Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Jeżeli ten joint nie zamknie nam powiek, wypalmy ich kilka nie dbam o zdrowie
Nie ważne ile mam kobiet, ile mieć będę teraz z Tobą chce tak leżeć – a comprende?
Odłóż bagaż doświadczeń, smutków plecak, dotknij głową mojej, połóż się na plecach
Pomyśl o rzeczach o których marzysz, zróbmy to znów jak wtedy na plaży
Czy potem w przyczepie gdy byliśmy sami, a Ty ciągle myślałaś że jesteśmy pod gwiazdami
Dobra z nami los obszedł się ciężko, brak przyszłości, a to nie tylko przeszłość
One przejdą nie dam tym zdzirą siebie, to proste że już tak jak w zero seven
I choć strzelę czasem straszną gafę i choć już nie umiem to jeszcze potrafię
Odgarnij włosy teraz chodź lepiej, zobaczmy albo zróbmy może mount better
Wiem ten owoc nie zbyt blisko pada, nie myśl o tym jest 14 listopada

To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Leże na łożu po lewej tak jak chcesz, po mojej prawicy leż
To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Odgarniam Twe włosy, w kark Cie gryzę i fajnie że Ty nie mówisz nie

A tak naprawdę to wiesz że nie jestem uparty, leż gdzie chcesz, ja położę się ze strony tamtej
Ważne żebym czuł że leżysz obok mnie, coś więcej jest w tym niby lenistwie
Wiem, brakuje jeszcze nuty, w powietrzu wieje ciszą, wygłupy w łóżku... będę disc dżokejem
Zagram pierwsze skrzypce, zacznę od intro, po co szybciej, ja lubię długie intro
Skoro dziś to tylko my, ja i ty w tej kołdrze, mamy do nagrania cały long play
Intro na szyi, drugi track na dekolcie, trzeci na brzuchu, czwarty to gorące
Jakby to tylko było naprawdę krążkiem, nagrali byśmy wspólnie całą antologie
Nieskromnie ale na pewno nie będzie to epka, chyba że spontanicznie na imprezkach
Wiesz mógłbym tak leżeć i zasnąć, i zasnę ale najpierw nagrajmy outro

To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Leże na łożu po lewej tak jak chcesz, po mojej prawicy leż
To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Odgarniam Twe włosy, w kark Cie gryzę i fajnie że Ty nie mówisz nie

Leż, połóż się, kładź się na plecach, Eldo skradł alfabet albo spadł on z pieca
Ale Tobie królewno mogę dzisiaj obiecać, że odnajdę dla Ciebie el , przyjemność gdzie
Podniecaj się z wooolna i leżmy, potem zerżnę Cię w pół jak befsztyk
Jestem tak ordynarnie subtelny, wpuść mnie z transportem śmietany przez swój urząd celny
Dzielmy czas, strzelmy po lufce, dzięki Bogu nie na polówce, sprzęt nie maganolufsent
ale jest git, wolno oddychaj i leż tak płasko jak ziemia Giertycha
Swoje intencje zacznę odtajniać, biorę pilota włączam składy Geremszlajna
Kładę dłoń na Twojej potylicy i na pewno, zaczynam mieć wrażenie że ktoś pukał wewnątrz
A to tylko ja, a Ty tylko nie zgrzytaj, od kiedy nie jesz mięsa salami to dla Ciebie rarytas
Lay on back tak brzmiał angielski tytuł, kochanie sprawdź czy na plecach nie mam syfów

To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Leże na łożu po lewej tak jak chcesz, po mojej prawicy leż
To był męczący tydzień, byłem i ledwo widzę
Odgarniam Twe włosy, w kark Cie gryzę i fajnie że Ty nie mówisz nie
Prawdziwy hymn dla alkoholików, moczymordy salut!

Ref.
Szyja! moja ekipa wbija w PR
Dwie flaszki w spodniach to chyba żadna zbrodnia
Szyja! po prostu świnia, pijak
Jeszcze raz do dna, wszystkie szkła 100g. x2

Miasto nocą oferuje wiele atrakcji,
W radiu Vanessa Paradise, żule w taxi
Ze mną moje ziomy, działam nawalony
Świat przez denko butelek jak Działa Nawarony
Ból wątroby, ledwo zipie serce
Wątpię czy ktokolwiek chciałby ode mnie nerkę
Ta noc jak żadna inna, będzie szampańska
Taranem przez osiedle jak Ilona Felicjańska
Nie jestem święty, błądzić rzeczą ludzką
Kolejny dzień Rendez-vous z wódką
Za urwany film nic innego Oskar
Jak u kacapów na lotnisku Iza Trojanowska
To nie dla lumpów, którzy nie trzymają moczu
Jak spirytus - czysty przekaz z Białegostoku
W tym stanie przypominam Patricka Batemana
Stop! Możesz przeczytać mi moje prawa

Ref.
Szyja! moja ekipa wbija w PR
Dwie flaszki w spodniach to chyba żadna zbrodnia
Szyja! po prostu świnia, pijak
Jeszcze raz do dna wszystkie szkła 100g. x2

Na żywo, pieprzony bigos
Olimpijskie tempo, pijacki bełkot
Zatańczysz ze mną, póki idę prosto
Może być ostro, pozwy o ojcostwo

Z abstynentem mam tyle wspólnego co z ministrantem
Znasz to jak mantrę, kant za kantem
Bywam nieobliczalny, lekko narowisty
Na podłogę lecą szkła, strzelam do pianisty
Czuję się nie swój, nie ma to tamto
Kiedy niebezpiecznie spada we krwi poziom alko
Hotel pęka w szwach, od pięści dziury w ścianach
Całę życie z wariatami, ekipa pijana
Zbierałem podwiązki, rozbijałem związki
Byłem tym typem, co w głowach im mącił
Wódka na trzy palce w szklance, rzucone kości
Do drinków kruszę lód, lód twojej pewności
Ona jest jak kobieta, poznasz ją ustami
Pamiętaj jedno dzieciak - nigdy nie pij z kurwami
W t-shircie Chodź Na Hotel to może być trudne
Gdy gole na wyjeździe liczą się podwójnie

Ref.
Szyja! moja ekipa wbija w PR
Dwie flaszki w spodniach to chyba żadna zbrodnia
Szyja! po prostu świnia, pijak
Jeszcze raz do dna wszystkie szkła 100g. x2

Kto rano wstaje, ten w szyje daje
i niema tego złego, swój pozna swego
Karniak, sznaps, seta, kielon, lufa
Każdy już miękki jak masło w upał
Polska i wódka, wódka i Polska
Świat się wokół zmienia to zawsze constans
Jesteś jak dziecko kiedy polewa Pihu
Dziecko zatrzaśnięte w lodówce na śmietniku
Zimna butelka z ręki do ręki krąży
Moczymordy nigdy matki w ciąży
Chlejesz sporo mała, ale jesteś krótko stażem
Skończysz pod stołem albo pod gospodarzem
Upić się na amen, bez policji kłopotów
Trzymam się tej myśli jak pijany płotu
W sztosie nie zasnę, nienawidzę stanu
Kiedy nie pomaga nic liczenie baranów

Ref.
Szyja! moja ekipa wbija w PR
Dwie flaszki w spodniach to chyba żadna zbrodnia
Szyja! po prostu świnia, pijak
Jeszcze raz do dna wszystkie szkła 100g. x4
Sobotni wieczór w domu, czeka na kobietę marzeń
Pięćdziesiąt dla relaksu wypija przed spotkaniem
Jego imię to Sławek, tylko wieku nie kojarzę
Nie wyróżniał się z tłumu, co dzień widuję takie twarze
Dzisiaj inaczej, ubrany elegancko
Fryzjera klatkę obok odwiedził wcześnie rano
I tak czeka od południa na swojego zacnego gościa
Dochodzi dziewiętnasta, słyszy kroki na schodach
Zanim otworzył drzwi już wiedział, że to ona
Poczuł zapach ciężkich perfum od Christiana Diora

Gotowy na wszystko, świece, wino i kolacja

Od myśli do czynów powoli rozkręca się akcja
Wiesz o co chodzi młodzi wzięli się do dzieła
Jej ciężki Dior z jego potem się pomieszał
Teraz piękny zapach zostaje z parą na szybach
Bo chciałby zatrzymać czas, całe życie to przeżywać
Dochodzi dwunasta, czas na czułe pożegnanie
Jej nocny autobus niedługo wjedzie na przystanek
Po jej wyjściu on pisze eskę z podziękowaniem
Nagle pukanie do drzwi przerywa tekstu pisanie
Pewien, że po coś wróciła otwiera bez namysłu
Naciskając na klamkę poślizgnął się na dywaniku
Głową uderza w glebę, z ręki wypada komórka
Nie zdążył zobaczyć kto do jego drzwi zapukał
Mam dwie dłonie mogę wzniecać ogień
mam dwie nogi mogę iść po swoje
w każdą stronę ,żeby żyć jak wole. Ty!
nie pierdolę się z tym co nie jest mi po drodze, no
widzisz ziomek, od taśmy w magnetofonie
zaczęła się cała opowieść i cały czas płonie
myśl co chcesz o mnie, masz prawdę, wierz
nie interesuje cię? zmień kategorię na Magdę M
kradnę tlen, bo nie ma nic za darmo
w świecie cen, tu gdzie królem jest banknot
żeby zjeść chleb, musisz mieć ziarno
i jak najwcześniej wierzyć w to ,że na serio warto
w czasach, gdzie życie traci ważność, jak masło
wbij w nie nóż albo wypierdol przez balkon
mieli być tu, jednak ich zabrakło
my możemy zmienić świat, powiedzcie na głos

Czego mogę więcej chcieć?
Dłonie mam dwie , serce bije za trzech ,
więc biorę ten dzień, który jest
taki jaki jest ! /x2

Moje życie to wielki dzień świra
wlane we mnie, jak do butelki benzyna, bum
przyszedłem tu ,żeby wygrywać
kiedy niebo bez chmur, szczyty gór zdobywam, spójrz
Bóg chciał ,bym wykorzystał potencjał
dał mi mózg ,żeby wpływał na twój wszechświat
i płynę, zbudowałem łódź, która przetrwa
wkładam wysiłek póki władza jest w rękach, to
piękna walka, jak Talib Kweli zmagać się z falami
na oceanach wiary w samego siebie
i w to, ze jeszcze kiedyś będzie lepiej ,
dopóki mam nadzieję, to wciąż wierzę
dopóki mam dwie ręce, to zbyt wiele
żeby skończyć pod sklepem na liczeniu butelek
życie to dar wykorzystaj go jak najlepiej
drugi raz ulica nie daje szans, nie wiesz?

Czego mogę więcej chcieć?
Dłonie mam dwie , serce bije za trzech ,
więc biorę ten dzień,który jest
taki jaki jest ! /x2
Nie dla mnie cały ten poklask,
poklask na raz.
Nie dla mnie cały ten bit
towarzystwa wzajemnej adoracji.
Nie dla mnie to głaskanie,
szemranie krytyków.
Nie dla mnie to szczekanie
przeintelektualizowanych speców od awangardy.
Nie jestem żadnym głosem pokolenia.
Śpiewam naiwnie o mojej miłości
co ma różne twarze

I tylko tobie, tobie padam do stóp...
Tylko tobie...
I tylko tobie...

jak ten gnojek, który popisuje się jak tylko może
padam z pieśnią, co kuleje i utyka
zrób mi dobrze,
ja tobie dobrze zrobię,
tylko tobie...

I tylko tobie, tobie padam do stóp...
Tylko tobie...
I tylko tobie...

Nie podlizuję się żadnej publiczności,
nie kupuję jej tanimi hasełkami.
Miłość utonęła gdzieś w reklamowych gadżetach,
które kuszą w tę zachlapaną noc.
Teraz głośno wypada mówić jedynie o targetach,
które z otwartą gębą czekają na cud.
Odnajduje na twoim ciele
odciski palców tych frajerów,
co nie gorsi są niż ja,
co nie gorsi są niż ja.

I tylko tobie, tobie padam do stóp...
Tylko tobie...
I tylko tobie...
Oporowy melanż, ta, lubię to
Ale wiesz, że bywa z tym różnie
Bo zdrowy rozsądek, hmm, gubię go
Dlatego coraz częściej mówię stop
O której zaczyna się cała akcja dziś?
Jakoś 19:23
Kilka piw, cała banda samców
Którzy chcą dorwać te dupy na szpilkach dziś
Nieważne gdzie, ważne z kim
Kolejny drin, ustawka na setę na Ibizie
Cokolwiek, to takie ziomy są, że
Trzeba chwytać za sztachetę w remizie
Idziesz? nie wiesz czemu muszę być tam
To taki zew, który każe mi żyć tak
Pić jak weteran, który nie musi się z tym kryć
Jak uczniak, który na fajną dupę mówi suczka
Z tego powodu właśnie mówię stop
Do siebie i do moich kumpli stop
Dymanie bez gumki, pomieszane trunki
Ekstatyczne ładunki, stop

Dawaj, skończ już
Wiesz, że sam nie możesz tu
(Nie możesz tu, nie możesz tu) wypić więcej, więcej
Wstawaj, choć już, jutro musisz żyć
Obudzić się o 7:00, rusz więc się i wyjdź

Bajerka, dupa dziwnie na mnie zerka
Myśli chyba, że nie mogłem niżej upaść
To Ten Typ Mes drę mordę na nią
Równie dobrze mógłbym mówić jestem 2Pac
Ta sama impreza wciąż okropna
Mój ziom już ma zeza jak Marek Dochnal
Stop mówię mu, weź to zostaw
Ale on zeżarł ósmą pigułę i odpadł
Parkiet to nie miejsce dla mnie jest
Nie wyglądam jak Kanye West
Ale najgorsze jak dam się namówić
Po 15 piwie zamiast powiedzieć mi gdzie się zgubić
Fikołki odpierdalam lepiej niż na WF-ie
Upadam, podnoszę się i znowu leżę
Podbija panna, która waży więcej ode mnie
Myśli, że to z nią puszczę imprezę
Porażki, zawody miłosne, mężatki
Z reguły zazdrosne, proszę
Upadki te mogłem łatwo ominąć
Ale zawsze liczyłem na postęp
[tylko tekstyhh.pl]
Dawaj, skończ już
Wiesz, że sam nie możesz tu
(Taa, pędzę, pędzę) wypić więcej, więcej
Wstawaj, choć już, jutro musisz żyć
Obudzić się o 7:00, rusz więc się i wyjdź

Dawaj koleżko, wyjdź
Wyjdź już stąd
Nie możesz więcej pić
Widzę to
Nie daj się namówić na kreskę
Zmień swoją przestrzeń
(Nie mów co mam robić)

Dawaj, skończ już
Wiesz, że sam nie możesz tu
(Aha, tak, tak) wypić więcej, więcej
Wstawaj, choć już, jutro musisz żyć
Obudzić się o 7:00, rusz więc się i wyjdź
Nie masz do stracenia nic
w oku błysk
do pełna tankuj, cisza asfaltu
365 dni nocy do ostatniej krwi kropli
i niemów ty, że jest finito
czujesz prędkość? ryzyko?
dopóki nie zamknie ci się powieka
dziś jest człowiek jutro nie ma człowieka

[Erde]
Mam styl szybki i bezwzględny jak Hayabusa
w oku błysk kiedy gram słyszysz hałas w klubach
opony na asfalcie wchodzą jak baseballl w czaszkę
każdy z nas jest ryzykantem
po swojej stronie mam prawdę a do stracenia nic
podejmuje ryzyko kiedy widzę w oku błysk
kiedy wokół psy lepiej się nie wychylać
lepiej zrobić ciii to nie ósma mila
czujesz tempo, czujesz jak adrenalina rośnie?
zwiększasz prędkość masz klimat konkret
urodziłem się by umrzeć ale nie chce umrzeć młodo
i tylko Bóg wie co zrobię ze sobą
wciskam gaz do dechy przede mną prosta droga
gdy dojadę do mety nie będę miał czego żałować, bo
nigdy nie wypuszczam okazji z rąk
podejmuje ryzyko potrafię swoje wziąć
nikomu w dupę nie włażę dzięki temu zyskuje
szacunek i coś czego nie mogą mieć te sztuczne [CENZURA]
błysk w oku widzę często, jadę pewnie po złoto, po zwycięstwo

[PIH]
Dziś robie to co dla niektórych na zawsze będzie mitem
cyklon w sercu porywa wszystko co nie przybite
basy, płomień ogień kiedy tłoki trą
w oku błysk, jedzie eRka, wrogów zamieniam w szkło
pieprzyć poker, twoja jazda blef na ściemie
sprawdzam bez szans na globalne ocieplenie
to decybele kocie, pogrrrom fala
masz słabe nerrrwy, zostań przy dzieciakach i garrach
gaz wbijam w podłogę, zejdź z drogi leszczu
stówka w pięć sekund, kręgle na przejściu
Białystok krzyczy fauluj, proszę wierz mi
oni zacierają ręce kiedy [CENZURA] wkręcam w bieżnik
jedziesz, pomódl się do świętej trójcy
siedzisz obok mnie po prawej na miejscu samobójcy
jedziesz, decybele noszą furę, basy głaszczą plecy, czujesz amplitudę?
wolisz dąb czy może jesion? to poważna sprawa jak dziewiąty miesiąc
twoje milczenie jest wymowne i wiesz co kolo?
możesz też do ziomków odnieść ten oksymoron
prosto przed siebie, siły na flanki
nie chce żeby dzieci wolały nazwisko matki
dziecinko głowa boli? to lepiej połóż się
w oku błysk, mam apetyt na destrukcje

[Pyskaty]
Wystarczy że spojrzę w lustro widzę niepewne jutro, trudno
lecz widzę też tupet którego mam mnóstwo
może nie przyśni ci się ten czas ten rap
zapierdalam więc na pętlach jak Senna
wkładam kaptur na pysk, w oku mam błysk,
gumy trą w opór, a wokół ich pisk,
chcesz mnie złapać patrz na drogę dziś,
ide o zakład ze tam jutro stanie twój krzyż
dyktujemy tempo, inni pękną,
wiem to, aż wali im tętno jak trafiam w sedno - bledną
jedno wiem, zadyszki nie masz od lolka,
tu wielu raperów już meczy permanenta kolka
dobra, opon swąd poczuj, eRke za mną,
jeden błąd a stajesz się dawca organów,
masz przed sobą fanów szosy,
w oku błysk, na asfalcie dziś krople krwi zamiast rosy
Wybijasz się na dzielnie, szary dzień, szare bloki
Dobrze znasz ten rewir lecz niepewnie stawiasz kroki
Maszerujesz dzielnie, w głowie niemłode foki,
Ale świadomość, że w kiermie sreberka pełne koki.
Zasznurowane skoki, mocno zapięte spodnie
By w razie przypału lecieć jak quattro po betonie
Pocą ci się dłonie, ale trzymasz pełny orient
Nic nie umknie twej uwadze jak polującej sowie.
Godzina wybiła, czekasz przy czarnej ławce
Pozornie cisza, spokój, dzieci puszczają latawce
Jeszcze nie wiesz, ale czekasz na oprawce
Od dawna Ciebie chcą bo grasz na wysokiej stawce.
Ijo, ijo lecą w łapach policyjne szmaty ...

Stój, Policja.

Palisz buta na przełaj i wbiegasz tam do bramy
I kiedy tak czekałeś czy cię znajdą, przykitrany
Rozsądek zaczął radzić takimi o to słowami:

Możesz się wybić albo iść drogą krętą
Możesz się wybić albo czekać na pento,
Możesz garściami brać albo łyżeczką
A gadom przy klapie jest i tak wszystko jedno.
Możesz się wybić albo dać się pomielić
Możesz się wybić i wolność docenić
Jutro obudzić albo zasnąć na wieki,
Bo jeden mniej czy więcej bez znaczenia dla skurwieli.

Wbijasz się na dzielnie odkleiwszy od poduszki
Od walenia w kinol, głowa pusta jak wydmuszki
Trzęsą się nóżki, ubrany jak menel ruski,
A w bani jedna myśl - Koka z pyłem jarzeniówki.
Oczy latają jak piłeczki do ping ponga
Zaraz eksplodujesz jeśli nie zajebiesz gonga
Usta jak trąba, jak tykająca bomba
Pragniesz nart i śniegu jak Alberto Tomba.
Na palcu plomba, w cyce puste jak żebrak
Przy czarnej ławce na towar musisz poczekać
Już go widzisz na przywitanie macha,
Ale nagle puszcza się za nim tajnych burków wataha.
No i padaka, nie walniesz dziś do nocha
Bo nie masz telefonu, na ławce zaczynasz szlochać
Ty w siódmych potach, dotarło żeś wjebany
To reszta mózgu doradziła takimi słowami:

Możesz się wybić albo iść na ósme piętro
Możesz się wybić albo dźwigać to piętno
Może cię skręcać albo żyć się lekko,
A typom w kostnicy jest i tak wszystko jedno.
Możesz się wybić albo iść się zastrzelić
Możesz się wybić albo nie dożyć niedzieli
Dać za wygraną albo zwalczyć to gówno
Czy jeden mniej czy więcej, zasilisz cmentarz trumną.

Wybijasz się na dzielnie, poprawiasz rękoma cycki
Od śmigania w szpilkach na piętach masz odciski
Liczą się zyski za penetrację kiszki
Masz nadzieję, że trafią się Niemieccy turyści.
Jedno na myśli, siano za kontakt bliski
Gdy będzie po wszystkim, przydatne Orbit listki
Wyciągasz błyszczyk, skarbonka czeka w stringach
Dla nich jesteś Anka, choć masz na imię Kinga.
Podjeżdża klient, szybko ustalacie stawkę
W drodze, w oddali twój chłopak stoi przy czarnej ławce
Prawie na miejscu, cisza, lasek, zero ducha
Ten napalony koleś już coś szepta Ci do ucha -
"Ściągaj kiecę mała, dziś za darmo cię wyrucham"
Gdy uciekałaś z auta gdzieś pogubiłaś buta
Gdy zamaskowana tam płakałaś za krzakami,
Przemówił Anioł Stróż takimi o to słowami:

Możesz się wybić albo złapać nie jedno
Możesz się wybić albo skończyć pod wierzbą
Możesz zapomnieć gdy zrozumiesz sedno,
A dla lekarza wynik to i tak wszystko jedno.
Możesz się wybić albo do reszty skurwić
Możesz się wybić albo na zawsze polubić
Odciąć uczucia albo miłość poślubić
Chyba, że wszystko jedno z kim będziesz się budzić.
A ja, a ja
Po-trze-bu-ję-go, by przejąć ten lokal
Daj-mi-tyl-ko-go, to naprawdę kocham
Zro-bię-ta-kie-show - nikt nie będzie szlochał
Rap-przez-mic-to-jest dla mnie w ***** radocha, ale

Wciąż z wami, brak układów, koncerty są dla ludzi
Którzy wiedzą po co przyszli, już zdążyłem się wkurzyć
Nie zapraszaj nas panie kierowniku na dyski
Nie pchaj nas w ten klimat, na który ludzie przyszli
Ja nie zwiększę ci obrotów na biletach i przy barze
Gdzie wśród białych rękawiczek lirycznie się rozmarzę
Na upokorzenie skażę lub odczuję satysfakcję
Gdy wszystkim udowodnię, że to błąd! miałem rację
Nie wpasuję w takich miejscach, w którym uskuteczniasz jazdę
Konsekwentnie udowadniam cedząc każde słowo ważne
Dla mnie ludzie na koncertach to moi ludzie właśnie
Przypadkowy odbiorca? ludzie, mam wyobraŹnię!
Możesz obrazić się właśnie, lecz co powiem spamiętasz
Nie kupuj moich płyt jeśli hip-hopu nie znasz
Nie słuchaj i nie patrz dancehallowy chłopczyku
Lepiej wydaj na żel i garść fajowskich piguł
Moja noga nie postanie na tanecznym parkieciku
Tylko dlatego, że hajs dasz za bity w głośniku
Nie po to rap tworzyłem żebyś robił hopsa hopsa
Wolę robić mój rap przy prawdziwych beatboxach
Tylko w miejskich dżunglach, na halach i w klubach
Z ludŹmi mieć pod pachy ubaw, oni z rękami w górze
W kolejnej dymu chmurze, przy za*****istym sprzęcie
Przy wyjściu im powiedzieć - naraz ręce podnieście
Przyjedziecie, będzie nieŹle, i co? i tandeta
Nie jestem na etacie disc jockey'a, nie ten etap
A granie do kotleta pozostawiam konkurencji
I Tym, którzy są nieŹli, myślą sukces odnieśli
Żadna to radocha grać dla ciebie, gdy nie kochasz
Tego rytmu, tej pętli, gdy bit mi DJ sklei
Nie odbierzesz mi wiary, nie odbierzesz nadziei
Mój rap jest dla ludzi, którzy znają rap nie rapa
Olać takich jak ty to dla mnie żadna strata

Po-trze-bu-ję-go, by przejąć ten lokal
Daj-mi-tyl-ko-go, to naprawdę kocham
Zro-bię-ta-kie-show - nikt nie będzie szlochał
Rap-przez-mic-to-jest dla mnie w ***** radocha, ale

Chłopaki z Massa zrobili mi koncert
Po którym straciłbym wolność, straciłem tylko pieniądze
Trochę nerwów i czasu, w mediach sporo hałasu
Rzucony na pożarcie stos prasowych rarytasów
Z zarzutów oczyszczony, ale o tym nie powiedzą
Bo gustują w skandalach, tylko za sensacją węszą
Mendy, hieny, koleżcy mi życzliwi
Nikomu nie zaufam, bo to kiepski pomysł by był
Najlepiej gdybym wybył, o tym marzy zbyt wielu
Jak się spotkam twarzą w twarz to nawija przyjacielu
Bagno bez celu, jeden cel, zbić monetę
Reklamować tandetę w zamian za lepszy obraz
I teraz się obraŹ za to, że jestem szczery
Obserwuję ten wyścig, to jak chcesz przejąć stery
Wplątany w machinę, którą tak potępiałeś
Odpowiedz sobie sam, sam wiesz czy się sprzedałeś
Słyszę oburzenia głosy jak w czasach "Głuchej nocy"
Ja widzę jak do hitu konsekwentnie dążysz
Może zdążysz, ja bez ciśnień, kiedyś to wszystko się skończy
Chcesz zabezpieczyć przyszłość, ze mną siły połączyć?
Nie, to nie potrzebne, ja nigdzie nie biegnę
Znam swoje miejsce, znów mam słuchać te brednie?
Hipokryzja legnie w gruzy, czas ten syf zburzyć
Nie przestajesz się burzyć, bo na odcisk ci deptam
I z błotem besztam, wiem, że chcesz żebym przestał
Ale nie, bo ktoś musi ten syf zarodku zdusić
Ja nie dam się skusić, ja wolę z tego szydzić
Żyję z płyt i koncertów, nadal jestem prawdziwy

Po-trze-bu-ję-go, by przejąć ten lokal
Daj-mi-tyl-ko-go, to naprawdę kocham
Zro-bię-ta-kie-show - nikt nie będzie szlochał
Rap-przez-mic-to-jest dla mnie w ***** radocha, ale
Dumnie noszę te skoki w prążki, liczę pieniążki
mam flow ciężki zna mnie połowa polski
jestem jak Wolski, co ujął róg cętkowany gięty
tępe łępy, myślą że jestem jebnięty
ja mam patenty, RAP wkręty to bezpieczeństwa wentyl
dla odętych mam w sercu RAP elementy
stare jak dęby, z Rogalina
to pro kabina w jej słowa wbijam, za oknem sroga zima
tak środa mija, na ryju sroga mina, życiowa droga mima
mówią że boga nima to paplanina zerżnięta od Gagarina
Mr. Dobalina, Mr.Bob Dobalina

ref.
Dumnie noś skoki w prążki x6

Jestem taki , noszę dumnie w prążki skoki
robię tracki, wypuszczam krążki na bloki
w środek pogoni gorączki, gdzie pieką pączki
hajs z rączki do rączki ludzie tutaj mają swe bolączki
dyndają sprzączki na pasku zadań, Fuck Acta
coraz mniej sprzedają na kompaktach
moja oparta na faktach gadka hula, mówi Gural
a kurwy wciąż mają gula Bo chuja mają i zgarniają wciąż mniej
Ja swoje wiem, wciąż jestem głodny i wciąż jem
I wciąż gram w grę, na której jestem szczycie
w tej nędznej piramidzie, na tym marnym ludzkim bycie
za to na fajnym bicie, chcąc mieć życie jak w Madrycie
goniąc ciągle w witrynach odbicie własne
w witrynach odbicie własne

ref.
Dumnie noś skoki w prążki x6
Nie pozwolę żeby ktoś kiedyś wszedł pomiędzy nas
Nie ma mowy żeby cokolwiek mogło rozdzielić nas

Od lat z kobietami na różnych układach
Każdy to miał być cud, potem to chłód zabrał
No cóż, prawda, przypadek nie jest jedyny
Kochanki, przyjaciółki, ex-dziewczyny
Na razie seks z nimi, miłość tylko z tobą
Gdy ty grasz mi w uszach, ja daję ci słowo
I daję ci słowo, nie pójdziesz w odstawkę
One coś mówiły, ty masz głos i barwę
Gdyby los bardziej był dla mnie łaskawy
Dostałem wyrok, choć czekam jak go sprawi
Jesteśmy sami, więc powiem ci to dziś
Płaczę rymami, może nie jak D.O.C.
Ale jestem zły, że zamiast żyć bosko
Muszę mieć schiz, że nie mogę cię dotknąć
i gdy jeszcze wolno daję ci ten wokal
Mogę przestać cię słyszeć, ale nigdy kochać

Nie pozwolę żeby ktoś kiedyś wszedł pomiędzy nas
Nie ma mowy żeby cokolwiek mogło rozdzielić nas

Tak, tak, tak
Lubię to, że zawsze jesteś w domu jak wracam
Jak wracam zmęczony, mam kaca
Nie w ratach, zawsze dajesz mi całą siebie
Jak gniewam się, nie odpłacasz mi gniewem
Sam nie wiem jak to robisz, ale to nieważne
Emocje przy tobie - przelewam na kartkę
Nie zasnę bez ciebie, w pokoju jest tak głucho
Jak jesteś oczy same mi do snu lgną
Pusto, cicho, aż nazbyt spokojnie
Teraz cię nie ma, ja chcę kolejną odsłonę
Ochłonę chwilę, bo wiem, że mnie zaskoczysz
Zawsze to robisz, nie muszę cię prosić
Oczyść atmosferę, muszę ci coś wyznać
Na pewno o tym wiesz, jesteś jak afrodyzjak
Jesteś w mych snach tak wiele dla mnie znacząc
Wiesz, jesteś najprzyjemniejszą pracą

[x2]
Nie pozwolę żeby ktoś kiedyś wszedł pomiędzy nas
Nie ma mowy żeby cokolwiek mogło rozdzielić nas

Jeśli sądzisz, że na 16 wersach
Zniewala mnie jakaś dupa
Przestań, nie mógłbym tak upaść
Słuchać ich mogę zwykle nie dłużej niż dobę
Z tą, o której mówię się nie nudzę, uwierz
Muzyka (ta) muzyka, zależy gdy dajesz akcent
To jedyna, którą przedstawiłbym matce
Znam ją dwie dekady przeciw wszystkim
Pamiętam, kręciła się już koło mojej kołyski
Gramofon zawsze w domu, a w plener
Też brałem ją ze sobą, do szkoły z walkman'em
Nate Dogg Pound, wciąż więcej
Chciałem tego słuchać, miałem boomboxa w łazience
Już podczas pierwszych zetknięć z tym gatunkiem
Wiedziałem, wejdę w to szturmem, nie pójdę w innym kierunku
Tak, niewiele mam, niewiele umiem
Ale słuchaj jaki robię z nią numer

Nie pozwolę żeby ktokolwiek, cokolwiek, kiedykolwiek
Wszedł pomiędzy nas, mnie i ciebie, moje wersy i żywy bas
Nie pozwolę żeby... ktokolwiek, cokolwiek, kiedykolwiek
Nierozerwalny duet - muzyka i ja, od zawsze to czułem

Nie pozwolę żeby ktoś kiedyś wszedł pomiędzy nas
Nie ma mowy żeby cokolwiek mogło rozdzielić nas
A ja znów budzę się na jointowym kacu
Pękło dziś w nocy sporo tematów
i chodź głowa ma nie zbiera się zbyt szybko
Pozytywny uśmiech na twarzy zabłysnął
Bilet PP na jointowym kacu i śmiać mi się chcę
na nic nie mam czasu
Najarać znów się może nie od razu
Pieprze ustawy dotyczące zakazu aha cały czas
pieprze ustawy dotyczące zakazy aha właśnie tak
pieprze ustawy dotyczące zakazu

Oni chcą karać nas za to że palimy
Owoce drzewa dary tej rośliny
Nikomu krzywdy nie robimy tym że kruszymy
A o tym że to zakazane ciągle słyszymy
Chodź jest ryzyko ziom mnie to nie rusza
I razem z JLB łapię kolejnego bucha
Od dobrych paru lat smak ten znają moje płuca
Dobrego skuna smak zwiniętego w bletkę
Władza znajdzie pretekst by nam związać ręce
Nielegale wciąż nielegalne..
Chciałbym by konopie płonęły oficjalnie
Zakazany owoc wciąż zakazany..
A przez wielu różnych ludzi jest kosztowany
Zapach marihuany wiesz o czym mowa
Teraz od Żarego ostatnie trzy słowa:
Sadzić, palić, zalegalizować!

Hemp Gru pali dobre ziele cały dzień
Pierdoli policjantów i pierdoli ten system
Na ich twarzach rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo ich ulubiony kolor to zieleń ej
A Luta pali dobre ziele cały dzień
Pierdole polityków i pierdole ten system
Na mojej twarzy rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo mój ulubiony kolor to zieleń taa

To zakazany owoc którego Bóg nie zakazał
Jaramy zioło które znów mnie napawa by działać
Kolejny buch to raczej pewny ruch dla nas
Do bletki mej tej lepki susz wpada
Nie raz tak jest od rana do nocy co poradzę
Że nie ma że jarania mam dosyć gdy coś ogarnę
Spalam te topy aż wena na składanie zwrotek wpadnie
Zrobię swoje potem zchilloutowany w moment zasnę
Co wam to szkodzi że palę
Mówią że to demokracja
A większość tu nie godz się z prawem
Chcą nas gonić za trawę trza się bronić
Jedną z broni atrament
Więc tej sytuacji opis wam daje
Zwiniemy skręta nikt nie wymięka
Bit leci z membran niknie ten stres też jest inwencja
Więc znów roluję co trzeba mając nadzieję na to
Że zmian prawnych się tu wkrótce doczekam

Hemp Gru pali dobre ziele cały dzień
Pierdoli policjantów i pierdoli ten system
Na ich twarzach rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo ich ulubiony kolor to zieleń ej
A Luta pali dobre ziele cały dzień
Pierdole polityków i pierdole ten system
Na mojej twarzy rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo mój ulubiony kolor to zieleń

Smażymy ziom ciągle smażymy
Co jest do zjarania z dymem puścimy
Słodki smak to holenderski kozak
naturalny haj a nie żaden prozak
Borchamy ziom ciągle borchamy
Dziś propaganje dwa wspieramy
Diil gang JLB Hemp Armia człowiek
stestujesz poczujesz ciężar powiek
Bakamy ziom ciągle bakamy
Legalna trawa na ten czas czekamy
Marsz miliona jointów witam jak co roku
Rusz się z czterech kątów weź ekipę z bloków
Palimy ziom ciągle palimy
Dobrą nowinę głosimy pamiętaj o tym
gdy znów będziesz kruszył z rana
Zbyt pozytywna dlatego zakazana !

Hemp Gru pali dobre ziele cały dzień
Pierdoli policjantów i pierdoli ten system
Na ich twarzach rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo ich ulubiony kolor to zieleń ej
A Luta pali dobre ziele cały dzień
Pierdole polityków i pierdole ten system
Na mojej twarzy rzadko kiedy gości smutku cień ej
bo mój ulubiony kolor to zieleń

Trzaśnij skręta brat dzisiaj dobry towar
Dobre towarzystwo mordy z Mokotowa ello
Chodź nie tylko tu są nasi ziomale
Nie zapomnę tych chwil kiedy z wami palę
Całej ceremonii kiedy joint się kręci
My ludzie marginesu żyjący na krawędzi
Chodź już w innym wymiarze niż za dawnych lat
Odpalam dziś lolka i kocham ten mój świat
Bez namysłu wylewam z serca głos
Tekst przyozdabia marihuany kłos
Chodź nigdy nie jest dość to czasem robie przerwy
Kto nigdy ich nie robi ten szybko traci nerwy
Propaganja 2009 taa
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo