Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Chcę mniej
Chcę dużo mniej
Dużo mniej

Wczorajszy dzień zamknąłem na wszystkie zamki,
Dzisiaj chcę mniej, wiem czego chcę - mam dosyć walki,
Oczy proszą się o sen, życie powieki dziurawi,
Chciałbym teraz wcisnąć play, ciało na chwilę zostawić,
Zrobić miejsce na byt, troskę, dużo mniej rozsądku,
Niech życie leci swym torem i wszystko będzie w porządku,
Może największy problem nie istniał już na początku,
Ostudzić emocje, do których wciąż dolewam wrzątku,
Chcę mniej widzieć, oczyścić fotopamięć,
Głupota, ból i fałsz tworzą co dzień panoramę (zawsze),
Nie dostrzegać gestów i wzroku, który kłamie,
Choć czasem rozwiązanie widać gdzieś na drugim planie,
Chcę mniej czuć, wytłumić każdy impuls,
Tu nie pomoże lód i łycha w dobrym roczniku,
Uczulony w chuj, jeden z tych alergików,
Na świata brud, chciałbym w końcu odciąć się od syfu.

Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama,
Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama.

Chcę mniej widzieć, jak ludzie są pazerni,
Nie musieć w tym celu zjeść żadnej tabletki,
Chcę mniej słów, kurwa mać, więcej treści,
Dużo więcej życia, chcę mniej śmierci,
Chcę nie słyszeć więcej kłamstw, nigdy tu,
Ale nie chodzi o to żebym ja stracił słuch,
Chcę mniej widzieć debili i swołoczy,
Ale nie chodzi o to żebyś mi wyłupał oczy,
Chcę mniej stawać, wciąż do przodu kroczyć,
Nie z lufą przy skroni, na minusie w środku nocy,
Chciałbym nie spotkać nigdy w życiu pustych kręgli,
Ale nie musieć w celu tym żyć, jak pustelnik,
Chcę mniej chemii, więcej natury wszędzie,
Ale nie tak, że coś w nas tutaj jebnie,
Zabije wszystko, wyczyści wirus ludzi,
Niestety chyba tylko tak możemy się obudzić.

Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama,
Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama.

Chcę mniej myśleć, dla zwykłej życia wygody,
Potrafią myśli wyłączyć Ci, co jebią konsekwencje,
Tam gdzie droga jest prosta, zbędne myśli tworzą schody,
Czasem pierdole wszystko, choć miałem dobre intencje,
Chcę mniej miłości, zbyt wielu bliskich mnie kocha,
Oni dają mi wszystko, by w zamian nic ode mnie dostać,
Chcę temu sprostać, oddać ciepło z nawiązką,
Często nie wiem, jak to zrobić, zawodzi miłosny TomTom,
Chcę rzucić życie gdzieś w kąt, nie zapierdalać pod prąd,
Zabić ambicje i wybrać opcję życia prostą,
Iść wydeptaną drogą, bo wielu gdzieś tędy doszło,
Choć wtedy nie byłbym sobą, zginąłby psychiczny komfort,
Mniej odpowiedzialności, czasem czuję życia bagaż,
Kolejne torby na barkach, jak pierdolony tragarz,
Udźwignę wszystko, choć znów za dużo wymagasz,
Kocham Cię Życie, choć często żyć mi nie pozwalasz.

Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama,
Chcę mniej, by czasem więcej dostać w zamian,
Już więcej z siebie nie dam, znów zachwiana równowaga,
Chcę mniej, gdy życie na mnie robi zamach,
Wciskam play, lecę z bitem, to dla stresu tama.
Tak.... nieidealny świat, wiesz?
Zawsze kiedy na świat patrzę oczami, które coraz starsze
Widzę jedno, złośliwy świat jest
Myślisz, że się coś uadło a wiesz jak nie, coś się pojebało
Z resztą sam wiesz, myślisz
To ta dziewczyna a jutro jest jak każda inna
Czy temu jest ona winna czy twoje podejście
Nie wiesz ale już razem nie jesteście
Więc zajmujesz się sobą, swoją pracą, dobrze płacą
Bierzesz kredyt na samochód, samochód kradną
Zwolnienie z pracy, bagno wciąga
Idziesz na dno
Samo życie, nauczyciel co wciąż karci
Mówisz poukładam rozrzucone karty
Swoją siłą-tylko jeśli ci się pofarci,
Znów ktoś wyjął jedną, padło ostatnie piętro
Nie masz nic, zaczynasz raz kolejny, raz niepewny
Czas bezwzględny, bezstronny świadek upadku
Nieidealny świat znasz już, ból masz tu zapewniony
Bądz świadomy, na tym swiecie z kart Zbudowane są wszystkie domy, wszystkie uczucia
Nie daj się oszukać, twardo stać na ziemi to Znaczy dla mnie na zimne dmuchać
Nieczego nie możesz być pewny bo wtedy skucha (bo wtedy skucha..)

[Ziaja]
Świat w którym żyjemy, umieramy
Świat w którym nierówne szanse mamy
Na to by żyć, być wygranym, być docenianym
A nie postrzeganym jako ten
Co jest inny, bo nie musi iść jak większość
Tylko po swojemu, wbrew temu co mi mówią
Wiem, życie jest próbą, przgraną zgubą
Nie każdy żyje długo
Ktoś odchodzi za wcześnie
Czy idealny świat mogę widzieć tylko we śnie?
Czy też nie, bo koszmar właśnie z jego wad powstał
Ty słyszysz, widzisz, sam świat odczuwasz
Zastanawiasz się jak przebiegnie twoja próba
Mając tyle dróg, myślisz w którą stronę?
Uczciwie szkoła, praca czy na lewno szybka kasa
Nie wiesz, świat już wybrał za ciebie
Walczysz zdeterminowany
Patrzysz ze łzami w oczach
Kiedyś dobry chłopak a teraz spójrz kim jesteś
zmiana-zacząłeś życ szybko, niebezpiecznie
Z narkotyków, przestępstw nie będziesz żyć wiecznie
Więc wez się zastanów wreszcie nad swoim życiem
Zanim pęknie lustro i zamilknie serca bicie...

[Ekonom]
Nie wiem dlaczego musi tak być, że trzeba cierpieć
Że świat ten nie jest idealny
Znów kłopotów coraz więcej
Nienormalne sekwencje, po klęsce miało być lepiej
A co jest?
Wystarczy spojrzeć na siebie, na życie swoje
Gdzie ta prosta?
Wciąż wertepy, znowu wiraż
Kiedy przyjdzie szczęście bardziej złote niż Tequilla
Ile mam czekać?
Czy ktoś mi powie gdzie jest koniec wszystkich zmartwień?
Kiedy powiem: już się nie boję?
RaZ na wozie, raz pod nim
A życie róznie się układa
To jest wątek przewodni jak w harlekinie miłosć-zdrada
Zanim zginie każda wada, świat by musiał nagle runąć
Pózniej, może ci normalni go dopiero odbudują
Wiem, że każda dobra passa ma swój koniec
W problemach toniesz
Myślałeś, że już nie masz zmartwień
A co, nie?
I nagle los ci mówi głośno
Teraz ja ci uświadomię
Prosto w oczy ci się śmieje
Twoje dni są policzone
tyle śniegu dookoła mnie, nic nie robić - tego właśnie chce
zimą zawsze pracy mówie "nie" będę leniem i będę lenić się,
przy kominku leżeć cały dzień, piękne ciała będą grzały mnie,
słodkie usta będą szeptać "leń" jestem leń, zimowy wporzo leń

ref.
będę wylegiwać się całym dniami, otoczony super modelkami,
moje konto zasilone milionami, złotówkami, dolarami x2

tyle śniegu to prawdziwy fuks, kaloryfer to duży,jędrny biust,
od lekarza kupiłem sobie luz i za grudzień wypałaci mi ZUS,
leże sobie, ogień pieści mnie, razem ze mną laski klasy F
w radiu leci hicior noc i dzień jestem leń, prawdziwy Polski leń

ref.
będę wylegiwać się całym dniami, otoczony super modelkami,
moje konto zasilone milionami, złotówkami, dolarami x2


tyle śniegu, tyle że ojej, zima zima zima jest ok,
kiedy leże jest mi dużo lżej, na stojaka za bardzo męczę się
w radiu grają hicior noc i dzień, nowa płyta lux sprzedała się a na koncie już jest osiem zer, jestem leń, prawdziwy wporzo leń

ref.
będę wylegiwać się całym dniami, otoczony super modelkami,
moje konto zasilone milionami, złotówkami, dolarami x2
Mam wrażenie, że pochodzę z ekipy pirate gang
Wypadanie z wałów to mój fach żaden fart
Wiem co chcesz powiedzieć - Rychu Peja odleciał
Rychu to ćpun, alkoholik, kobieciarz
Życia tandeciarz, bo marnuje każdą szansę
Bo spokojnie na to kurewskie życie patrzę
I albo w to polecisz, albo się wyleczysz
W czasie, gdy się naprawiam z niepowodzeń się mych cieszysz
Więc napijmy sie wódki, nasza wódko pozwól żyć
Życie to nie z klipów peace, ludzie piją by żyć
Z życiem nie walczyć, z problemami się nie zmagać
Życie naprawiać i niszczyć jak łamaga
Trzeba mieć charakter, jak nie to gleba, parter
Podnieś się i z fartem podążaj dziś ku szczęściu
Uszanuj to czym ludzie obdarzają cię, to piękne
Podziękuj bez napięć, wrzuć na luz, bo z dumy pękniesz

Chcesz mnie zrozumieć? spróbuj wsłuchać się w me teksty
Ja wszystko przewidziałem na albumie poprzednim
Jeszcze wcześniej na NOJI, ja to brałem na poważnie
CD numer jeden, utwór jedenaście

Do psów nigdy nie grzałem, więc nie będę jak 50
Dla mnie południowy bronx, Fat Joe, respect dla kliki
I kolorowe drinki choćby z kum kum alpaga
I tak się tu zmaga każdy drań, to jest odwaga
Umieć okazać słabość, dawać swym ludziom radość
Przebudzić się i w całość poukładać, bez zdania żalić
Coś zniszczyć, rozwalić, pozdro dla wandali
Bohater skandali, tu się nie ma czym chwalić
Istnieją dwie opcje - piach lub więzienna krata
Optymizmem nie napawa przepowiednia wariata
Trzeba chcieć naprawić to co psuja tu zbroiła
Dopóki jest co, dopóki jest siła
Albo kiła, mogiła, mistrz czarnych scenariuszy
Na łbie swym kopie, kruszy, zamiast do przodu ruszyć
Życie pierdol się, jak Sobota tak powiem
Szaleństwo bowiem ja od zawsze mam w głowie

Chcesz mnie zrozumieć? spróbuj wsłuchać się w me teksty
Ja wszystko przewidziałem na albumie poprzednim
Jeszcze wcześniej na NOJI, ja to brałem na poważnie
CD numer jeden, utwór jedenaście

Ja cały czas biegnę, cały czas zmagam się z czasem
Boję się, że stracę najlepsze lata życia
Wciąż myśląc co jest ważne, a co wcale nie zachwyca
Bo co niby osiągam, co dostałem od życia?
Przerażam sam siebie, moje otoczenie, znam je
Mam to penerskie znamię, od dziecka jestem chamem
Spytaj czy przestanę, takiej gwarancji ci nie dam
Bo życiowa meta niewidoczna, na start czekam...

Chcesz mnie zrozumieć? spróbuj wsłuchać się w me teksty
Ja wszystko przewidziałem na albumie poprzednim
Jeszcze wcześniej na NOJI, ja to brałem na poważnie
CD numer jeden, utwór jedenaście
Zamulone popołudnie, z Bosskim jestem w trasie
Mijam brzydkie kurwy które marzą o kutasie
Na stacji benzynowej lump zbiera na łyk wódki
Państwo ma akcyzę, on działkę smutniejsze skutki
Na parkingu pod galerią, młodociane prostytutki
Psy wyjęły chłopakowi, grama trawy z lewej stópki
Ja z niedopałkiem jointa patrze na budzik dziewiąta
Jak Ten czas szybko leci chwile temu była piąta
Banda psów z pojmanym dumnie kroczy
Ja walę teraz chmurę ze smutkiem przymykam oczy
Mijam tych co zyskami długów nigdy nie pokryją
Mijam tych co nic nie robią, a bogato co dzień żyją
I wjeżdżam znowu w miasto moim wysłużonym kombi
Mijam gościa co go znałem a wygląda już jak zombii
Stary łeb z autobusu, pruje się i trąbi
Tadek z Firmy z przepisów dalej jaja sobie robi
Od strony plant wonne wyczuwam opary
Trochę dalej się kłócą dwie spite kajdaniary
Z tym miastem związane marzenia i koszmary
Mamy szczęście w nieszczęściu, niefart nam nie daje rady

Ref.
Może nie ma tu bogactwa ale nie ma komunizmu
Nie ma w kraju wojny ani większych kataklizmów
Mam rodzinę i przyjaciół i nie stoję w miejscu
Z dystansu na to patrząc mam szczęście w nieszczęściu
Może nie ma tu bogactwa ale nie ma komunizmu
Nie ma w kraju wojny ani większych kataklizmów
W całej Polsce psychofani i nie stoję w miejscu
Z dystansu na to patrząc mam szczęście w nieszczęściu

W tym zawistnym świecie, wrogów z chuja wyjebanych
Mam szczęście że z nami w całej Polsce psychofani
Jednak są tacy, którzy pokrzywdzeni będą zawsze
Z perspektywy własnej winy nigdy na nic nie chcą patrzeć
Ja nie robię nic takiego, bym chciał ślady swoje zatrzeć
Serce mej pracy, znajduję szczęście w nieszczęściu
Mijam gościa co go znałem, lecz wysokie mniemanie
Jego o samym sobie, sprawia że mnie nie poznaje
Mam szczęście mieć charakter, który pokory dodaje
Wyżej niż porządni ludzie nigdy nie staje
Wśród niezwykłych sytuacji, niektórzy wciąż marudzą
Pośród zwykłych sytuacji minią się niezwykli ludzie
Zaniedbanych dzieci, brudne młode biją buzie
Gdzie indziej dzieci bogatych od których czuć zepsucie
Ja pomykam między wszystkim tym bez większego szwanku
Szczęści budzi mnie ze słońcem, promykami o poranku
Wielu straciło nadzieje, wielu nigdy jej nie miało
Wielu o prawdziwym sensie życia dawno zapomniało
Wielu stać dumnych chciało, groźni chcą być do zgonu
Mam szczęście bo szczęście czeka na mnie w domu

Może nie ma tu bogactwa ale nie ma komunizmu
Nie ma w kraju wojny ani większych kataklizmów
W całej Polsce psychofani i nie stoję w miejscu
Z dystansu na to patrząc mam szczęście w nieszczęściu
Może nie ma tu bogactwa ale nie ma komunizmu
Nie ma w kraju wojny ani większych kataklizmów
Mam rodzinę i przyjaciół i nie stoję w miejscu
Z dystansu na to patrząc mam szczęście w nieszczęściu
Może nie ma tu bogactwa ale nie ma komunizmu
Nie ma w kraju wojny ani większych kataklizmów
Znam kilku dobrych ludzi i nie stoję w miejscu
Z dystansu na to patrząc mam szczęście w nieszczęściu

Idę z Tadkiem po Krakowie, patrzę na dzisiejszą młodzież
Upodlona wokół masa nosi spedaloną odzież
Wszystko niby trendy takie a poglądy ich nijakie
Jedni z prawem są na bakier, inni w głowie mają srakę
Ja mam szczęście w nieszczęściu nie stałem się chamem
Nie leciałem na ukrytym bólu ani nie zgorzkniałem
I nie dorastałem w modzie na jebany mefedron
Nic dobrego z tego nie będziecie mieli to na pewno
Łup perwersji siany w głowie młodocianym królewnom
Oraz pełna samowolka młodym wszystko dziś jedno
Ja mam szczęście w nieszczęściu mam wspaniałą rodzinę
Przepiękną ukochaną, zdrowe córeczki śliczne
Lecz układy nie logiczne dostarczają stresu wiele
A nasz kraj, naszą pracę okradają stare cwele
Tu niema Ameryki bo tu rządzi stary układ
Mają wyjebane, czy doczeka Polska jutra
Wystawiają polityków jebane marionetki
A na Florydzie domy, a na Kajmanach setki
Surprise - Liroy znów nadaje
Swoje nowe teksty w wasze głowy zapodaje
Czasy się zmieniają ja jednak ten sam
Powiem wam jedno i będę się streszczał
Co chwila w tym kraju jakiś kutas się przypieprza
-"Liroy to komercja" Liroy to, Liroy tamto
Nie brakuje dzisiaj w Polsce wielkich znawców rapu
Na swych marnych koncertach opowiadasz ciągle, że
Liroy nie żyje, że Liroy is dead
Lecz powiedz mi szczerze w czym ci to pomoże
Bo mnie od tego nie robi się gorzej!!!
Za to wręcz przeciwnie, wręcz odwrotnie
Czuję się jeszcze lepiej - bawi mnie to ogromnie
Jesteś kurewsko zazdrosny i nie możesz tego znieść!
Jestem typem skurwysyna, którego kochasz nienawidzieć!

Ref.: Jestem tym typem skurwysyna, którego kochasz nienawidzieć!
Bafangoo! Bafangoo! x3

Jestem tym typem skurwysyna dla ciebie - halleluyah !!!
Typem skurwysyna, który bardzo cię wkurwia
Kochasz nienawidzieć mnie i wszystkich mych przyjaciół
A przecież dobrze wiesz kto kogo tutaj zdradził!
Kit za kitem wymyślasz dzień po dniu
Przypierdzalasz się ciągle do scoobiedoobie doo!!
Jesteś dla mnie typem fiuta co zamiast mózgu ma krostę
Masz pretensje do garbatych, że ich dzieci są proste
Żałosne jest to co masz do powiedzenia
Twój rap przypomina odgłos pierdolenia
Rozpowiadasz że "Liroy to cienias i chuj"
Myślisz, że kłamstwo poprawi wizerunek twój
Ale o jednym zapominasz wiecznie
Że gówno i tak wypłynie na powierzchnię
Przez twą chorą zazdrość i głupotę ciągle widzisz
skurwysyna, którego kochasz nienawidzieć !!!!!

Ref.

Bafangoo! Bafangoo! To nie jest scyzoryk czy scoobiedoo!!!
Nadciąga Liroy - Liroyek - mały kurwa gnojek
Najlepsze lekarstwo na twe podłe nastroje
Mały i wielki jak Eazy-E jak sam Ice powiedział:
"Liroy is OG, don't fuck with him!!!" so don't fuck with me!!!
Bo ja jestem typem skurwysyna, którego kochasz nienawidzieć!!!
Wręcz ubóstwiasz ze mnie szydzić
W gazetach wypisujesz jakieś pierdolone brednie
Jednak na daremnie
Bo nie masz pojęcia, nic o mnie bracie nie wiesz!
I nic nie zmienisz gdy w gazecie mnie zjebiesz
Bo ja byłem i będę i nic na to nie poradzisz
Twoja zazdrość i głupota.... A jeb się!

Ref.
Daj mi ten bit, a ja jak na wielbłądzie,
przemierzę stek fortec, nadchodzę jak książę.
By ratować kobietę, w ręce mej kopie te,
lejce podstępne, oblicze jak w udręce.
Jadę, nadchodzę, porzucam załogę.
Nieś mię wielbłądzie prosto przez drogę.
Prosto przed siebie, bo lud jest w potrzebie.
Zaciskam lejce, a słońce na niebie.
Odgania, odsłania, nadrabia bakaniem,
zabrania, powala, pozwala, wymiatać.
Oddaje mi hołd, potem znów cel wyznacza,
ja płacę swój żołd, kiedy cień mnie otacza.
W te pałace wkraczam, choć z dnia na dzień,
sprawdza się fatamorgana, to dalej kraczą.
Nie straszna Sahara, sawanna i kara,
artefakt posiadam i gnam, by ratować świat.

Pustelne piosenki sumienny pustelnik to Ja, pędzę do Króla Salomona.
Pustelne słowa i pustelna mowa, to zbroja pędzę do Króla Salomona !
MOLESTA 2006
Molesta Ewenement ELO!!!
Po sześciu latach, właśnie taak, to my.

Ref.:
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Wiesz, nie jesteśmy tu przez przypadek
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Bo my nie jesteśmy tu przez przypadek

[Pelson]
Myśląc, że to koniec popełniłeś wielki błąd bo
Co powiesz dziś gdy wracamy na front, co?
Wracamy, pseudo rap zalicza glebę.
MOLESTA! Jeden joint z czterech torebek.
Ej królu. Mam dla ciebie komunikat,
Przykro mi, lecz z twojego tronu lipa
Do domu wypad, powczuwaj się przed lustrem
Ja dam ludziom styl, nim na zawsze usnę.
Oni gdy słyszą moleste mówią "respekt"
Dlatego wciąż tu gram, wciąż tu jestem.
Moje pięć minut co trwa już dekadę,
Przetrwałem choć wiele żmij pluło jadem.
Powiedz kiedy, potraktowałem to jak biznes
Kiedy choć raz poszedłem na łatwiznę.
Co? Miałeś swoje dni chwały, ale o nich dziś zapomnij
Właśnie się wali twój pomnik

[Wilku]
Kto tworzy rap grę,a kto jest tylko pionkiem
Kto dał ci "ELO", kto zjarał pierwszą piątkę
WDZ ziomkiem, Diilu bity więc co jest
Uwaga MOLESTA wraca do studia gnoje
Wkurwione dzieciaki nie tracą zajawki,
Pamiętasz osiedlowe akcje? Poczuj zapach trawki
Drogą z ławki do klatki i z klatki na ławki
Trafić za kratki za zawartość dziurawki, bzdurom
Kurwa to jest chore, znów dostaje korby
Bądź spokojny, wilk nie wychodzi z formy, bo
Hip-Hop to nie gówno tak jak Verba czy Norbi
Nie będę nieskromny, jeśli powiem oprzytomnij
Podwórko daje miłość ja odpłacam tym samym
Styl warszawskich ulic rozpierdala membrany
Wciąż nastukany ej, Ty, weź to doceń
Te koncerty, melanże i nieprzespane noce.

Ref.:
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Wiesz, nie jesteśmy tu przez przypadek
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Bo my nie jesteśmy tu przez przypadek

[Vienio]
Dla nich są ważne tylko hasju pliki
MOLESTA niszczy Hip-Hopu prymityw
Skandal, pamiętasz kto cię wychował
Działamy na nich jak terapia szokowa
Od nowa niszczą zamiast to budować
Trudno jest nawet ich sklasyfikować
Szukają treści, ale jej nie ma
A cena wiedzy to za wysoka cena
Tylko złudzenia i tani entuzjazm,
Którego na pewno nie możemy uznać
EWENEMENT pluje na rap zacofany
Mój plan to pokrzyżować ich plany
My na przekór nie ulegamy modom,
Idąc do przodu wyznaczona drogą
Kultura dawno udzieliła nam gwarancji
MOLESTA obniża próg tolerancji

[Włodi]
ELO! Gra wraca do starych zasad,
Pewnie lamusom to przestanie się opłacać
Tak MOLESTA Hardcore na stówę,
Pamiętasz koncerty i bójki pod klubem?
My ulice na twarzach ty puder na buzi
Ej! Wygolony pudel nie wkurwiaj ludzi
To jest wjazd z hitem, żaden luzik
To powrót ekipy która zapał twój ostudzi
To czterech typów nie blask blichtrów
To prawdziwy rap z ulicznego syfu
Ty patrz komu ufasz. Patrz, patrz komu ufasz.
Banany chcą być nami a to tylko kamuflaż
Napisali nekrolog dla nas i dla rapu,
To masz tu dzieciaku powrót zza światów
Radio trąbi że rap umarł, jak umarł,
To tu masz "Powrót zombie 4". Kumasz?

Ref.:
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Wiesz, nie jesteśmy tu przez przypadek
Najwyższy czas, znów obrać wspólna drogę, w końcu rozliczyć się z każdym wrogiem
Najwyższy czas znów przywrócić równowagę
Bo my nie jesteśmy tu przez przypadek
1.Moment prawdy, nie mogę poddać się bez walki
trzy problemy na raz spadły, klasyczny hat-trick
Wyjście z matni, bagna czy izolacji
Uczucie zimne jak sale w szpitalach po operacji
Byłem tam i widziałem cierpienie bliskich mi ludzi
Stałem wbity w podłogę lekarz pozbawiał złudzeń
Ze snu się budzę muszę wziąć się w garść
Zahartowany jak stal bo wiem co dotknęło nas
Poczuj mój ból zrozum człowieka
Może sam znasz ten stan, ciary na plecach
Trafił mnie moment zwątpienia we wszystko co robię
Chore wizje że stoję sam w pokoju bez okien
W porę się ocknąłem stojąc przed wyborem
Moje życie i rodzina czy problem z alkoholem?

2.Mądry ktoś powiedział kiedyś "Jutro nie da Ci nic"
Siadaj dziś albo wyjdź, zamknij za sobą drzwi,
Nie mam czasu by śnić, nie mamy nic do stracenia
Bez zawahania, bez pozorów, jebać złudzenia
Wiem to bo stałem nad grobem w wieku szesnastu lat
Byłem po drugiej stronie, nie chciałem wracać brat
Przestał liczyć się czas choć nie widziałem świateł
Do dziś pamiętam stan szybowania nad światem
Poznałem wtedy prawdę, nie potrzebuje drugiej
Uwierz ziom słowa żadne nie opiszą co czułem
Ten jeden moment gdy stałem po tamtej stronie
Zmienił świadomość tego co zostanie po mnie
Wsłuchaj się w te historie bo może ostatni raz
Słyszysz muzykę tak prawdziwą jak ta
Nic nie zatrzyma nas, czekam na sądny dzień
A tylko bóg może osądzać mnie.
WBU ( Cienki )
Tylko dźwięk owadów ptaków tylko woda piasek lasy
zero granic i zakazów to piękne jak san marino
zero bloków ustawionych obok siebie jak to miło
weź ze sobą dziewczynę do domu otwórz to wino
Poczuj się jakbyś był tylko ty i ona tu na ziemi
Ziemia która coraz częściej przypomina piekło
Tu życie nawet z najbardziej hardcorowego mężczyzny
Potrafi zrobić dziecko powiedz jak być tu spokojnym
Kiedy na każdym kroku widać ludzi gotowych do wojny
Tu wyzysk praca ponad normę ty trzymaj formę
I ryj na kłódkę bo nie będzie na wódkę
To najgorsze że dla większości tu to życie nie jest
I nigdy nie będzie proste to smutne jak ta pusta chata
Kimś byś nie był nie zmyjesz brudu tego świata
( echo „Nigdy” )

Ref:
Tu nie zmieni się nic, tego nie zmieni tu nikt
Musimy dalej tu żyć, dbać o siebie i bliskich
A jak nastąpić ma koniec to bez reguły dla wszystkich
A jak nastąpić ma koniec to bez reguły dla wszystkich x2

STZ ( Siwy )
Najprawdopodobniej warzą słowa ( słowa )
Dług wobec Boga nie ważna ozdoba
Czerń, sztandar, biel, krew, blef
Rządowy Tu- polew odleciał we mgle
Błędy wytykane błędy wytykane zmierzch ( Zbroja ?)
Wyłożona historia do rzeczy bo dzieci bez tchu
W sieci świeci tu przykład umysłowej kaleki
Świat zwad bez barw pretensji agencji
więcej niż tobie białej braci bez świata w meneli
korzystnie podziemni, współdzielni chętni by rozwijać
talent nawet za cenę banie fajnie szkoda że bez wiary
tu w przypadek koniec rozdziel fakty ( bo ranek ? )

Ref:
Tu nie zmieni się nic, tego nie zmieni tu nikt
Musimy dalej tu żyć, dbać o siebie i bliskich
A jak nastąpić ma koniec to bez reguły dla wszystkich
A jak nastąpić ma koniec to bez reguły dla wszystkich x4
Ski Skład, ta Ski Skład, WNB taa

Zjednoczona Polska R-A-P dla swojaków
Białystok ściana wschodnia Poznań na zachód
Ski Skład chłopaku i dwóch wariatów
Tego nie spodziewał się żaden z nas tu
Jeden Bóg tak chciał i dał siłę nam i rap
By móc pokazać ile każdy z nas wart
Miałeś na 5G przedsmak teraz mocny start
Olsen nadszedł czas pokazać Polsce na co stać nas
Nadszedł czas zaprzestać walk stawić na scenie
Ile potencjału drzemie w młodych ludziach
Ile podziemie kryje talentów
Ilu producentów bez wypasionego sprzętu
Ilu zapierdala za dzień znikomy brzdęk
Jeden mikrofon, niejednemu jedyny cel
Nie dorobisz się nie tu w Polsce na rapie
Temu chwalę każdego co daje z siebie szczerość
I wierz mi potrafię, pieniędzmi nie gardzę
Choć bardzo przydatne byś miał cokolwiek na szamkę
Dobra człowiek odchodzę lecz nie na zawsze
Dla mych naćmionych powiek sen jedynym lekarstwem

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Było to tak jak dar, który posiadł każdy z nas
Być może ostatnia już życia szans
Poddaj się lub walcz, graj lub tylko tańcz
Tym co nie pozwoliło by spojrzeć se w twarz
Nadszedł czas, tu hajs, jak powietrze jestem
Błogosławieństwem, przekleństwem dla innych straceńcem
Ci chcieli by nas mieć na elektrycznym krześle
Ten rap surowym mięsem co nie każdy strawi
Jeden cel nachapać się byś się nie udławił
Patrz im wyżej mierzysz tym niżej możesz spaść
Dla swoich nie gwiazd mas uwielbienia tłumów
Prawdy gram bez zbędnego wokół szumu
Sztama z tymi co też nie wierzą w sprawiedliwość
W kraju sparaliżowanym przez chciwość
Bogatym nigdy dość, biednym taki los
Tu nie zgodzi się ze mną może stu na milion
Chuj ci w dupę panie premierze co dla nas
To piękne jest tylko na papierze
Kto dorwie się do władzy patrzy aby napchać kieszeń
Czy nie tak? Nie wierzę w żadne słowo każdego z was

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Bardzo łatwo jest zburzyć to co trudno zbudować
Łatwiej jest odejść niż problem rozwiązać
Prościej zapomnieć gdy przerasta cię sprawa
Gdy się nic nie układa razi cię każda wada
I doceniać przestajesz to co szczęście ci daje
Chciałbyś sięgnąć gdzieś dalej, bo ci się tak wydaje
Że to co jest nieznane, może dać ci tak wiele
Że los do ciebie się śmieje żeby drzwi ci otworzyć
Że nadszedł ten dzień którego miałeś nie dożyć
I zostawić tak szybko to co miałeś
A przyszłość będziesz tworzył gdzieś indziej
Myśląc teraz mi wyjdzie, wyrwie z ziemi korzenie
Żeby spełnić marzenie nie docenisz tych ludzi
Będziesz kłamstwem się łudził
Że ich nikt niedoceniał, a potencjał twój drzemał
Pauza krokiem następnym, będą naprawione błędy
Których nikt nie ominie póki światło nie zginie
Będę do celu dążył póki sił mi wystarczy
Nie raz przecież mnie skarcił los co nie był uczciwy
Przetrwa tylko prawdziwy gdy go stać na to będzie
Nie odpatrz obłędzie dalej nieś swe orędzie
Czy stać cię na to, by nie stać jak matoł
Szczęście wreszcie zobaczyć żeby nikt nie tłumaczył
Że nie było mi dane, chcę mieć tylko wygrane
Na koncie własnym, a świat nie jest łatwy

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

To na ile mnie stać pokazałem już nie raz
A stać mnie na wiele oprócz materialnych kwestii
Zdolny pomóc tobie jestem, zdolny się wykazać gestem
I nie po to, by myślano jaki dobroduszny jestem
Wasze słowa - tu jestem, rap nagrywam - zwroty czerstwe
Ski Skład, Wychowani czas poruszyć ważną kwestię
Stać mnie na wiele, nie przysłonię się portfelem
Sprawy nie załatwię blefem w postaci wyciągu z konta
Stać mnie na wiele, bo to sprawa Rycha godna
Sam sobie udowodnić ile warte są me słowa
I jak się mam zachować, by nie zrobić gęby szmaty
Walczyć z diabłem jak przed laty z ziemskimi pokusami
Z każdym następnym dniem udowadniam, że nie muszę
Że mogę być kimś więcej niż zwykłym spizgusiem
Czy przetrwam tę suszę nie gasząc pragnienia
I nie zmienia się nic i nic się nie zmienia
Bez czystego sumienia w drodze do oczyszczenia
Szukając zrozumienia swego własnego istnienia
Nie licząc na przypadki z dala od ojca, matki
Nieświadomie błąd popełnić, stać mnie na te wpadki
Konsekwentnie znikam z planszy, podwyższone ryzyko
Gdzie nie ma szans odwyku, ucieczki od nawyku
Wstrzemięźliwość, silna wola, to cnoty kontrola
Ulica pomyśli, że na głowę zachorował
Sprostać ułomnością, zabłysnąć dojrzałością
Dać radę przeciwnością, zmierzyć się z doskonałością
Choć na moment stać mnie na to, zwalczyć przerost ambicji
W życiu wyprzeć się wszystkich, stać mnie na to wszystko
Si Ski

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!

Gdybym, gdybym nie był tym kim jestem, jestem
Czy bym mówił - rap przekleństwem? przekleństwem
Niby odnalazłem szczęście, szczęście
Teraz nadszedł czas pokazać na co stać nas, tak!
Znowu czuje Twój zapach na ustach,
gdy patrzę jej w oczy, choć to kolejna z nocy kiedy nie ma Cie
obok,
mam na wyciągnięcie ręki szczęście,
cel widzę częściej,
daje słowo oddałbym wszystko żeby dziś być gdzieś z Tobą.
Bit, pot i alkohol, wszystko się miesza,
z niektórych rzeczy nawet Bóg nas nie rozgrzesza,
krew spływa po gardle, wóda płonie jak rzeka,
a Ty gdzieś pomiędzy oddechami na mnie czekasz.
Nie mogę zwlekać z tym, to jeszcze nie moment,
nie koniec, póki monotonia mnie nie wchłonie
dopóki blask oświetla dłonie tułam się po stronach świata,
dopóki jeszcze mam do czego wracać.
Tempo zatraca, nie wiem czy wczoraj, czy dzisiaj,
marzę by nastała cisza, już nie chce mi się pisać,
częściej widujesz mnie w klipach niż naprawdę gdzieś obok,
los napluł mi w pysk, chciałbym żyć i być sobą.

Słońce jest nisko jak my, wiatr chłodzi nasze skronie
gdyby świat nie był okrągły, to byłby jego koniec.
Szorstkie dłonie ścierają pot z czoła
doby są coraz krótsze, coraz ciężej im podołać.
Boga nie wołam już, wiesz? Mam zdarte gardło.
lux ex Silesia w tętnicach carbo
Artur mnie trzyma w pionie, inaczej bym poległ
upadki są coraz głośniejsze i dziwnie znajome.
Skronie pulsują, jak tych paru miast arterie
i dzieci ślepo wierne ślepo wierzą, w co niby pewne.
Niektóre chwile są piękne, to oddech nam daje
a ich wspominanie po latach staje się zwyczajem.
Ciśnienie nie ustaje wiesz, ono wzrasta
zamiast złotówek mamy w kieszeniach korony na kapslach.
Na pamięć znamy te miasta krew obija się o krtań
jesteśmy inni, nikt nie pokochał nas do końca.
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo