Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Chcą czuć mój strach,
chcą widzieć moje łzy,
chcą być w moim snach,
chcą słyszeć mój krzyk,
Ich zębów zgrzyt, mówią to już teraz,
oni chcą, ale to jest bez znaczenia.

Tu skąd pochodzimy, prawo krwii,
od zawsze na zawsze, jaki ojciec taki syn,
droga przez cierpienie, bunt i ból,
nigdy jak niewolnik, zawsze jak król. x2

Chcesz porównać, mój rap do religii?
jestem obwoźnym sprzedawcą swojej biblii,
spisaną historię, więcej niż powieść,
powierzam twoim uszom, jak cichą spowiedź,
moim, dobrym imieniem nie wycieraj nigdy gęby,
dam palce pod tasak, zawsze swego pewny,
wierz mi, chcą zabić drozda, ich błąd,
pragnę oko za oko, ząb za ząb.
Korona z cierni, droga usłana kolcami,
nie czytaj wprost, czytaj między słowami,
mam, w sobie nienawiść, żyły rozsadza ciśnienie,
jest jak kula która, drąży drogę żyjąc w ciele,
podstęp na podstępie, u bram wróg,
roznosi choroby, zwątpienie i smród.
Tu tracisz wiarę nie chcesz głową w mur bić,
wiem że ją odzyskasz, też nie chciałem życ.

Tu skąd pochodzimy, prawo krwii,
od zawsze na zawsze, jaki ojciec taki syn,
droga przez cierpienie, bunt i ból,
nigdy jak niewolnik, zawsze jak król.x2

Powyżej pewnych sum przestępstwo przestaje istnieć,
pozostaje czysta polityka,
teraz spójrz na twarze, ludzi których spotykasz
i rozważ to w skali, swojego życia.
Nie masz pleców? nie oszczędzaj łokci,
tu dla niektórych, nie ma świętości,
spalone mosty, oni sprzedają przyjaźń,
filar, najważniejsza jest rodzina,
ci co mówią o pokoju, na głos dziś o tym mówmy,
to przewrotne, zakłamane, podstępne kurwy,
chuj w serce tym bohaterom, charakternym,
jak cwela dupa pod celą,
w tym świecie 40 dni i nocy,
przesyłają pocałunek zdmuchnięty z dłoni, bloki,
przeciwko całemu światu,
muzyka, tylko dla moich kamratów.

Tu skąd pochodzimy, prawo krwii,
od zawsze na zawsze, jaki ojciec taki syn,
droga przez cierpienie, bunt i ból,
nigdy jak niewolnik, zawsze jak król.x2

Gdy moje ciało ulegnie trawiącym je płomieniom,
niech prochy połączą się z wodą, powietrzem, ziemią,
moje życie jak wiatr, otwarte okno,
hymn przetrwania, chłód i samotność,
w zgięciach fotela, szukałem przypadkowych drobnych,
bez pieniędzy, z przyszłą żoną w domu głodni,
sukces ma wielu ojców, i trwa to dotąd, aż zostaje sam,
porażka jest sierotą, potargały świat, deszcze niespokojne,
możesz przegrać bitwę, wygrać dzieciak wojnę,
silni mężczyźni, po cichu w duchu płaczą,
później niszczą wrogów i nigdy nie wybaczą,
jak odbite nery, widok pustych kieszeni,
nie masz pomysłu jak swoje życie zmienić,
ale, wiesz kim jesteś i wiesz w co wierzysz,
gotowy za sprawę zginąć, dasz radę przeżyć.

Tu skąd pochodzimy, prawo krwii,
od zawsze na zawsze, jaki ojciec taki syn,
droga przez cierpienie, bunt i ból,
nigdy jak niewolnik, zawsze jak król.x2
Czasem grzeje, czasem na łeb ci leje
Czasem myślisz, że oszalejesz
Ile lat ma świat i jak długie jego dzieje?
Ludzie siłą swą brną przez ten przejeb
Godzinę wcześniej stoisz poza tłumem
Masz wszystko co chciałbyś mieć w sumie
Godzinę później giniesz gdzieś w tym tłumie
Tracisz wszystko za to co zrozumiesz
Bo to norma, że co przed tobą to proforma
Na każdym metrze czeka gówno, by cię dorwać

To standard, każdego spotyka format
To skandal, ale jednak norma
Czujesz? tak ten świat już funkcjonuje
Ty kombinujesz, on jednych żywi a drugich truje
Bo tak różnie ten glob się kręci przez dupę
Że to szczęście szczęśliwym, a gówno da tobie
Oto moja gorąca krew jak bojler
Osocze lepi się jak lep błyszczy jak spojler
Nie jestem świętoszek wiesz jak Moiler
Mam kilka gram uciułane w folie
Powiedz czy Ty masz
Krew, rzekę krwi
Czerwona jak Campari
Gorąca jak brie na grzance
Hemoglobinę co mieli się jak ogień czerwienią ust
Tlen, tlen przenoszony z płuc
Jak z dna herbaty fus wędrujący po szklance
Z płuc do tkanek żyłą przenoszony dźwięk
Co pozostawia ślad na twej skórze jak płoza sanek
Ty jesteś mój barwnik, barwnik krwi
Erytrocyt co wali mi o szpik
Krew w żyłach jak oprawki w etui
Promieniuje w twoje pole jak fluid
Nie pije krwi jak Zygfryd
Jestem w tym biały jak leukocyt
Krew szaleje jak trybuny
Jak tajfuny w Azji

Krew, moja krew szaleje na twym punkcie
Psy mają więcej stylu niż ludzie, którzy przelewają krew
Zmywają ze swoich rąk tak jak się zmywa make-up
Szuruburu nie pozostaje ślad na rękach
A w duszy dziura
Wymoczyć sumienie jak pralka
Zmyć z garnituru krew zmyć o zaciśniętych wargach
To nie anarchia a czarny marsz
Ubić sumienie, zdusić jak farsz
Jak sars płuca
A panu błyszczy na włosach brylantyna
świeci jak projektor w kinach jak dewocjonalia
Kołnierzyk krochmal, krawat powiewa i wisi jak genitalia
Skóra marszczy się i pęka jak emalia
A wojna ciągnie się jak "Moda na sukces"
Więc jak chcesz jak pan chce
Zmyć krew ze swoich rąk?

Jestem Twoim teraz za chwilę i potem
Potem zmieszanym z krwią tak uskuteczniam mój fortel
I nie komentuje jak mody kreator jestem konserwator
Co nie przelewa krwi chyba że w PCK gdzie moje DNA
Krąży jak po chodniku kapsel
Gęsta krew, gęsta jak bloków szpaler
Co trze o powietrze jak palm pale bo to
Dzika dżungla w której
Ciśnienie skacze jak żuchwa jak wskazówka
W ciśnieniomierzu, która idzie jak aeronauta
Gdy jesteś tak blisko
Krew gotuje się gorąca jest jak magma
To nie ominie nas jak gazociąg Niemcy-Rosja
To nie brudna gra na emocjach

To moja krew
Spijana z ust
Badana w szerz, badana wzdłuż (x2)

Krew..
Joł, dokładnie tak ziom, High School

W radiu pop, w garażu rock, a ludzi serca wypełnia rap
Może to szok, ale twój blok, ćpa to gówno tak samo jak kraj
Kolejny track, mówię Ci jak, zdobywać świat i podbić serca
Czuję ten smak i widzę ten znak, by zawsze być szczerym w wersach
W kilohercach daję Ci vibe, niepuste słowa byle do rytmu
Ślę to teraz na cały kraj, niezależnie od sławy i zysku
Wielu muzyków żyje z napiwków i mimo tego się bardzo cieszy
Choć nie ma kwitu tyle co fisku, zrobi to na czym mu ciągle zależy

Może nie wierzy admin pudelka, że siła rapu stała się wielka
Bo ta kultura się sama napędza i staje się przez to mega potężna
Prawda poziom, jakość w dźwiękach, to są teraz nasze oręża
Niesilikonowe cycki i usta, albo kurwa sukienka z mięsa
Media milczą, mówią osiedla, to jest chyba jedyna recepta
I nie jest tak, że nie pasujemy, to tylko brat, kwestia podejścia
Ha, czują ciężar, każdy tutaj się stara jak ja
I może resztę boli to bardzo, bo rap to nie puste

Para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para papa, okej
Para para para para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para papa, okej
Para para para para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para pa

Znamy przecież od tylu lat, słowa Niemena "dziwny ten świat"
Dziwne to, że wyżej od popu, tu na OLiSie ciągle jest rap
Nie widzę wad i mocno się dziwię, że tak wysoko możemy deptać
Skoro nie widzę z nami bilbordów, w radiu i w tv nie widzę reklam
Może po prostu zamiast do gazet, trafiamy teraz prosto do ludzi
A przez to, że mówimy prawdę, nasza muzyka im się nie nudzi
Chcemy obudzić szybko mózgi, choć dla wielu to tylko bluzgi
I mamy jeden wspólny cel, chociaż nas dzieli milion różnic

Powiem Ci o sile tej sceny, razem możemy tutaj coś zmienić
Mamy w sobie milion odcieni, spróbuj to w końcu kurwa docenić
To nie jest łatwe jak popowe hity, mówimy prawdę, niesztampowe mity
Stoisz tutaj pewnie jak wryty i nie kumasz sensu naszej muzyki
Ha, może nie czujesz, że czujemy siłę, kiedy ją gramy
I to, że nie każdy może to kumać przez co to wielu niweczy plany
Nie zaprzeczysz, nie ma opcji, każdy się tutaj stara jak ja
I może resztę boli to bardzo, bo rap to nie puste

Para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para papa, okej
Para para para para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para papa, okej
Para para para para papa, o
Para para para para papa, wiesz
Para para para para pa
System, w którym żyjemy kradnie moich ziomów
wsadza za kraty tak raczej biednych niż bogatych
bo nie mają nic dla tych, którzy dziś stanowią prawo
koperty, raty, sterty kwitów, blaty
kontra wokandy graty w oknach
lub bilety do Anglii i spierdolka
jeden pchał to drugi miał to trzeci lonty gonił
czwarty farta miał, bo kwartał raz wyłapał
choć na sankach gnał to prawda
uważaj jesteś pod lupą spojrzeń kamer, sklepów, kiosków, zamęt.
Bój się bejów, nie bój się Boga wierz w swoją wiarę
szlifuj ją jak diament za każdym razem
kiedy stajesz z psem oko w oko to wiesz, że on wie
że znajdzie się trzeci, co potwierdzi jego słowo
zarzekając się na honor, na dumę, na prawdę,
naprawdę chuj w dupę policji na zawsze !

Muzyka, rewolucja w tekstach, na ulicach
puste słowa w ustach polityka.
Karmieni wciąż nienawiścią
pójdziemy w bramy rozjebać cały ten chłam.

Żyjemy pośród systemu, który próbuje nas pożreć
działamy po swojemu choć nie zawsze zgodnie z rozsądkiem
spokojnie, to że używamy mikrofonów nie oznacza,
że pierdolnę Ci furę z pod domu ( ci ci nie mów nikomu )
psy węszą po kryjomu,
jeszcze chwila i dobiorą się do telefonu
nie jeden powód mają w końcu mamy sporo przygód
nie ma jak biegać po mieście z głową na celowniku
dość mitów, że policja chce bandytów ścigać,
mordercy na ulicach, a chłopaki w celach za splifa ( widać )
joint stwarza zagrożenie publiczne
podczas gdy kokaina zasypuje telewizję
to czysty biznes, od razu widać jak na dłoni
system chce nas dojebać i jeszcze zarobić
nie mogę się pogodzić z tym zaburzeniem wartości,
że mamy wymiar władzy zamiast wymiaru sprawiedliwości

Muzyka, rewolucja w tekstach, na ulicach
puste słowa w ustach polityka.
Karmieni wciąż nienawiścią
pójdziemy w bramy rozjebać cały ten chłam.

Ten styl budzi u nich zgorszenie
monitoring wszędzie, chcą wszystko wiedzieć
o mnie i o Tobie ziomek, dlatego mało mówię, jak dzwonię
chuj w sumie to mały problem, jak to kiedy szperałem w samochodzie
nie jestem głupi, żeby mieć w schowku worek
alkomaty, testy, chcą mieć kontrolę
nic z tym nie zrobię, ten track to mój protest
taa przynajmniej mam pewność, że dotrze
zapytaj Hukosa oni boją się zwrotek
wolność słowa, żałują pewnie trochę,
jak napierdalam na rząd i piętnuje głupotę
co do tych zwrotek zaczęło się na dobre
młody człowieku w sercu noszę bombę
przyjdzie ta pora to przyniosę eksplozję
rewolucje ten czas to już wkrótce.
Głośny, Głośny, dołóż do tego jakąś piszczałę
A Mes do tego nawinie, co?
O, tak, tak, dokładnie
Dawaj, tak

Parabola tego pisku uczy na dyskurs
Kiedy kolega ci dotyka Korga
To niby tylko parę przycisków
Klawisz, bass
Czym dziś rozbawisz nas Głośny?
Te gibony budują potęgę tego funku
Wyjaraj je szybko, graj wolno
Okantuj czas, okantuj czas

Uhh, co jest? G-Funk, co?
Łapię chwile i cieszę się jak mogę
Mam plan w głowie nie na kartce, którą strawi ogień
Tak wiele jest rzeczy, po które wciąż wyciągam ręce
I powoli brnę przed siebie zabierając ciągle więcej
Jedna chwila może dać mi szybko szczęście
Ale może też w sekundę zabrać to, co najcenniejsze
Taki porządek i nic na to nie poradzę
Więc chwilo trwaj, jestem na twoje rozkazy
Czasem żałuję jak chwila leci obok
I nieważne czy jest dobra czy to zakazany owoc
Gdy pojawia się szansa żeby żyć jak najpełniej
To korzystam a świat wtedy chowa się najgłębiej
Tak wiele pokus by nakarmić swoją duszę
Tyle samo okazji żeby w grzechu się zanurzyć
To wszystko dla ludzi, wybierz sam według uznania
A i tak jedna chwila zadecyduje za nas

Tyle radości może dać ci jedna chwila
Ta jedna chwila, która cementuje przyjaźń
Inna z kolei zniszczy nagle coś trwałego
I pogrąży cię szybko w monotonii dnia szarego
Bez nich życie to tylko pusta wędrówka
Bez nadziei i wiary na polepszenie jutra
Kto to skumał to i tak będzie je chwytał
A czas się zatrzyma, ty wnieś radość do życia

Chwila, za oknem rześkie powietrze i nie chcę od życia więcej
To jakby cela, ale taka, w której jest przyjemnie
To ten moment, gdy wchodzi tłusty bas
Otwieram swój umysł na chwilę z dźwiękiem i nie chcę więcej
Litery, słowa, sens, zapach papieru
Obce wszechświaty, zakręty losu bohaterów
I nagle czuję, że sam mógłbym pisać te słowa
Bo tak bliska staje się myśl autora
I nie chcę więcej, życie to rzadko świeczki
Na torcie baloniki, często nerwy i po uśmiechu głupie sprzeczki
Potem tak mocno się kochamy i czujemy równowagę
Rozumiemy, jakie jest to ważne
Patrzę na moje miasto, z mieszkania Juzka łapię myśl
Że Starzyński byłby dumny, jeśli mógłby teraz żyć
I widzieć wielką Warszawę, wycieram łzę
I nagle rozumiem jasno, kim jestem i nie chcę więcej
I tylko żeby nie było
I tylko żeby nie było
I tylko żeby nie było
I tylko żeby nie było

Coś się sypie wszystko szybko wszystko nagle
opuść żagle, odłóż szablę, odpuść sobie diable,
zostaw co moje, nie zrywaj gruntu na którym stoje,
zostaw co nasze,bierz do piekła swoje paranoje,
świata z gwiezdnych wojen urojeń, złudnych pojęć,
gdzie normalne spokoje stają się nie pokojem,
coś tu gniecie ciężar zwycięża, kręgi gniecie,
ciężar braku planu, braku stanu wzniesień, brak pocieszeń,
muzyka w głowie pusta kieszeń, nocne rzezie, kogoś przypadkowo trafia przecie,
bez winy bez przyczyny, jak w procesie,
puzzle – porządek się rozpada coś jak w przyrodzie jesień,
małe upadki, nie trwałe interesy, wpadki, zrozpaczone matki, wykręcone nastolatki,
Mez -zobacz puste kluby bez próby zmian w repertuarze, co z tym idzie w parze w tym obszarze będzie szarzej, rap nie da wam gwarancji zróbcie folklor dancing, młodzi pójdą w plener się naćpać, to bilansik, wszystko płynie, nawet żule degustanci przez tapeciarzy wyparci, zostali w drobny pył starci, jeszcze mało rośnie chaos tak to streszcze szczeszki śmieszki plus pokaźne kwaśne deszcze, dla siebie chcę przestrzeni żebyś też miał przestrzeń przemyśl to sobie i sam dopowiedz resztę.

Ref.
I tylko żeby nie było
życzę temu światu żeby wśród rodaków nie wyrastał wrak na wraku
i tylko żeby nie było że wszystko jebnie na pół Mez Liber z cyklu poznańskiego rapu

Dzielić świat na regiony lepsze i gorsze bo tu masz biedę tu masz forsę dla mnie to nonsens, globalny chaos zła całość podzielona na miłujących pokój i chcących ich pokonać dlaczego dziś niektórzy wolą po prostu zginąć, widzą przyszłość która będzie nową Hiroszimą, nieszczęśliwi fanatycy zniszczenia, co jest w ich domach, żyją z mottem obal świat który Cię wychował, bez obaw bo śmierć i życie jest dla nich niczym, w imię Boga niszcząc pogan giną na ulicy, terroryści czy męczennicy dla rajskich bogactw wysyłają niewinnych do kostnicy, tylko rządzący mają prawo dochodzenia przyczyn,na grobie amerykanina zobaczysz 100 zniczy, milionów ginących na peryferiach świata nikt nie liczy sprawiedliwość krzyczy , telewizja milczy te sytuacje można przenieść na polskie realia nie jeden wariat wybierze destrukcyjny wariant bez szans na awans w życiu popada w bezradność i rozpacz ludzkich więzi rozpad podatny na każdy rozkaz bloki, wachlarz środowisk, ludzie światowi, przeciętniaki, szaraki i obiboki, wysoki jak bezrobocie poziom różnorodności niska jak inflacja akceptacja odmienności przed marginesem nie uchronią wille i fortece to przeniknie jak epidemia zostanie skażona ziemia jedna ziemia jeden świat jeden organizm egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa

Ref.
I tylko żeby nie było życzę temu światu żeby wśród rodaków nie wyrastał wrak na wraku i tylko żeby nie było że wszystko jeb na pół Mez Liber z cyklu poznańskiego rapu
Ref:
Idąc przez życie myślę o tym de facto
co dalej będzie ze mną czy wpadnę w bagno
czy będzie znów ciężko czy będzie łatwo
wiara w samego siebie ten cały reaktor x2
1:
Skromny chłopak nie potrzebuje Rolex zegarka
Mam w zanadrzu de facto a kg majka
zwykłe spodnie, t-shirt, buty nike nie hawajka
Złap ten beat pierdolnij w pucharka
Dla tych co myślą ze mój rap to zwałka
Lepszy hip-hop w uszach a nie w nosie koki działka
Ten beat wznieca ogień rozpala jak podpałka
Przerywam milczenie Wojtas pozdro strzałka
Ref:
Idąc przez życie myślę o tym de facto
co dalej będzie ze mną czy wpadnę w bagno
czy będzie znów ciężko czy będzie łatwo
wiara w samego siebie ten cały reaktor
2:
Działam na swój rachunek a nie jak bloker
Ten cały polski rap biznes jest jak poker
Chce robić to tyle lat jak Joe Cocker
Fu normalny gość de facto a nie blokers
Te życie tutaj trzepie jak Johny Walker
Masz te teksty śpiewaj se bo to karaoke
Ten beat jest kotem jadę pod niego jak szofer
Tak to de facto to przywoła katastrofę
Ref:
Idąc przez życie myślę o tym de facto
co dalej będzie ze mną czy wpadnę w bagno
czy będzie znów ciężko czy będzie łatwo
wiara w samego siebie ten cały reaktor x2
3.
Cofnę się o parę lat wstecz gdy było fajnie
Byłem młodszym łebkiem myślałem nie racjonalnie
Myślałem nienawiść pasuje do mnie idealnie
Ponosiłem tego konsekwencje
Sztuka ulicy hip-hop to dało mi lekcje
Pewne kwestie nie miały wtedy dla mnie znaczenia
Zawiodłem się na innych to dało do myślenia
Nie chcę myśleć tak że mogło być inaczej
Gdy żyłem jak król ty byleś zwykłym pajacem
Zakrapiane życie wódką sexem i whiskaczem
Traciłem zarabiałem potem budziłem się z kacem
To dzisiaj de facto za to wszystko płace tak
Ref:
Idąc przez życie myślę o tym de facto
co dalej będzie ze mną czy wpadnę w bagno
czy będzie znów ciężko czy będzie łatwo
wiara w samego siebie ten cały reaktor x2
Brud, seks, dewiacja, śmierć..
To wędrówka przez brud, seks, dewiacje, śmierć
w biurze podróży wiesz je nie kupią, wygodnie usiądź
ona uważa to za mechaniczny akt,
on czuł już jej strach w szkarłatnych snach
w kałużach oleju powoli ją topi
fizyczny wstręt, te jego oczy
to typ z tych którym zazwyczaj odmawia
redukują ją do otworów w środku ciała
ostatni klient, bo pada z nóg
dzień w dzień od roku a przyjechała tu na kciuk, autostopem
miasto potrafi być okropne
przez te noce wygasł popęd i życia błysk
jak każdy Ikar spadła na pysk
OOo ma co do niej swój plan
uderzyć tępym narzędziem w zgięty kark
tym czasem czuje po poprzednim kliencie
kwaśno-słodkie tudzież gorzkie napięcie
zlizuje z wnętrza jej ud stróżkę potu
na wargach lubi czuć dziwny nie pokój
choć jest dla niego gnidą ludzkiego rodzaju
haremową diwe chce zabrać dziś do raju

obejmuje go udami gdy on pluje jej do ust
obelgami głaszcze, gniecie biust
choć ma w sobie pięciomiesięczny płód
nie zobaczy jutra - to ostatnia kamasutra

marny kochanek ma kilka atutów,
fasony w samochodzie do wywabiania trupów
dłuto i nóż, który jak w masło wejdzie
do tego ból, najdoskonalsze narzędzie
ją już to nie bawi, widać po jej twarzy
gdy mówi że za rok odmówi za nią kadysz
a złogi tłuszczu, które nazywa ciałem
zamieni w lepkie ochłapy, zwyrodnialec
dziwka chce uciec, nie ma którędy
uśmiech rozpaczy ukazuje sztuczne zęby
kraina chorób, śmierci jej fatum
serce odmierza kadencje rosnącego strachu

cios wygina kręgosłup, oczy stawia w słup
nie czuję już stóp,
dłutem w kark orzeknie coroner
nie miała nic na swoją obrone
dwanaście godzin temu patrząc na trupa powie
hemoliza utrwalone plamy opadowe
dla oprawcy to nie są rzeczy nowe
z jego ręki jej głowa bierze rozwód z tułowiem
obcy ból, obcy strach, obcy wstręt
krew tryska na plakat Sharon Tate
od łona robi cięcie aż po mostek
zna to dobrze jak dewot Pater noster
może docenisz teraz jej piękne wnętrze
a ona odda Ci serce w dobre ręce
gdy krwi skrzepy zalepiają jej plecy
truchło zdradza przed nim sekrety
brandzluje się nad nim a jego lewy but
wyciska powietrze z jej nieposłuszych płuc
dziecko z bebechów wrzuca do klozetu
to miejsce poznaje dziś dzieje grzechów
w tle jego uśmiechu wymowna scena
śmierć zasypiana zamiast narodzin budzenia
z miną świętego wychodzi z bloku
w kieszeni pukiel włosów, kiep zgaszony w oku
w szoku, prasa o tym "koszmar"
nie jeden przeczyta pijąc kawę do tosta
narzędzia do garażu z domu zabierze
w każdym z nas czai się jakieś zwierze
w bólu pod skorupą bródu jej twarz zastygła
nie skończyła pracy, która dawno obrzydła
ludzkie współczucie i łzy warte są tyle
co jej krzyk w godzine śmierci, bez znaczenia
Chłopak się urodził z czepkiem na głowie" -
rodzice tak mówili.
I dopisywało zdrowie.
Dorastał szybko, a może za szybko w sumie.
W szkole było dobrze, chłopak miał też talent.
Na boisku z piłką do kosza robił zamieszanie.
Rodzice dumni wiedzieli, że pójdzie do Collegu.
On nie czuł tego, był najlepszy w swoim wieku.
Niestety chłopak miał inną filozofię.
Wierzył w demokratyzację, miał pasje, marzenia, żeby świat był piękny
I wierzył prezydentom, politykom.
Odradzał, że każda misja jest jak ratowanie ludzi z piekła.
Pod wpływem chwili, a może po namyśle,
wstąpił do biura i oddał swoje życie wojsku.
"W końcu - pomyślał - poświęcenie się opłaci".
Zobaczy świat wolny, może wróci na tarczy.
Nowina spadła na ojca, matkę jak piorun.
Płacz, łzy, gorzkie słowa niepotrzebne nikomu.
Chłopak był zadarty, powierzył los Bogu.
Pewny sukcesu, ideałów dostał list do domu.
Miał tydzień na to, potem w drogę poszedł.
Matka na kolanach chciała zablokować drogę.
Chłopak tylko pocałował w czoło, powiedział: "wrócę".
Ojciec przetarł oczy, spojrzał się tylko smutnie.
Po długim locie nasz bohater wylądował.
Na samym początku miał tylko patrolować.
Był w grupie najmłodszy chyba.
Na pierwszej misji siedział w traku cicho jak ryba.
Po dwóch tygodniach polubił swoją pracę.
Jeszcze bardziej uwierzył, że wygra swoją wojnę ze światem.
Wiara w pokój pozwalała mu zapomnieć o tęsknocie, zmęczeniu i nieprzespanej nocy.
Potem poszedł spać, by wstać rano Świerzy.
Kolejny dzień patrolu, kolejny dzień przeżyć.
Obudził go promyk, słońce uśmiechnięte.
Kolejny dzień, pozostało mniej niż więcej.
Po kilometrach zapanował spokój.
Tylko warkot silnika przecinał ciszę.
Chłopak modlił się cicho i pomyślał o matce.
Wybuchnęło coś nagle...
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo