, do miejskich legend, fonów
kondolencji ziomów, nie wie nic bo nikt nic nie mówi nikomu
a po domu kręcił się brat któremu wszechświat się łamał
znał imię i musiał poinformować Hassana
słyszał cały plan na zamach
gadał twardo jak skała
tłumacząc że myślał że to zwykła przechwała
historia brata zmierzała tam gdzie finał
a on przypominał sobie o podbojach kuzyna
jak miesiąc długi dzień w dzień inną białą zapinał
mimo ostrzeżeń że to tutaj burdy może wszczynać
wieczór powoli się zaczynał
złapał za telefon i pognał gdzie zdarzeń lawina
jego brat wiedział ze może nie wrócić
a na pewno nie wróci,
zanim słońce znów zacznie się wspinać po blokach
dwóch typów z przeróbką glocka, przez dzielnie gdzie mogli by ich odjebać na pokaz
wśród swastyk na flagach, w oknach, na murach i blokach
gdzie biali powykreślali z Biblii słowo "kochać"
znaleźli budynek i piętro
znaleźli drzwi za którymi ktoś dziś pozna co to piekło
przybyli tutaj z misją jedną
choć tak naprawdę niczego nie są pewni na pewno

niech spierdalają szybciej niż euro z konta
nawet te pełnie newsów o nastoletnich mordach
agresja to spontan trochę cięższy niż drwina,
o niej się zapomina, chyba że gada rodzina
gdy budzisz się w domu...

Hassan aż zamarł
słyszał jak sąsiadce o wszystkim opowiada jego mama
kuzyna nie zabił biały, choć może miał zamiar
tylko jakiś czarny cień za marne dwa i pół grama
poczuł że zabił człowieka, musi dzwonić do Ahmeda
zamknął drzwi i pięć sygnałów odczekał
w tym samym czasie, w drzwiach jego domu
stanęło dwóch białych gości wcześniej nie znanych nikomu
podniósł wzrok znad słuchawki dopiero,
gdy usłyszał wrzask brata i zdławiony pisk matki
i coś jeszcze - melodię którą Ahmed miał w fonie
gdy Hassan dzwonił - ustawioną jako dzwonek
Strych, Bezimienni, 2008, słuchaj tego

Szmat czasu za mną i doświadczeń bagaż
ja ze sobą sam wspomnień własnych tragarz
Dziś wchodzę na strych i zerkam po ścianach
i myślę o wszystkim o dokonanych zmianach
Na starych fotkach gęsta pajęczyna
niektóre wyblakłe poplamione z wina
I patrzę na twarze które pamięć gdzieś zgubiła
i pytam gdzie ta radość która kiedyś we mnie tkwiła
Dalej leżą wrotki i rower na trzech kółkach
odleglejsze czasy na kolejnych półkach
Stare okulary które kiedyś tam nosiłem
20 lat temu całkiem inaczej żyłem
O pierwszych moich krokach stawianych na macie
przypomina stara dżudoka bliższa teraz szmacie
Piórnik, książki i szkolne zeszyty
stary komputer, na nim pierwsze bity
Czarne lenary obok leżą rolki
stare ochraniacze i szmaciane korki
Puchar osiedla w nich rozgrywałem
to kiedyś było ważne całe serce w to wkładałem
Jak serce teraz wkładam w ten rap tak prosty
ze mną całe życie ksywa moja Ostry
Pierwsze dziewczyny i pierwsze pocałunki
pierwsze podwórkowe znaczące porachunki
Zdjęcia z tamtych imprez pierwszy mocny trunek
chciałem mieć szacunek budowałem wizerunek
Tylko pomyśleć to łza się kręci w oku
że przybywa nam lat w każdym nowym roku
I pytam jeśli na wolności jest tylu skurwieli
to dlaczego najdroższego przyjaciela mi zamknęli (to wszystko)

A gdy znów zapragniesz być tam
zamknij swe oczy i na strychu sam
Zetrzyj ten kurz niech wrócą wspomnienia
na starym strychu odrodzą się marzenia
Wczoraj mały dzieciak a dziś dowody męstwa
każda porażka prowadzi do zwycięstwa

Już brat nie cofniesz czasu nie przekręcisz wskazówek
w głowie tysiąc myśli w rękach zeszyt i ołówek
Zamknij na chwilę oczy żeby tam gdzie ja się znaleźć
chodź ze mną na ten strych choć i pamięć sięga dalej
Niż mury w których teraz sklejam te kolejne zwrotki
już na samym wejściu przy schodach leżą wrotki
Do Piekar przeprowadzka żegnam się z Bytomiem
przejście ze szkoły muzycznej do szkoły podstawowej
Bardzo przyspieszony kurs składniczej szkoły życia
trzeba było udowodnić nie jestem chłopcem do bicia
Potrzaskane okulary pod warstwą kurzu leżą
na drugi dzień ktoś sprawdził ich wytrzymałość pięścią
Stara piłka do nogi przebita do kosza
bramkarskie makówy bluza George'a Camposa
Krótka przygoda w klubie pierwsza karta zawodnika
lecz talent ma to do siebie że nieszlifowany znika
Dla faktu nie pomogła ta stara paczka szlugów
to potrzaskane bongo służące do pierwszych buchów
Pierwsze wina po szkole z bracholem Tomasem
Olałem pływanie mówiłem nie dla mnie basen
Kłopotów ciąg dalszy z pięciu szkół wyrzucany
Do dziś kujące w serce łzy mojej mamy
Pierwsze akcje na ulicy do drzwi pukał dzielnicowy
wtedy powód do dumy, że na karku kłopoty
Leży tutaj trochę książek nie są to lektury
Pierwszy zeszyt rymów pierwszy spray co zdobił mury
Połamana deskorolka poszarpane wansy
jakieś szerokie spodnie pierwsze kimono do walki
Niewysłane walentynki z obawy przed odrzuceniem
dzisiaj jedno wiem, Madzia dzięki, że mam ciebie

A gdy znów zapragniesz być tam
zamknij swe oczy i na strychu sam
Zetrzyj ten kurz niech wrócą wspomnienia
na starym strychu odrodzą się marzenia

Wczoraj mały dzieciak a dziś dowody męstwa
każda porażka prowadzi do zwycięstwa (x2)
Noc, a księżyc chyba dzisiaj płacze deszczem
Chciałbym coś napisać, tajemnica dławi serce
Powietrze coś chyba skrywa, cisza trawi myśli mętlik
Chciałbym coś napisać lecz zgubiłem gdzieś pamiętnik
Dzisiaj noc, a gwiazdy jakoś tak złowieszczo milczą
Chciałbym wyjść na zewnątrz, ale nie wiem jak mam wyjść stąd
coś jeszcze, to chyba wszystko, nic się tu nie zdarzy raczej
Wirują na ścianach cienie, spoglądam na tarczę
Noc, a oddech równomiernie mnie zaprasza
W taniec z instrumentem w piekle, które chcę ugaszać
Pragnienie woła o pomoc, sumienie zadaje rany
Pióro mam przed sobą, obok sięgam po pergamin
Noc, a księżyc chyba płacze deszczem dzisiaj
Stare przepowiednie tłamszę szelestem kieliszka
Pióro mam w ręce, nie wiem czy ten dzień to dzisiaj
Wreszcie tusz na papier spływa gdy zaczynam pisać

Ref.
Zanim runie domek z kart, namaluję ten ostatni
Obraz bez farb, zamorduję po nim kartki
Odejdę wraz z nim, bez łez i bez krzyku
Po cichu jak śmierć, która patrzy ze strychu
Pisząc list do S, spojrzę ostatni raz w lustro
Gnając myśli wstecz, lecz wszystko na próżno
Nim z losu zadrwi, napełni oszustwo
Światła zegarmistrz co karmi nas pustką

Noc, a wskazówki na tarczy toczą walkę
Tyle mam pytań, czy nie wiem czy wystarczy kartek
Uparcie, sekundy płyną, świat chyba dzisiaj nie wstanie
W mroku pod pierzyną, opatulony w niepamięć
Noc, a słowa giną ścieląc swoje łóżko
W bieli gdzie płyną łzami nie zawrócą już stąd
Powietrze, targa stronami jak żagle na maszcie
Skradając między słowami, dopytując o prawdę
Noc i między nami nie jest taka zwykła
Patrząc oczami na nich nie wiesz czy jest przykra
Gonitwa między myślami gubię kroki w peletonie
Vis a Vis me zmiany, które są nieuniknione
Noc i może spłonę dziś po raz ostatni
A przyszłość mi zatonie, dawno odpłynęły statki
Koniec jest martwy i ulepiony ślepą pustką
Skreślam wyrazy ale nie wiem czy nie jest za późno

Ref.
Zanim runie domek z kart, namaluję ten ostatni
Obraz bez farb, zamorduję po nim kartki
Odejdę wraz z nim, bez łez i bez krzyku
Po cichu jak śmierć, która patrzy ze strychu
Pisząc list do S, spojrzę ostatni raz w lustro
Gnając myśli wstecz, lecz wszystko na próżno
Nim z losu zadrwi, napełni oszustwo
Światła zegarmistrz co karmi nas pustką

Noc, a tętno eksploduje ku podstawom świata
Piękno rujnuje niszcząc ciepło chłodem stali kata
Piekło mi brukuje, chyba wieczność mnie oplata
Czuję, wiem to i dziękuję bo nie zasługuję na to
Nadal noc, a przez to chyba mi nie będzie przykro
Niewidzialny cios kieruje serce me w urwisko
Za rękę chwyta mnie przestrzeń, nie wiem ile jeszcze sekund
Trzymając powietrze w ręce, z ciszą na bezdechu
Słyszę głos w innym języku jakby krzyku zadra
Wdarł się po cichu w cienie odbicia zwierciadła
Ponaglam moje sumienie, pomoże mi zbić to lustro
Zranione kamieniem serce, tłamszone poduszką
Słyszę noc, a dla mnie i wybuchnie dzisiaj wszechświat
Gwiazdy takie czujne tylko czekają na klęskę
Finezja otacza zenit rzeczywistość stąpa w trwodze
Pustką karmieni mogą patrzeć jak odchodzę

Ref. x2
Zanim runie domek z kart, namaluję ten ostatni
Obraz bez farb, zamorduję po nim kartki
Odejdę wraz z nim, bez łez i bez krzyku
Po cichu jak śmierć, która patrzy ze strychu
Pisząc list do S, spojrzę ostatni raz w lustro
Gnając myśli wstecz, lecz wszystko na próżno
Nim z losu zadrwi, napełni oszustwo
Światła zegarmistrz co karmi nas pustką
1. Znowu zostałem sam i jestem dumny z tego
mimo, że do bram trumny pukam ślepo i w pokale dna
gdy w upale dnia, temperatury na zewnątrz biegną za metą,
w maratonie, który natury inferno - tu pęka w szwach

i piach który od góry nade mną, gdy sięgam dna
te kurwy natury na pewno tu będą i garnitury nabędą na bank
ten świat z tektury i ferwor, rozpyla go w mak
odpukaj z góry w to bzdurne drewno - knack knack

to piekło, wydostań mnie stąd nie stój jak można, jestem tu,
poznaj i częstuj się, doznaj, wejdź już do środka
nie chce cię spotkać to już wiesz - cóż, nie wiesz nic, nie można doznać
nie poznasz treści tej od lat trzymanej w pięści na rozkład

wszyscy odeszli na rozkaz, jesteś ty zaklęta w obraz groteski
ktoś tu zbeszcześcił te kreski to fotomontaż powieści w kościach
pudełko i kredki tragikomedii nagrobka
i kropka samotna w głębi okropna.

Ref x2
Tu nadzieja umiera ostatnia, zabiera marzenia,
zaciera spojrzenia, zwierciadła zamienia w wspomnienia.
Upadła bez mienia, zabiera sumienia a prawda
nie ma znaczenia kiedy upada martwa...

2.
puste butelki i kręgi zataczają wokół tępy amok.
błędy oplatają wstęgi na me ciało wciąż udając pokój
a czterem ścianom zaśpiewają w bloku
mroku piosenki napisane żalą, znając je na opór - spokój

dziś z boku staną, falą spalą się na popiół
nigdy nie powstaną znowu, rozwalą to szare pandemonium
całość w ogniu gnając na martwe podium
nigdy już nie zagrają, spadając do gardeł mordu

tak czarne w środku, życie obdarte ze skrzydeł i kontur
wyblakły od liter strzygieł zmarłych od tortur
tak czarno to widzę, a zdarte gardło przemokło, by rzec mi:
szary kaptur zwycięstw nosi okropność

nie chcę tego widzieć, nie chcę w szale w to brnąć wciąż
zabierze ciszę jak najdalej niech zostanie samotność
nie poddaje się po stokroć, dalej w talent idę
bo póki ona tańczy wciąż - tu wszystko jest możliwe...

Ref x2
Tu nadzieja umiera ostatnia, zabiera marzenia,
zaciera spojrzenia, zwierciadła zamienia w wspomnienia.
Upadła bez mienia, zabiera sumienia a prawda
nie ma znaczenia kiedy upada martwa...
Ty Kurwa zobacz, kto to jest? ( Patrz )
to ten kurwa co jest winny kurwa hajs mojemu koledze.
Pierdolony kurwa kutas, Ty, człowieku Czekaj.

Spójrz prawdzie w oczy, spójrz.
Właśnie tak, kurwy stare.
Co widzisz, zachowanie podłe.
Kurwy, cwele.
Co to kurwa ma być, chuj wam w dupę.
Odpowiedz, raz, raz. (heeh)
Właśnie tak.

[Bonus RPK]
Spójrz w prawdzie w oczy ty obsrana parówo,
twoje zachowanie podłe śmierdzi gorzej niż gówno,
gdy ziomka wita pudło bo ma przypał to kurwo,
nawet palcem nie kiwniesz, by mu pomóc, chociaż.
Gdy był na wolności nie dał ci krzywdy zrobić,
jeszcze dał ci zarobić, gdzie wyrazy wdzieczności z twojej strony?
leszczu pierdolony, gdzie?
i co? jesteś zadowolony, bo ja nie.
Minął rok prawie z korespondencją cisza,
ziom pije czarną kawę, dni wyroku odlicza,
przydała by mu się wypiska, lecz tak się składa,
że zaległe dwa tysia, zostawiłeś w maszynach.
Nie wiem coś kurwa myślał, chujozo zwykła,
bo rozliczenia kwestia i tak cię nie unikła,
teraz morda obita, pogrążony w pociskach,
rozjebany jak pizda, starego kurwiska.
Mówię ci to z bliska i w oczy patrzę,
posłuchaj mnie uważnie, zapamiętaj na zawsze,
gdy byłem na widzeniu, Mordzia mówił chuj w ciebie,
chciałeś wyjebać freda to teraz fred cię wyjebie.

[Damian WSM]
Spójrz prawdzie w oczy, zachowałeś się jak pała,
cała Wola cię nazwała, zwykłym chujem do szczania,
psiurem do jebania, fałszywa parówo,
na Bielanach też już nie masz życia, chuj z twoją skruchą.
Z rozjebaną gruchą za darmo nie latałeś,
powiedz czy na dziesiątkach hajs oddałeś?
Przypomnę sytuację w której się obsrałeś,
temat poszedł na pannę u której mieszkałeś.
Ona za ciebie siedziała ty w tym czasie balowałeś,
ona nadzieję miała ty rakiety nie wysłałeś,
ona płakała gdy ty wyjebane miałeś,
nie myślałeś o niej kiedy kurwa musiałeś!
Ona dupę ci broniła gdy leżałeś hajs,
kokaina, alkohole, na kole pamiętasz,
twoja fałszywa twarz, przypałowcu zajebany,
bałeś się sądowej kary teraz będziesz jebany.
Przez nienawiść bloków szarych nie unikniesz kary pało,
szczota prosto w dupę tak żeby zabolało,
bo wpierdol to mało jeszcze jedna sytuacja,
w lasku na kole wargą, centymetr od wacka.
Zgrywałeś wybujanca ale jesteś mięka pyta, (pyta),
prawda taka jest nikt z frajerem się nie wita,
twój ojciec policjant, mundur w piwnicy potwierdził,
jebać cię kurwo! życie, w kanale spędzisz.

[Kłyża/ Miejski Sport]
Trzy lata na lewo zapadł wyrok skurwysynu,
wskazałeś na mnie palcem tak broniąc swoich synów,
wiedziałeś dobrze w jaki przedział się wpierdalasz,
ja już jestem na wolności, ty kanałem wypierdalasz,
Ty bujałeś się furami, ja oddzielony kratą,
dzięki twojej współpracy z policyjną szmatą.
Ty kurewski krok ja przerwa w życiorysie,
ja z głową ku górze a ty z chujem w odbycie.
Pękła cienka nić a ty topisz się w gównie,
taka jest kolej rzeczy ja patrzę na to dumnie,
bezmyślny czyn i lądujesz w trzeciej lidze,
wychowany przez ulicę, konfidentów nienawidzę.
Nadejdzie taki dzień, nadejdzie taka chwila,
przetną się nasze drogi i nie dasz kurwo dyla,
i to nie są puste słowa i żyj z taką wiedzą,
niedługo na wolności, ci co przez ciebie siedzą.
Te słowa są do tych co współpracują z psami,
ulica was rozliczy i pokrzyżuje plany.
Spójrzcie prawdzie w oczy czy wam się opłaciło,
stracić dobre imię i mieć obite ryło. (co?)
Ahhh, sprawdź to... Więcej szmalu to właśnie to hasło, które na zawsze w mojej głowie... Ono będzie na zawsze w mojej głowie.

Ktoś krząta się po kuchni, ktoś robi ci obiad
To twoja matka, ona ciągle cię kocha
Bo nie wie kim ty jesteś! A kim ty jesteś?
Jesteś jej synem, pierdolonym gangsterem.
To ciągłe pragnienie zmusza cię do tego:
Więcej szmalu! Nie ma szmalu!
Więcej szmalu! Nie ma szmalu!
Skąd go brać?! Kurwa mać!
Skąd mam brać?! Nie mam! Jak
ta myśl nie pozowla ci przestać kraść.
Oszukiwać przed glinami, ukrywać
swoich bliskich, mózg ich gównem wciąż wypychać.
Teraz tak myślisz, lecz jutroo
Założę się, że będzie to z tego samo tylko, stary - gówno!

Będziesz kraść, pamiętasz swój pierwszy raz.
Namówili cię do tego kumple: stary, wypierdalaj
na roboty jeśli chcesz być z nami - masz
czternastkę, jesteś nastolatkiem, już
najwyższy czas, by zarobić na swą działkę.
Pamiętasz ten wieczór, gdy nadszedł czas, by
wziąć się w garść, stawić temu twarz.
Zapadł zmierzch,pada deszcz, a ty
wyciągasz w samochodach jakiś dobry sprzęt.
Jeden chciał ( zarobić tylko na wynajmie )
Teraz inne cyfry, ciągle w głowie masz je.
Panasonic, kurwa dobra firma.
JEB!
Nagle pękła szyba.
CIUL!
Radio już jest twoje, myślisz: kurwa
to było proste. Wypierdalasz patrzysz
jakiś wózek jedzie
To są sympatyczni twoi przyjaciele
Teraz nie, za to mogą zamknąć cię.
Gówno w gaciach, klej się i jest źle.

Nie pękaj stary, nie jest tak źle.
To chuj, że czasem wpadniesz, lecz
Trochę kasy nigdy nie zaszkodzi!
A i tak zazwyczaj na sucho ci uchodzi.
Teraz coś ludzkiego chwytasz się
bo ciągle męczy cię twoje pragnienie.
I wóz nagie laski, marihuanka największą
radością twojego poranka! Bawisz się
w dilera, złodzieja , kasjera - wszystko
się robi byle nie umierać. Kasa ciągle
wpada do kieszeni. Teraz jesteś ??
jakich mało, co nie. I twe dzieci
ciągle krzycząąąąąąąąąąąąąąąąą:
Więcej szmalu! Nie ma szmalu!
Więcej szmalu! Nie ma szmalu!
Więcej szmalu! Nie ma szmalu!
Skąd go brać kurwa mać! Złota
brać jak nie mam jak chyba tak tylko
Tak tylko tylko tak o tylko
tylko tylko kurwa właśnie tylko tego tylko tak!
Już wystartowałem, teraz się już nie zatrzymam
Platyna - nie odzwierciedla mych zarobków
O których marzysz kotku, wiem gotuje ci się w środku
Na tych samych P ulicach Staszica na Jeżycach
Nieco dalej osiedla, okolica, w której mieszkam
Z tym samym dylematem, jakby brakło mi powietrza
O wolność walczę, streszczam, w rzeczywisty klimat wierzę
Przekazuję je w te miejsca, wysyłam komunikat
Na alejkach i chodnikach młodzież żyje, klimat chwyta
Muzy słucha (słucha, słucha) to ich trzyma przy nadziei
Chcą żebyś ich zobaczył i żebyście wiedzieli
Pod kościołem przy niedzieli kontrast statecznych rodzin
Kontra młodzi, łysi, głodni, tak wystają tu od godzin
Tu nie jeden przechodzień żyje z młodzieżą w zgodzie
Sam przeszedł nie jedno, bo wie co to piekło
Będąc młodym nie ma lekko, ale to najlepszy czas jest
Ja to widzę, opisuję, cały czas jestem z mym miastem
(Cały czas jestem z mym miastem, cały czas jestem z mym miastem, Rychu)

Cały czas z miastem w mieście, na ulicach, na dzielnicach
Tu żyję, zakotwiczam, błędy, grzechy swe rozliczam
Nie pouczam, daję wiarę i nadzieję wam na stałe, stałe
Nie jestem PB i niech tak już zostanie

Cały czas z miastem w mieście, na ulicach, na dzielnicach
Tu żyję, zakotwiczam, błędy, grzechy swe rozliczam
Nie pouczam, daję wiarę i nadzieję wam na stałe, stałe
Nie jestem PB i niech tak już zostanie

Masz jeszcze czas, niewiele, ale masz
Zacne procedury znasz, przed kamerą chowasz twarz
Bycie anonimowym nie przychodzi mi do głowy
Z losem pogodzonym nie zbyt ślicznie lecz publicznie
Mimo to nie na sprzedaż, pomyślisz tak, to przegrasz
Wciąż pytasz mnie o miejsca, które widzisz na klipach
Czy Peja jest naprawdę czy to sfilmowana lipa
Czy twardziel czy pipa, każdy jeden z was pyta
Prawda płynie po chodnikach, szmer ulic mego miasta
Dobrze znany mi język, sytuacje, mam zaszczepki
Przy uzależnieniu jęki szybko odpadłbym w przedbiegach
A gdy taśma na rozbiegu ci oznajmia pierwsze takty
To wiesz to jest Rychu, że skończyły się żarty
I, że Peja uparty w zaparte, rzadko z fartem
Nie mam siły walczyć z światem, choć nisko nie upadłem
Nie mam siły walczyć z światem, nie dałem się namierzyć
To widzę jak ubywa kozaków i żołnierzy
A gdy wyżej chcę przymierzyć w drodze po dalsze sukcesy
To pojawią się problemy, skąd to znamy? skąd to wiemy?
Wszechobecne *****y, hieny, choć pogramy, handlujemy
Temat - dość *****nej ściemy, bo show-biznes to ściema
I nie zrobi pani Latkowska z Peji Eminema
Przez toksyczne znajomości niska samoocena
Błąd popełnić rzeczą ludzką, nie potrzebny jak te młócki
Przyczyna się przyczyni, masz niepożądane skutki
Wtedy będzie za póŹno, marny los zbiera swe żniwo
A ty się spojrzysz krzywo, znowu się nie poszczęściło
Moja muza w mym mieście jak dla zdechlaka pola
Moja muza w mym mieście jak dla zdechlaka paliwo
Jak transfuzja dla chorego, psychotro-psychicznego
Bloki, kamienice, okolice, tu kotwiczę
Dziś uciekam, jutro wrócę, jeszcze o mnie usłyszycie
(Dziś uciekam, jutro wrócę, jeszcze o mnie usłyszycie)

Cały czas z miastem w mieście, na ulicach, na dzielnicach
Tu żyję, zakotwiczam, błędy, grzechy swe rozliczam
Nie pouczam, daję wiarę i nadzieję wam na stałe, stałe
Nie jestem PB i niech tak już zostanie

Cały czas z miastem w mieście, na ulicach, na dzielnicach
Tu żyję, zakotwiczam, błędy, grzechy swe rozliczam
Nie pouczam, daję wiarę i nadzieję wam na stałe, stałe
Nie jestem PB i niech tak już zostanie

Ulicy prawdziwy głos
Ulicy praw-prawdziwy głos
Ulicy praw-prawdziwy gło-głos
Te postawy wynikają z intensywnego stylu życia
To konsekwentne odtwarzanie tego, co się w życiu zdarza
Bez komentarza! Tak po prostu bywa
Że pusta jest lodówka to przestało mnie przerażać
Umiemy żyć z dnia na dzień, to co, że się narażam
Nigdy nie upokarzam, problemy wciąż nowe
Że to przeszkadza, wciąż mówisz uważaj
A ja śmierć mam i uważam za pewną wartość
Gdy brakuje człowieka, zauważasz stratę bardzo
Niespełnione obietnice, przyprawiają o wyrzuty
99 jest rocznicą nie tylko w hip hopie
Nuty odrzuć w kąt, samplingu tu narracja
Moja dominacja, smutny to nie moja działka
Jak operą fascynacja, wole jazz improwizacja
Albo Spidera Herbiego Madman zawsze przyzna racja
Dwa światy, jeden cel, Stretch Armstrong dał pierwszą lekcje
My też mamy w chuj sekcje, lute nie dętą orkiestrę
Całkiem nowe nie zapomnę, Chicago lat 30’
Jazz światło na hip hop przełoży, a Ty tego nie poznasz
Bo nie wyszło legalnie, nie kupisz tego w sklepie
Brudne rzeczy nie przeszły przez pralnie
Tempo 75, ja wolę 90, rym szybko jak tempo bolero
Słucham cię meczysz cholero i smucisz, więc się lepiej ucisz
Czy ?bakszad? muli jak by był struty
To dźwięki Poznania, nie dźwięki Kalkuty
Mamy swoją stylistykę, swój język, może to slang
Sprawna gadka outsider’ów SLU gang
Steży, kto wierzy, proceder się szerzy
Marzenia na wieży i spadek z wieżowca
To przemawiał Syki Kid sędzimir czarna owca

Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Ty nic na to nie poradzisz, jeśli nie znasz, nie obcujesz
Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Nie obchodzi mnie, że trujesz, nie poczujesz, jeśli blefujesz

I siedzę, fotel wciąż ten sam stary
Prezent po dziadku Alojzym, doskonały
Trzy pokolenia praktyki, nie ważne wszystkie odwyki
Nie zamkniesz mnie nigdzie, zawsze zjebie Ci jazdę
Mówię poważnie, prowokujący styl, prawdziwy jak ja sam
Zawsze w chuja gram, na to zawsze znajdę czas
Na wolnym zawodników pokaż, chętnie się zmierzę
Nie konieczne przymierze, co dobre docenię
Co prawdziwe jak płomienie nie zagaszę
Wyrażam siebie, ciebie to jebie, solopejka uderzenie
Mocne jak ziemi trzęsienie ale zbędne agrożenie
Choć odstaje od reszty nikt nie może grzecznić
Jestem wredny, nie tandetny Inżynier dźwięku DJ, MC
I producent w jednym, konkretny, przestałem się wahać,
Wykładam całą gamę dźwięku, asortymentu pełen wachlarz,
Jaką drogę przebyłem, ty przy tym nie byłeś
Gdy ja gangsterzyłem, ty słuchałeś, pewnie się śmiałeś
Ciekawe co sam odpierdalałeś, [nagrywałeś?] pewnie nic!
Czekasz na debiut u grubego, więc ćwicz potem kasę licz
Wielkopolska nie no limits z ulic ucieczki
Nie uchwycisz, nie zarejestrujesz w kadrze,
Jak to drzewo co uschło pod bramą ja uschnę także
To ważne, każde słowo, jak przepiękne dźwięki złożone na nowo
Premier cudotwórcą, jeszcze paru innych mogą nie raz uratować życie
Choć to nie pierwszy krok na scenę, jak słyszę arenę
Czuję się tylko ich cieniem, jak bezbronne dziecko
Dam się poprowadzić lekko do przodu, żeby sprawdzić się znowu
By nie sprawić zawodu, nie ma problem co do zwodu
Seksoholik pokroju bohaterów obu Kolgejta i Luka
Bawić się w seks jest luta, mój cel jest tutaj

Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Ty nic na to nie poradzisz, jeśli nie znasz, nie obcujesz
Jak przekupy na targu, nie targuję się o cenę towaru
Pytasz co ty? Zdziwiony, że gramy za zwroty
Trzeba być człowiekiem pomóc drugiemu w potrzebie
Nigdy nie odmówię, o tym Malik mówił w rymach
Teraz się śmiejesz ze 10 osób to kpina
Ja szanuje pierwszą piątkę i przybijam stale piątkę,
PTUSBejowi święty skład na bez ludną wyspę zabiorę,
Zawsze poważnie, produkcja, skrecze,
Crazy pomógł, gdy ja jeszcze kaleczeniem się zajmowałem
Na czarnych mało pojmowałem, teraz poziom się podniósł
Jestem DJ znaczy chłopak od puszczania płyt
Jeszcze nie turtejblista ale to przecież nie wstyd
I to mnie jara, undergroundowy biały lejbel
Muzy nie ma chyba lepszej, tak jak ekipy konkretniejszej
Wiesz gnojki od nabojki, od rozrachunku kości
I wdepnięcia w chodnik, w potrzebie odkręcający drogie głowy
Szacunek nie jest strachem wymuszonym
Każdy dobry w tym co robi, umiem przypierdolić
Ale lepiej z mikrofonem się obchodzić
Więc to pierwsze zostawiam rutynowanym ekspertom
Nie odpierdalam pucki, jeśli lubią to mnie zechcą w swojej ekipie,
Oznacza to jedno, albo jesteś swój i tu trafiłem w samo sedno,
Nie mogę zboczyć z toru, z życiowego wyboru
Nie można się wycofać tak jak nie można stracić honoru
Trzeba trzymać się według planu, kumple wyłamek nie uznają
W jedności siła, dlatego piszą o nas w zinach
Tego nie dowiesz się z kina, bohaterowie ukrytych kamer
Psi zapis z operacji mamy za frajer, skie pieskie posunięcie
Zawsze zawalczę, nie raz jeszcze się sparzę
Ale zawsze swoje pokażę, przed psami nie ma fobii
To mówi swój człowiek, gdy zawiną cię na dołek
Będziesz miał świadomość, że spędzasz kurwom sen z powiek
I niech każdy się dowie, że nie przegrałeś
To tylko konsekwencja potyczki, nie wielkiej wojny
Ode mnie szacunek za każdą bitwę z psim wrogiem znienawidzonym!

Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Ty nic na to nie poradzisz, jeśli nie znasz, nie obcujesz
Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Nie obchodzi mnie, że trujesz, nie poczujesz, jeśli blefujesz

Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
I chuj mnie obchodzi, że lepszy się czujesz
Właśnie takie postawy od zawsze prezentuję
Takie postawy, 99 to są moje postawy
I zawsze takie były, tu nie ma nic na niby
Nara
DKA tak, czekaj patrz na to
Nie ma sentymentu ta

Ref: Nie ma sentymentu x3
D do K do A to ja

1. Te gadki o tym, by uciec historii
Z błędów czynów, by dążyć do lepszego bytu
A mi tu co jednak tak bardzo nie pasuje
Żądza pieniądza wartości aż do końca
Spójrz na rodziny pod 911
Straciły bliskich, kłócą się o kasę
Więcej i więcej aż się kapsa napełnia
Dusza, serce do tego zwalnia Ziemia
Wszystko dogonię, na dół spadnę jak Heiter
Patrzysz na mnie, na moje ręce
Pętle owijasz wokół mojej szyi
Jedno zmysłowo mówisz: łeb ci ukręcę
Pieprze to, was i cały ten biznes
Bo przegonie wartość jak ……
Tak to widzę kiedy wyszukasz w bisie
Nie rusz to mnie nawet po podwójnej remizie
Wróci ta mądrość i poezja na nośnik
Bity w uszach jak bity tej Rocke.

Ref: Nie ma sentymentu x3
D do K do A to ja

2. Jestem zwykły chłopak, więc się na mnie popatrz
Jestem taki jak ty, oddaję tobie kopa
Nie kryję słabości, nie kryję żadnych wad
Piszę po to, by naprawić świat
Tam, tu, tam gram jak chcę wam sam
Na skraju życia jak Piter Pan
I o wciągam dni jak najlepszy odkurzacz
A ciebie to wkurza, bo na kolana rzucam
Nuta za nutą, idea za ideą
Za pomocą pióra marzenia mi się spełnią
Dudnią bębny do rytmu świętych
To rytuał znowu zaczyna się w pełni
By spalić tyranów terroryzujących myśli
Pewni siebie i biedni w intelekt
W intelekcie bierni, w bierności to siedzi
A siedzą po cichu, cisza mnie męczy
Męka nie grzeszy, zadowoleniem grzeszysz
Grzech to zguba, a zgubić się to próba
Bym mógł tak dalej jak domino posuwać
Ale wiesz o co chodzi, po prostu nie upaść.

Ref: Nie ma sentymentu x3
D do K do A to ja
Nie ma sentymentu x3
D do K do A to ja
Nie ma sentymentu x3
D do K do A to ja
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo