Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Kim jesteśmy? Jest nas kilku,
Mudżahedini dźwięku, masz przed sobą fanatyków.
Wielu z nas myśli w chwilach, gdy majka trzymamy,
O tym, że wygraliśmy, że mamy raj pod stopami,
Że to kres marzeń, spełnienie snów, że to
W walce o plan na życie zwycięstwo.
Jak nieśmiertelni wieszcze oślepia nas śłonce,
Kochamy swoje wiersze, zapominając czym jest progres.
Mówimy sobie, że jesteśmy królami życia,
Bo mamy więcej niż inni i trochę częściej nas słychać.
Przed zwykłym krokiem z dni wcześniejszych
Ucieczka do tych magicznych paru chwil ze sceny.
Za kulisami jednak stajemy twarzą w twarz z problemami,
Z setką tych, co mają nas za nic.
Nie licząc się z kosztami, chcą ukraść nasz talent
Wilki z zębami, co chcą mieć nad poezją władzę.
Rap daje nam spełnienie, często jest dla nas wszystkim,
Daje nam szczęście, ale też często nas niszczy.

Tak dawno temu chciałem się zająć tylko słowem,
Teraz z rekinami biznesu muszę walczyć o swoje.
To jest bez zasad bagno, uwikłany w nie w życiu,
A ja przecież piszę tylko teksty do beatu.

Raz... nie było mnie tu dwa lata, spytasz, jak to,
Proste, bo pierdolę ten biznes jak Big i Bagshot,
Lecz kocham tą muzykę, bo tak naprawdę
Niewiele rzeczy jest piękniejszych niż te pięć minut z majkiem,
Słysząc na słuchawkach równo bijące werble,
Oddając serce, gdy zamieniam tusz na poezję.
Łapię powietrze, myśl, ilu tu jeszcze zostało,
Czy wszystko przepadło i pop towarem się stało.
Mówiłem chwilę temu, rap to wyzwolenie,
Muzyka daje mi spokój, biznes wkurwienie,
Bo zobacz, my chcemy w życiu grać muzykę tylko,
A oni chcą zrobić to plastikiem pod przykrywką dobrych intencji,
Kultury dla mas, a przecież dla nas to całe życie,
A dla was szczeniacki hałas.
Wracam odnaleźć te uczucia, które zniknęły,
Muzykę, którą przysłoniły ciemne interesy.
Szybki hajs na boku, to wciąga mnie jak opium.
Stanę tu na scenie jak sportowiec na podium
Z zapalonym zniczem, a biznes spłonie w tym ogniu.
Nagram swój rap, odejdę żyć w spokoju
Do mojego świata dźwięków, S33 Laboratorium.

Tak dawno temu chciałem się zająć tylko słowem,
Teraz z rekinami biznesu muszę walczyć o swoje.
To jest bez zasad bagno, uwikłany w nie w życiu,
A ja piszę przecież tylko teksty do beatu.
Ten bit jest jak strzał,
Czuć tu dym lecz nie z glocka,
Ten rytm jak gandzie rozprowadzamy na blokach,
Ten hit na lokal wlewam jak browar w pokal,
Uderzenie tych, którzy nie polegli popatrz,
Patrzę po oknach, blokach,
W powietrzu czuję hip-hop,
Tagi grafy breake'i,
W przejściach widziałem to wszystko,
Żyłem tą myślą, że kiedyś gdy tu stanę
Usłyszę jak nasz rap katuje twą membranę,
Co jest kurwa zgrane, pootwierać okna,
Na środku boiska brat weź blete odpal,
Żyję w środowiskach gdzie droga do celu,
To wyznacznik sukcesu,
Choć fart sprzyja nie wielu,
W myśl tego procesu cisnę system na masę,
Jednocząc masę klatek jednym rapem,
Tematem muzycznym wspieramy familie,
W ten sposób w SZN słowo staje się hymnem.

Ref. x2
Co dzień budzą się by grać
Dla nich nie ma innych prawd...

Pełną parą na salon,(?), wódy galon,
Między stolikiem slalom,
Wjazd na scenę i halo,
To w SZN nagrano PMM weź orientuj,
MPC'et na bicie, to nie bal dla studentów,
Pochodzę z projektów,
Tu dzień zaczynam joijem,
Tu psy cierpią na bezsenność,
Baby na paranoję,
Kurwy po grubych numerach,
Mylą kibel z pokojem,
Rap daje odetchnąć ziomuś wciąż tu stoję,
Jakbym odrodził się na nowo,
Tłusty bas, dobre słowo plus moi ludzie wkoło,
Daj mi żyć w ten rytm, spełni się stuprocentowo,
Na okrągło żyję tym, wiodę prym nie strój min krzywych,
Na streecie styl dobry dill będzie wciąż żywy,
Tu każdy gra trzepie chajs by być wciąż syty,
Tu walka trwa, jaraj się albo stój wryty,
Wciąż żyję tym wiodę prym nie strój min krzywych,
Na streecie styl dobry dill będzie wciąż żywy,
Tu każdy gra trzepie chajs by być wciąż syty,
Tu walka trwa, jaraj się albo stój wryty.
INTRO
Ta,ta,ta
Walka trwa nadal, nadal
Podpalam dynamit, podpalam, podpalam
Oto matrix, otoczenie
Podpalam
Wyboru nie ma, nie, wyboru nie ma, Huragan
Wyboru nie ma, nie, wyboru nie ma, Huragan
Wyboru nie ma, nie, wyboru nie ma, Huragan
Wyboru nie ma, nie, wyboru nie ma, Huragan
Wyboru nie ma

Widzę zło i ulice przesiąknięte monotonią
Czy to moje życie tylko czy to ludzka podłość?
Mam dość, nic nie widzę, ślepnę, błądzę i tracę ostrość
Złość we mnie rośnie, bezradności Harbor
Noc i odbicie jest zwierciadłem moich wspomnień
Mój głos wciąż zanika, spływa na dno nieuchronnie
Ma moc gdzieś umyka, nie chcę gonić jej na oślep
Mój portret wciąż blaknie i żółknie jak papier

Zgubiłem sens już tak dawno i wciąż tylko błąkam się
Choćbym nie wiem jak pragnął wydostać się
Ciebie nie ma, jest alkohol, są marzenia bez znaczeń
A walką mą metropolie, a uciekasz z odrazą
Zło przed oczami, słaby organizm
I ciągle ci sami, wokół czarna noc
I puste slogany "Boże daj mi moc"
Oddalić te stany, kiedy już mam dość
Kiedy czas bliźni rany, to już czas na zmiany
Mój portret znów szary, wyblakły, bez ramy
Namaluj na nowo mnie na skrawku ściany
Tak na kolorowo bym w szczęściu pijany
Odszedł nie wiadomo gdzie, światu wyrwany
Powiedz tylko słowo a zniszczę pergamin
I zniknę na zawsze, na straty spisany

Pastelowe niebo, plastelinowa ciemność
Czas w pełni, odpowiedni czas by uciec stąd
Plastikowe drzewa, niema nieba niepojętość
Namalowany kreską świat stanął przede mną. x2

Wszystko ma swoją drugą stronę, swoje odbicie
Lustro odbija twe oblicze, a oblicze życie
To życie ma granice i cel odbyć jej analizę
To życie ma sens, (?) widzicie różnice
Gdy lustro pęknie, a wraz z księżycem przechodzę przez nie
Bo odkryłem to miejsce gdzie więcej widzę, więcej
Czuję poezję jak przelatuję wokół
Cytuje, sensem mnie pojmuje, lecz czuję tu spokój
Miejsce niedostępne dla twych oczu, musisz poczuć
To miejsce niepojęte, ukryte gdzieś na uboczu
To miejsce niepodległe jednak pełne pokus
Może cię uraczyć, zatracić lub zabić w ogniu

Rozpierdala mnie energia, rozpierdala hajs pętla
Po wypierdalana rana serca na piedestał
Bestia, ludożerca. Patrz! Patrz! To Poezja
Beszta na parametrach metra. Paranormalna sekcja
W sekundę niech wpadnę w ten burdel, wygarnę tej i tej kurwie
Że rozkurwię w kurwę. Prę jak kurwa bulterier
Albo nie i tak rozkurwię cię
Witam nie pytam, cel-płyta, nie pytaj
Otruję cię! Czujesz? Nie! Podróże me to nie schiza
To wizja! Topi zabitych! Brama vis-a-vis i bydła
Bram pentagram ikra ma! Przykra dla pcheł
Nie skorzystasz z niej, przyznaj się
Wgryzam się w przestrzeń, w rdzeń kręgosłupa
Jak bestię siekam poezję po trupach
Nareszcie jak Wu-Tang wypierdolę rzeźnie jak 2Pac
Jak kurwa mać Kung Fu bez kurwa starć, kurwa mać z buta
Rozjebunda fruwa. Trwa znów ta gra słów, uważasz?

Łatwo pogubić się, stoczyć w chaosie
Gdzieś po szlaku błąkać się, zgubić swą drogę
I obrócić w ogień najskrytsze pragnienia
I spalić na stosie, zniszczyć marzenia
Bo nikt nie pomoże i nikną sumienia
I nicość jest bogiem, a człowiek umiera
I szarość zalewa sen, światło wygasa
I całość zakrywa cień, wartość wypacza
Lecz warto biec dalej, granice przekraczać
Wartością twą talent, odbicie w zwierciadłach
Gdzie życie to pasja, sens przebicie światła
Wiem, obite w kłamstwa jest życie obficie
Tak odbite w fałszach, że sam się w tym paprasz
I wijesz się w kłamstwach i gnijesz a prawda
Zanika. Życie to wyprawa widzę tu dzisiaj
Na koniec świata chcę nadal tu (?)

Kolejne EP, to wbite we mnie jak we mgle bęben
Dźwięk tnie sen doszczętnie, aż pęknę
Aż rozkurwię świat permanentnie
Nie wart tego fałsz, nie wart bezsens
Mój kształt, moje miejsce
Mój czas, moje serce szkarłatne splamione krwią
Wyżarte od środka, sparzone
Płoń kurwa, płoń kurwa, doznaj tego potomstwa, złego potomstwa

Z bronią kroczę, blizna znaczy drogę
Broczę zboczem upragnionych pojęć
Ideały, ich nie ma
Toczę kamień, walka z wiatrakiem
Nadzieja-granica bez odbicia na mapie życia
Bez pokrycia tylko cierni czerń i cisza
Czerni cień i pisak, a ja znów oddycham
Ta buława sensem życia, w którym prawa znaczą i tak
Więcej niż ja i tak więcej niż to wszystko co próbuję spisać
Wizja oddalona, kona, lecz mnie nie pokona
Pierdolona, zasiedlona w głowach choroba ludzkości
Dopóki jestem w grze...
Do końca od początku

Dopóki jestem w grze dopóty dobrze jest
Nawet jeśli tekst i bit potępi leszcz
Dopóki zapał mam to w rap gram, to wam dam
Nawet jeśli chłam wypełnia media, znam
Kilka patentów na zburzenie fundamentu
Na strącenie z firmamentu tych kilku śmiesznych pionków
To mój rap dla ziomków, jeszcze żyję, w porządku
Bo hip-hop będzie żył do końca od początku

Wieczór, pracownia, jak co dnia hip-hop żywy
Rap tak prawdziwy, że aż boli, to cię dziwi?
Że nie ma nic na niby, rap muzyka żywa, widzisz?
Każdy róg na osiedlu w klubie, każdy dźwięk słyszysz
Siłę mam, wytrzymam, konsekwencją to nazywam
Ponownie się odzywam, dobrze wiesz nie bez powodu

Nie sprawię ci zawodu, gadka warta zachodu
Bas pierdzi z samochodu gdy przejeżdżam blisko ciebie
Świeży towar klepie, ja opuszczam wolno szyby
Bo ten syf nie jest na niby, robiłbym to nawet gdyby
Nie było z tego grosza, gdyby znieśli mnie na noszach
Gdyby dziś dała mi kosza, odeszła, robiłbym to
Będzie przykro jeśli tego nie docenisz lub przecenisz
Gdy zajrzysz do kieszeni raperowi, cóż to zmieni?
My z rapem znieczuleni na obłudę, pomówienia
W życiu se pozmieniał tak jak chciał więc do widzenia
Chcą mnie oceniać, chcą winić, chcą mnie zmieniać
Wkręcają się w temat lecz nie czują go, ściema
Mówić, że jest dobrze jeśli tego dobra nie ma
Robić w to nie wierząc i pogrążać się w tych bredniach
Na ile mnie wyceniasz mój wydawco? mój fanie?
To prze*****ny temat jak życie prze*****ne
A ja widzę i słyszę więcej niż bym tego pragnął
Gdybym wiedział, że warto oddałbym ten rap za darmo
Wyjeżdżam z petardą z gruntu zły to nieprawdą
Nie bez powodu powtarzam - jestem, gram to
Z SLU gangu świr masz to jak w banku
Że wyjdę z tej opresji praktycznie bez szwanku
I jak Kris o poranku natchniony będę nawijał
W ciężkich czasach dla hip-hop'u to ja przepita szyja

Dopóki jestem w grze dopóty dobrze jest
Nawet jeśli tekst i bit potępi leszcz
Dopóki zapał mam to w rap gram, to wam dam
Nawet jeśli chłam wypełnia media, znam
Kilka patentów na zburzenie fundamentu
Na strącenie z firmamentu tych kilku śmiesznych pionków
To mój rap dla ziomków, jeszcze żyję, w porządku
Bo hip-hop będzie żył do końca od początku

Czym dzisiaj jest ten hip-hop, który rządził
W czasach gdy byliśmy młodzi? kogo dziś to obchodzi?
Mnie oczywiście, dajcie mówić artyście
Wiele widzieliście na scenie, to na liście
Ludzie, wy tam byliście, pamiętacie? oczywiście
Świadkowie ceremonii nazywali mnie mistrzem
Zmieniliśmy stan rzeczy na lepsze jak należy
Byliśmy szczerzy, każdy po dzień dziś nam wierzy
Pora to uleczyć, przestań śmieciu kaleczyć
Nastały ciężkie czasy więc przechodzę do rzeczy
Z kim mam się zmierzyć? *****ony nieudacznik
Ilu takich znasz ty, ilu ja znam? sprawdź ich
Pękają fake ogniwa gdy na bicie wesz prawdziwa
Kilka rund ich przetrzyma wtedy puchną te *****i
*****, rap, używki i w ***** schłodzone drinki
Wyjdź stąd, zostaw, zrezygnuj, jesteś nikim
Masz *****owe wyniki, brak talentu, techniki
I do tego złe nawyki, dziś napluję ci w mordę
A z wartymi tego rapu ludźmi wychlam goudę

Dopóki jestem w grze...
Do końca od początku

Dopóki jestem w grze dopóty dobrze jest
Nawet jeśli tekst i bit potępi leszcz
Dopóki zapał mam to w rap gram, to wam dam
Nawet jeśli chłam wypełnia media, znam
Kilka patentów na zburzenie fundamentu
Na strącenie z firmamentu tych kilku śmiesznych pionków
To mój rap dla ziomków, jeszcze żyję, w porządku
Bo hip-hop będzie żył do końca od początku

Umarł bym za rap jak nawijał Fredro Starr
Znów osuszyłem bar i pizgałem całą noc
Mój rap nie koks, rap jest moją kokainą
Zostanę blisko z rapem tak jak z moją dziewczyną
Bliski memu sercu mój rap
Nasze mordy krzywe nie dla każdego miłe
Mój rap jest dla *****k, ale tylko tych w pończochach
A ty komercyjna *****o wy*****laj stąd, wynocha
Stań se w kącie, szlochaj, dla mnie to radocha
Jak o*****ę tokaj, nagram to po stokroć lepiej
Wraz z wdechem i wydechem możesz se za*****ć ściechę
Zawyjesz jak wyjec niczym [?]
Nowy track jak News Daily usłyszą to w New Delhi
To nie na twoje nerwy, w drzwiach załóż ze dwie Gerdy
Wy*****laj z tego rapu, nie rób obciachu
Nie wyrabiasz się w tym fachu, masz zwykłej *****i status

Dopóki jestem w grze dopóty dobrze jest
Nawet jeśli tekst i bit potępi leszcz
Dopóki zapał mam to w rap gram, to wam dam
Nawet jeśli chłam wypełnia media, znam
Kilka patentów na zburzenie fundamentu
Na strącenie z firmamentu tych kilku śmiesznych pionków
To mój rap dla ziomków, jeszcze żyję, w porządku
Bo hip-hop będzie żył do końca od początku
Dzień w dzień tracę sens w rapie tu przez papier
Bo pies w rapie, za wieś łakomy cash łapie
Jeb *****ę, ten tekst, cały tu jest katem
Na wers kładę ten tekst, VNM the next raper
EX, TRA, VNM ma
To na co czekała ty cała ta gra, na pewno
Nie dla ciebie ten flash jest, nie dla ciebie
Jesteś gwiazdą? nie widzę ciebie na niebie nie
Ktoś musi robić rap, nie dla TV
Nie dla radia, nie gotowe na moje CD media

Dupy się drą, mój sukces pachnie jak Louis Vuitton
Dlatego twoja dupa lubi to flow
Talent z bloku na szlaku po czek chłopaku
Rozlało tu kilku krew na tracku
Nie jestem rasistą, ale jaka równość?
Nigdy nie miałem sobie równych ty *****o

Kładź się spać, na ciebie nastał czas
VNM ma na co czekała cała ta gra (gra)
Każda z was, skąpana w blasku gwiazd
Myślała, że już nie położę nogi na gaz (gaz)
Raz na max, w iPodzie nastaw rap
Przypomnisz sobie jak usłyszałeś go pierwszy raz (raz)
Każda z was, popowo rapowych *****
Słodkich snów *****ysynu to jest rap, rap, rap

Prędzej zobaczę znów atak na Manhatan
Niż u nas na rotacji będzie naprawdę rap latał
A V na trackach, jak as lata
Gdzie disco rap *****a nogi ma jak wata
Chcą być jak Pac czy B.I.G.
MVP, VIP, a co drugi z nich brzmi
Jakby tata na gwiazdkę kupił mic mu
I buty, gdyby tak dać mógł prócz najków IQ
Whisky pij z lodem a pisz ogień
Albo pij wodę i pisz blogi ty idź z bogiem
Boso od lat, zapominają co to jest rap
Fani nie błądzą sądząc, że ja mogę to dać
Lecę tu git, to, że źle lecę to kit
VNM flow henesi bit
Tu co który krzyczy, że jest królem, weź przestań
Biorę nóż i udowadnia im, że ich krew nie jest niebieska

Kładź się spać, na ciebie nastał czas
VNM ma na co czekała cała ta gra (gra)
Każda z was, skąpana w blasku gwiazd
Myślała, że już nie położę nogi na gaz (gaz)
Raz na max, w iPodzie nastaw rap
Przypomnisz sobie jak usłyszałeś go pierwszy raz (raz)
Każda z was, popowo rapowych *****
Słodkich snów *****ysynu to jest rap, rap, rap

Pop bez beki, ścierwo to tnę w sęki
I to tak strasznie, że sam cierpię na flashbacki
***** w pop nawet za pieprzone maybacki
Każdy z nas sra na to jak ***** tlen peki
Krew w sieci V weny na kleks leci
Matki raperów już dziś przestaną mieć dzieci
MP3 king, ja jadę nim na ich
Po koncercie niech pęknie telebim
Twój koleś jak Jay kładzie tu tekst płatnie
I wiesz fajnie, ale dla mnie to West Kanye
VNM flow jak rex, jak czerniak
Peb, Henson, bit, supreme jak primo

Kładź się spać, na ciebie nastał czas
VNM ma na co czekała cała ta gra (gra)
Każda z was, skąpana w blasku gwiazd
Myślała, że już nie położę nogi na gaz (gaz)
Raz na max, w iPodzie nastaw rap
Przypomnisz sobie jak usłyszałeś go pierwszy raz (raz)
Każda z was, popowo rapowych *****
Słodkich snów *****ysynu to jest rap, rap, rap
A cóż to za rok
wszyscy wokół mnie się żenią
A cóż to za rok
śnieg nie chciał stopnieć,za to topniał mój pieniądz
A cóż to za rok
zdobywa serca i iphony
kontury zwłok
miałyby na teksty lepszy pomysł

zegar tyka, wódka paruje, zarost rośnie, włosy robią się lepkie,
trochę czytam, myślę chujem,
wspominam radośnie, jak byłem małym łebkiem

a cóż to za kwartał
kolejny szczyl na legalnym haju,
a cóż to za kwartał
głupi wątek zęby zgubi nazajutrz,
a cóż to za kwartał
biją się o miejsce, o symbol
dajcie mi pić w parkach
cala reszta,
cała reszta mi dyndo

zegar tyka, wódka paruje, zarost rośnie, włosy robią się lepkie,
trochę czytam, myślę chujem,
wspominam radośnie jak byłem małym łebkiem,
obok łóżka to mój drink, mój drink, mój(?) popielniczka
kochanie dym dokoła tutaj wszędzie syf,
ale z mojej szklanki nie korzystaj, nie korzystaj
ty nie korzystaj

a cóż to za dzień
nie działa internet w całym mieście - nie wierzę
a cóż to za dzień
ktoś szarpnął obrusem, tłuką się talerze
a cóż to za dzień
ludzie biegną, house i płacz
Panie Boże wniknij weń, Panie Boże żartowałem
wniknie w nas już tylko gaz
tylko gaz
Był zwykły szary dzień zwykłych szarych podwórek
diler mieszał kokainę z pyłem z jarzeniówek
a on punkt 12 obudziły go kościelne dzwony w centrum miasta
lekko przymulony wstał, założył zegarek na lewą rękę
ciętak, bo dzisiaj wszystko jest cięte
Rulex za stówę niby Rolex za 4600
poszedł do kuchni, włączył elektryczny czajnik
kawa, prysznic, parówki, rogalik
usiadł na kanapie odpalając pilota
FashionTV piękne dupy, idealne na brzydkie dni na 100 mieszkańców
tak jak on 80 na kablówkę ze ściemy
na lewo, więc to nie jest ściemą
żeby zadzwonić on musiał nabić popa
dobrze że taniej wydruki z bankomatu sprzedał mu chłopak
umówił się na wieczór że pójdą na koncert
dobrze, łyknął kultury, dobrze
pa, wstał ubrał jeansy Bossa
te co mu pogonił typ w żelowanych włosach
nie wiem co to za Boss, z pewnością nie Hugo
o jego polo też by można mówić długo
wziął kluczyki od Golfa i spryskał się na wyjście
Armani z allegro, podrabiane oczywiście
podjechał na stację coś tam zatankował
wodę, rzepak, mocz, a może opał
co, tego nie wie nawet komisja śledcza
potem podjechał po mąkę do dilerka
zero trójka mieniła się w świetle
pachniała tynkiem i z grubsza była na receptę
jak by było mało to bez ogródek
w dwójaka chłopak wydał mu lipną stówę
za którą później kupił robioną wódę
pięknie, kurwa, pięknie PKP wszystko cięte
zwykły dzień szarych podwórek
warto dodać że stuningował sobie furę
opolskie klocki i nakładkę na rurę
w sprzęcie WWO zgrane z mp3-ójek
chłopak chciałby dobrze ale się nie odnajduje
odwiedził koleżkę na PlayStacje przy blantach i wódeczce
dobre gierki na piratach
co więcej ciut podjechał pod klub
a biletów w kasie już zero
więc kupił na zewnątrz od typa dobre ksero
Wszedł, poszedł do baru głośno jak skurwysyn
zadzwonił do niej ale nic nie słyszy
są w środku oboje, lecz nie mogą się znaleźć
zamówił w tym czasie rozcieńczany browarek
z którym nie chcieli wpuścić go na główną salę
i tak stoi i niby wszystko jest ok,
ale nie jest wcale, ta cięta rzeczywistość nie jest realem
to pseudo świat pełen niby zalet

Dookoła wszystko podrabiane
namiastka prawdy, imitacje same
spójrz teraz na nas na koncercie
nas nigdy nie podrobią, WWO będzie sobą
nie starczy hologramów by stwierdzić autentyczność
certyfikat nam wystawia publiczność
to nie jebany show sobowtórów
prawdziwi, orginalni, my do bólu

Zwykły szary dzień, zwykłych szarych podwórek
jeden z drugim na ubezpieczenie zdzwonowali furę

dobra, dobra, dobra, dobra, nie chce mi się już tego więcej słuchać
Zamknij oczy...
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
Bo życie to największy ze wszystkich cudów

1. [Buka]
Spójrz na ptaki, jak szybują ponad nami
Chłonąc błękit tego świata, niebieski aksamit
Spójrz na kwiaty. Każda szata ich tętni barwami
Każdy organizm to mapa i plany ze szczegółami
Spójrz na promienie światła pomiędzy liściami
Wzbij spojrzenie nad asfalt między drzew koronami
Każda z korzeni wyrasta, aby trwać nad nami
Na straży stać nam, za nic zapamiętywać czas nam
Spójrz na oceany i plaże w piaskach
I morza wodospady, i kolaże nocy w gwiazdach
Spójrz na obrazy miasta, potem na szczyty gór,
Monumentalna prawda ich krzyczy znad chmur
Spójrz na srebrny puch, płatki śniegu w przestrzeni
Niczym diamenty dusz tych zaklętych z bieli
Spójrz na wielki cud, jakim jesteśmy tu
I nawet setki słów go nie określi, no cóż!

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu.
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu i
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu,
bo życie to największy ze wszystkich cudów.

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największy ze wszystkich cudów

Zamknij oczy...

2. [Buka]
Spójrz na dziecka śmiech, jego pierwsze kroki
Pierwszy wdech powietrza, przedbiegi, przygody
Czas mrozi się w dźwiękach werbli trwogi,
Ale drogi do szczęścia to kręte schody
Jednak zdobi je odwieczna głębia wymowy
Tego, co nie może przejść nam z serca do głowy
Aby zdobyć po kolei w częściach pejzaż zgody
Namalowany przez wszechświat bez pędzla w dłoni
Zamknij oczy i pomyśl o nim, nieważne symbole
Czy naprawdę jest możliwe, by był wymyślony?
Czy naprawdę wszystko jest przypadkiem losowym?
Nie sądzę. Sposoby, by odnaleźć prawdę, są w Tobie
Jak linie papilarne, unikalna każda z sekund
I nakarmię nimi garści, póki starczy oddechu
I nawet, gdybym nigdy miał nie zrozumieć sensu
Dziś ja dziękuję za ten dar, bo to coś więcej

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
bo życie to największy ze wszystkich cudów

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największy ze wszystkich cudów

3. [Skor]
Podnieś wzrok, poczuj ciepło promieni
Zanurz się w głębi złocistej jesieni
W śniegu bieli poczuj chłód przemijania
Nim przebiśniegi oznajmią swój zamiar
I świat zmieni się w zieleni barwach
Składając ziemi pocałunek na wargach
Na losu kartach znów spiszemy strofy
Sumując nasze dokonania i głupoty
A uczuć dotyk znów przyniesie uśmiech
Karmiąc nas tym, co ludzkie, aż w końcu uśnie
By wrócić później i zachwycić sercem
Balans na równoważni 'smutek' i 'szczęście'
Nie trzeba więcej, tylko ufaj nadziei
Nie trzeba więcej, tylko pamiętaj o nas
Przeciw wszystkiemu, co ciągle nas dzieli
Przeciw wszystkiemu, co chce nas pokonać

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
bo życie to największy ze wszystkich cudów

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największy ze wszystkich cudów
Ej, całe życie, rozumiesz?
Seria niefortunnych wypadków nieprzewidywalna jest, rozumiesz? Ej..

PIH
Wydawała się być śliczna, miss szkoły, księżniczka,
dziś choć jej stary nie jest Włochem gębę ma jak pizza
uroda prysła elektryzowała jak proch (teraz co?)
bez dwóch przednich zębów jak Nowy York
jej mąż arcymistrz, matematyk książę z bajki
bajer wepchnął jej pod fryz czyli w majtki
po latach pusta glaca puk puk w tępe deko
kazać mu myśleć to jak mańkutowi, walić konia prawa ręką
uwielbiała chemię miała fory chciała mieć cukiernię
fakt kręciła lody, ma dozór psiarni
zgadnij nie wychodzi z domu od taniego solarium
w plamach jakiś tytoniu,
miał podane do stołu, chciał być dentystą jak mama
ale już od średniej robił za aptekarza
mówią podobno poleciał daleko do pracy
ale fakt taki, że psychiatryk wiesz, zarzucił kwasy
ubłazur nie znał większej monety
dziś po tapetach tłuc jak kapciami insekty
woziła się karkami mierzyła ponad rozporek
lecz miała długi język, nos jej chrupną jak faworek
[Ref.]
proszę weź nie zrozum mnie źle,
równie dobrze synek mógłbyś dziś potępić i mnie
wiesz, ale spójrz wielu z nich sprzedało swoje skrzydła
tanio jak Lucyfer, jak upadły Anioł .. jak upadły Anioł,
jak Lucyfer, jak upadły Anioł
bo to życie, łzy na ich twarzach nie kłamią
jak Lucyfer, jak upadły Anioł

PYSKATY
Pamiętam to był prymus, zwykły zdolny nygus
żaden cwany gapa, który szuka przygód
żaden lizus choć z wypracowań same szóstki
a dziś też lubi dużo pisać listów z puszki
inny gościu całkiem sra na kościół,
co dzień śmiga w jakiś kieckach i obskakuje kumpli chyba z ośmiu
kiedyś nosił jakąś białą suknię z haftem
ale dziś to tranzystor a kiedyś był ministrantem
kolejny wozi się ze szlaufem
ogólnie perła, choć mama mówiła „synku weź nie tykaj ścierwa”
w nerwach teraz co, ty per wczówka.
kiedyś czysty jak łza dzisiaj czysty jak tirówka
inny radio nówka ma non stop
wiesz, szczęściarz, choć nie wygrał w totka ma kapitał
synek w lepkich rękach pamiętam go jak klepał dyńkala w kościele
po siódme umie liczyć tylko do czterech, ej
popatrz na nią nie anioł a zwykły obsraniec
a kiedyś wpisywała w złotych myślach hobby i taniec
mówiła mamie chcę tańczyć balet, owszem
dziś co balet wskakuje na palec za grosze, ej

[Ref.]
proszę weź nie zrozum mnie źle,
równie dobrze synek mógłbyś dziś potępić i mnie
wiesz, ale spójrz wielu z nich sprzedało swoje skrzydła
tanio jak Lucyfer, jak upadły Anioł,
jak Lucyfer, jak upadły Anioł, jak Lucyfer, jak upadły Anioł
bo to życie, łzy na ich twarzach nie kłamią
jak Lucyfer, jak upadły Anioł
W trzyletniej historii włączyli mi Prosze Państwa
Na Dwa miesiące telewizję... co sie stało?
Wojna, Panie Wojna... Tak jest..."

W telewizorni walka, w ręku warka
Już nie ma sensu wariat, nie jeden w polu zasłabł
Obok mnie salsa lecz nie ta przez wzmacniacz
Tylko ziom mój, co znów płuco dymem zniekształca
Myśle, sobie to łaska patrzeć na wojne
Ten film stworzyło życie, a nie Warner
Choć zamieszane w to nie jeden koncern, pomyśl
Co jest dziś, końcem jak dla mnie początkiem jest koncert ziomy
Tu nie ważne są pieniądze, tzn się domyśl
dosyć mydlanych oper, sprzedanych za rope
Ej, znam tą filozofie, zna ją każdy w Europie
Bo ile upadło potęg, a a a a a po co mi to?!
Zła gra, gra w sam raz zgubiła litość
Jestem polakiem, nie pierdol o kwachu
Autorytet to papież, bez zbędnych postulatów
Chodzi o pokój, łapiesz?! Jeden kilka sekund
I nie ma nas na mapie, nie licz na return
Na nas sabat mate, wieców magia zniknie
Ludzkość dostanie po papie, tyle co do istnień...

Ref.
Dawno nie sprawdzałem jak to działa
Po prostu siedze sobie i skacze po programach...
Wiesz...
Dawno nie sprawdzałem jak to działa
Po prostu siedze sobie i skacze po programach...

Zmień program, może się któryś do nastroju dogra
TVN, urywki, Michał daje autograf
Powrót pilot, ilość nie jakość,
Za to teraz tu giną, i za to teraz płacą
Na wszystko gotowym dziś fartom
Nie podkowy a start pod zasłony piasku
Ilość spalonych masztów, łączy się w pierwiastku zła
Czyli Wu O Jot eN A, co dotknie nas, eee zobaczysz
Zrobią z tego reality ale tylko dla bogatych
Bo biedni będą przy tym , za co,
Bogaty zapłaci, rozłóż na raty
zioooom, obyś nie chybił
To wojna o większy hajs niż daje Rywin
Obraz prawdziwy bez zniekształceń
Na pewno wiedziałbyś, smakując walke
Ej, salsa wiesz co, olać, wyłączam
Od dziś za pokój pale każdego lolka

To nasza planeta, zwana matką
I my ludzie, co się nigdy nie zmieniamy łatwo
Ulicy bogactwo, cztery elementy
Północ, południe, wschód, zachód, sztuk współczesnych
Nie mam kamieni szlachetnych, mam na karku czaszkę
Z pod czapki z daszkiem, płynie myśli, tok następstw
Wyślij to miastem, w tempie servisco
Muzyka to hip hop, hip hop jest rozgrywką
To nasza planeta, brudna, zaniedbana
Smutków kanonada, ciągnie się tak jak gama
Przez sześć oktaw, kto temu sprosta
Jak nie potrafisz, no to zostaw...
Pow, (pow), aha, (aha), Pan Życia, (Pan Życia)
Tej, tej, Syntetyczna Mafia (S. M.)
Jedziesz, jedziesz, jedziesz, Właśnie tak

Jestem panem swego życia od dziś na mnie mów tak
Jak kokainowy haj w Miami Vice
Wyrzucam recepty na psychoaktywne ścierwo
Teraz mam wszystko co trzeba proszę już zawsze bądź ze mną
By zobaczyć Twój uśmiech w drugą stronę kręcę światem
Kocham życie jak dresy po zażyciu tablet
Przez życie z fartem to tylko kwestia podejścia
Ty wbij to sobie w łeb że na porażki nie ma miejsca
Mentalność zwycięzca to jest droga do sedna
Wyciągam wnioski z momentów, kiedy byłem na zakrętach
Dzisiaj w każdy zakręt na ręcznym kurwa wjeżdżam
Wszystko co było złe widzę we wstecznych lusterkach
Ej nigdy nie pękać umacniać w sobie wiarę
Wpierdol od życia może też mieć wuchtę zalet
Kciuk w górę tej to moja druga ksywa
Pokochaj życie tak jak Mafia Syntetyczna

2x
Kiedy spytam - kochasz życie? Ty powiesz - o tak
Bądź Panem swego losu, ziom, jak ja
Jebać krzywe akcje i tych, co robią kwas
Czarne serca to już było, czas garściami z życia brać

Dobrze wiem, że bywa różnie i często idzie pod górę
Nie ważne jakbyś się starał wszystko zawsze źle pójdzie
Tej, życie to skurwiel, lubi dopierdolić w biedzie
Zapomina się wtedy, że życie może być piękne
Zachowuję rezerwę na te chwile najgorsze,
Codziennie uczę się, jak opanować emocje
Przetrwać jeszcze trochę, jest dobrze, będzie dobrze
Nawet po miesięcznej nocy nad ranem wschodzi słońce
Wiem o czym mówię, jebać odwieczną niemoc
Wkurwiaj wrogów rozwojem, rób to co kochasz, zgarniaj pieniądz
Głos mojego serca dawno zamienił się w krzyk,
Codziennie mówi mi rób swoje, swoją drogą Idź
Nie rozmieniaj się na drobne, tej, pierdol komercję
Większą satysfakcje daje trudnych szczytów osiągnięcie
Nerwowe napięcie od dziś opada z każdym dniem
Pozytywne myślenie Twoim działaniom daje tlen

2x
Kiedy spytam - kochasz życie? Ty powiesz - o tak
Bądź Panem swego losu, ziom, jak ja
Jebać krzywe akcje i tych, co robią kwas
Czarne serca to już było, czas garściami z życia brać
Częsty brak reakcji doprowadza do frustracji
Piętno biurokracji doprowadza do wariacji
Na chama nie załatwisz, bądź grzeczny może zyskasz
Panie będą tak uprzejme na zajętych stanowiskach
Wolno dopijając kawę w urzędowym czasie pracy
Z łachy wydają oferty i do pracy rodacy
Za sześć stów zapierdalasz, na opłaty ci nie starcza
Nie dożyjesz 60 zmarszczysz się jak pomarańcza
W ten sposób nic nie trafisz, ususzysz się jak śliwka
A więc stoi cham małolat w ręku browar, w drugiej fifka
Dzień za dniem taka rozrywka, monotonie musi zabić
Życia spieprzonego nikt z młodych nie chce naprawić
Ta, jeszcze nie dzisiaj, może jutro się rozejrzę
Za legalną pracą, ewidencją i urzędem
Za pieniądze zarobione się ubiorę i zdobędę
Serce pięknej kobiety, jeszcze wszystko się odmieni
A na razie w urojeniach pogrążeni, środek bagna
To codzienna rzeczywistość polskiego nastolatka

To mój rap, to moja rzeczywistość
To mój rap, to moja rzeczywistość
Jakie życie taki rap, w nim zawarte jest wszystko
Jestem z tych MC co pieprzą jak człowiekowi ciężko x2

Chwile, chwile, chwile, jedną małą chwile
W dzisiejszych czasach praca stanowi przywilej
Jadę w miasto, mijam światła, patrzę ma problemy typ
Psy chcą udaremnić jego prace, mycie w furach szyb
I odbiorą mu chleb, jego sposób na kasę
Jadę w MPK, z nudów czytam cudzą prasę
Wojny, bomba, coś o wąsach w uniformach
Prawybory, strajki, rządowa platforma
To normalka, jak to, że przy każdej większej krzyżówce
Znajdziesz biedotę zbierającą drobne w puszkę
Pomóż, daj na zupkę, nie trudno zauważyć
Nikt nie wie jak siły, możliwości zrównoważyć
Od zawsze tak było, nędza nigdy się nie skończy
Trzeba przetrwać wszystko tak jak plakat przedwyborczy
Ślad zostawię po sobie, daj mi bańkę więcej zrobię
Chcesz wiedzieć co mi się marzy?
Stworzenie nowych miejsc pracy
Żeby nie nie musiał iść kraść, chłopak ciągle się narazić
By utrzymać rodzinę, dziecku nie wytłumaczysz
Dlaczego nie ma co do garnka włożyć, jarzysz?
Jarzysz, jarzysz, kurwa jarzysz?

To mój rap, to moja rzeczywistość
To mój rap, to moja rzeczywistość
Jakie życie taki rap, w nim zawarte jest wszystko
Jestem z tych MC co pieprzą jak człowiekowi ciężko x2

Monotematyczność tekstów, życie nie jest lajtowe
Zmieni się najlepsze, coś innego ci opowiem
Tylko pozornie wtórnie bo krzyk ciśnie się na usta
Rozwój w prawidłową stronę, nowa rapowa produkcja
Możliwość wypowiedzi, to przeważnie w głowie siedzi
Życie daje po dupie, nie przestanę o tym ględzić
Jak pętla na gardle bieda zaciska swe sidła
Rytm jeżycki z tym wygrał i będzie trzymał dystans (Dystans)
Podtrzymam tu na duchu każdego, który zbłądził
Wyprowadzę cię bez mapy, życia przeciwnik nie godny
Wszędzie szum niepokorny na to gówno odporny
To codzienna normalka więc weź to wreszcie pojmij

To mój rap, to moja rzeczywistość
To mój rap, to moja rzeczywistość
Jakie życie taki rap, w nim zawarte jest wszystko
Jestem z tych MC co pieprzą jak człowiekowi ciężko x2
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo