Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Mówiłeś "Jesteś pojebany, jesteś kurwa pojebany
Nic z ciebie nie będzie, nic z ciebie nie wyrośnie"
Spójrz gdzie teraz stoje, skąd do ciebie przemawiam!
I powiedz mi co takiego sprawia
Że nie mam po tobie żadnych dobrych wspomnień
Nie pamiętam żebyś kiedyś powiedział coć innego do mnie
Niż "Ty tempaku, pierdolony skurwysynu
Ty idioto, pierdolony debilu"
Całe lata cierpień, koszmar rodzinny
Ciche umieranie bez pomocy ze strony innych
Woda w usta, zimno w około, powiedziałem że stawie temu czoło
Zajrzałem diabłu w oczy nie raz i nie sto
Poznałem co to dobro i co to jest zło
Postanowiłem wymazać cie ze snu
Wykasować z pamięci, gdybym tylko mógł
Moje wspomnienia po tobie to flaszki o twe oczy przekrwione

W alkoholu zatopione
Nic w nich nie widziałem oprócz pustki, nienawiści, hektolitrów wódki
Całe życie starałem sie być twardy
Nie przegrać tak jak ty swego życia w karty
Z uzależnieniem nie przegrać z własnym cieniem
Starałem sie być inny od ciebie
Lecz jedno musze przyznać - pokazałeś mi jak żyć
Czego mam unikać by człowiekiem być
Powiedziałeś mi kiedyś, gdy miałem pare lat
"Bóg dał ci pięści skorzystaj z nich i walcz"
Więc walcze od wtedy kopie życie z glana w ryj
Szanuje mych przyjaciół, na wrogów trzymam kij
baseball'owy, zawsze chętny do rozmowy
Widzisz - jestem gotowy

Ref: Jaki ojciec taki syn - gówno prawda
Jaki ojciec taki syn
Jaki ojciec taki syn - gówno prawda
Jaki ojciec nie zawsze taki syn x2

Od kiedy odszedłeś o matke sie nie boje
Nie martwie sie o siostre, obdarzyłeś nas spokojem
Skończyły sie koszmary, nastał normalny sen
Noża spod poduszki wreszcie pozbyłem sie
Nie potrafie ot tak wymazać tego co było
Zbyt dużą szramę to na duszy zostawiło mej
Twej winy nie jestem w stanie chyba wykasować
Wymazać z pamięci rodziny mej
Mam nadzieje że tam gdzie teraz jesteś
Dobrze ci jest i znalazłeś spokój wreszcie
Wierzę ojcze także że słyszysz mój rym
Nie zawsze prawda jest jaki ojciec taki i syn
A cumulusy nad miastem płyną, a cumulusy nad miastem płyną...
A cumulusy nad miastem płyną, a cumulusy nad miastem płyną...
O tym jest yo, to o tym jest yo, aha
Wiesz, że ten Totem o tym jest, co? Yo!

Wiesz, że ten Totem o tym jest między innymi,
Z innymi ludźmi wiedzy głodnymi dziś będę robił rap,
Rap-paladyni, pała mi dymi, płać talary mi,
Szaleni, zalani, lecz balans w dyni mam,
Nikt nie wini nas za ten przekaz,
Jak masz czas i masz fart, to brat - na co czekasz?
To głupie jak chuj, jak newsy Faktów,
W tym roku pewnie se nie kupię jachtu za kupę hajsu,
Pierdolę myśli, wyścig ciągły, pościg chwil, wskazówek, myśli,
W nim ciut się trudzisz, czy TLL zwolni,
Wdech wciągnij, skąd jesteś nie zapomnij,
Patrz, ludzie w blokach kompletnie nieprzytomni,
Słuchają przenośni, przekładni z mojej kotłowni,
Ci żywi, ci pochowani i ci potomni,
Ci nienazwani skromni kontra źli postronni,
Poddani mają chodnik, niepokonani pomnik,
Każdy mądry rolnik wie, że gdy sieje - zbiera,
Wie, gdzie mieszka szkodnik, mu się opiera
Stan wyniku na parafii na dziś - jeden do zera,
Koniec przekazu - zabili konferansjera (ojjj)

Ref.
Słów majster, żmudny hustler, betonowych głów blockbuster
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, GRU to mój zastęp
Żmudny hustler, betonowych głów blockbuster,
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, to GRU, yo!

Druga tura, akurat pierwsza jak próbna matura,
Trudna słów kubatura, martwa brudna natura,
Brudne tagi na murach, czuwa wciąż kontrkultura,
W mediach dzisiaj news, jutro makulatura,
A panowie w garniturach suną w korku do biura,
Wczoraj spadł Tu, tam czarne wstążki na furach,
Pogoda bura, ponura nomenklatura,
Życie to edukacja a nie ciągłą tresura,
Dawno mamy tą wolność, każdy robi co chce,
Każdy ma swój kamuflaż, każdy gra własną grę,
Błaznom wbrew, planeta, kraj, miasto me,
Mówi pastor drzew, posyłam gwiazdom zew,
Czuję własną krew jak szumi, tak szumi las w skroni,
Szybami bass dzwoni, niech was ten trans chroni,
A niewidomi i głusi zobaczą pierwsi,
Nie lepsi ci bracia mniejsi, co z drzew nie zeszli

Ref.
Słów majster, żmudny hustler, betonowych głów blockbuster
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, GRU to mój zastęp
Żmudny hustler, betonowych głów blockbuster,
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, to GRU, yo!

Walę z mostu prosto wbrew Twoim wątpliwościom,
Robię to z łatwością, wiedza jest wolnością,
Historia człowieka, na pokornych victoria czeka,
Mówią sukces jak David i Victoria Beckham,
Hip - Gloria, Hop - Mekka, ciężka powieka,
Ludzie niby zdrowi, wciąż biegają po aptekach,
I nikt nie wini nas za ten przekaz,
Oni szukają w lekach, ja szukam w deckach źródeł człowieka,
We wdechach i wydechach, machach, marnych pociechach,
PO na blachach, hity na blokach i para w miechach,
Tutaj w cienistych murach, ciałami w autach na skórach,
Głowami w chmurach, myślami w górach trwamy

Ref.
Słów majster, żmudny hustler, betonowych głów blockbuster
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, GRU to mój zastęp
Żmudny hustler, betonowych głów blockbuster,
Pode mną brudny Chrysler, mam słów klajster,
Wchodzę znów za ster, w bani słów bajzel, to GRU, yo!
ref. [Bezczel, Sage]
Temperatura wysoka, niebo bez chmur, popatrz
Plaża, lokal, czy gruba biba na blokach
Otwórz browar, odpal blunta z ziomem
Zbij pionę to nie grzech daj się ponieść 2x

[Bezczel]
Yo, to będą grać w klubach, w tych w których ja będę chlać
Będę miał ubaw, będzie gruba rozruba to będzie fruwać
Po całym mieście całej Polsce, proszę Bezczel
Wejście ostre, zagramy koncert, tak zarabiamy mońce tu
Czterdzieści procent, wóda jedną z moich zboczeń
Ty doceń ten rap owocem pracy na codzień doceń to ziom
Jest najs tu, nastuk nas tu kilkunastu znawców
Stu piętnastu toastów, nastrój zwiastun baunsów
Mała baunsuj z nami, tequilla lansuj,
Skosztuj bruderszaftu z nami, he heej
Co złego to nie my, zawijasz z nami czy zostajesz z kolegą swym
To nie dla niego flm, dziewczęta ! temat gorący jak fiesta
Spijam z nich nektar w tekstach sprawdź tu jest tak
One, są jak zwrotki jedna, druga, następna
Ja pomiędzy nimi jak refren i chcę tak
Wyluzowany na leżaku w Miami
Oblewać nagie dziewczyny drogimi alkoholami
Z ziomami palić blunty, rapować grać w to i tańczyć
Spijać z gołych cyców słodki sok z pomarańczy
Słońce praży jak na plaży w Portsmouth
Uśmiech na twarzy, kojażysz pełen komfort
Walizki z forsą, osobisty sponsor
A w klipie lepsze dziwki niż (?)

ref. [Bezczel, Sage]
Temperatura wysoka, niebo bez chmur, popatrz
Plaża, lokal, czy gruba biba na blokach
Otwórz browar, odpal blunta z ziomem
Zbij pionę to nie grzech daj się ponieść 2x

[Sage]
Temperatura wzrasta, skurwysynu sprawdzaj
Wyjeżdżam dziś z miasta, jestem na wakacjach
Letni czas nastał, dupy pokazują ciałka
Typy się prężą, ale to nie moja działka
Ja prężę się do majka
Moje studio to moja treningowa salka
Jutro rozpoczynam dzień od browarka zimnego
Bo na dworze sauna kolego, ze mną ziomów cała banda
Dlaczego ten tego, nie wziąłem fullcapa
Napierdlala tak słońcem że aż dymi mi czacha
Nie ma co tutaj płakać, zimą dopiero jest chujnia
Więc zawijam sześciopaka i wypierdalam ze studia
Gdybyś ziomuś się wkurwiał jaki tu mamy dziś chill
Ja mogę razem z Fabułą zaśmiać ci się prosto w ryj
E!
Tak!
Skurwysynuu blaaauu

ref. [Bezczel, Sage]
Temperatura wysoka, niebo bez chmur, popatrz
Plaża, lokal, czy gruba biba na blokach
Otwórz browar, odpal blunta z ziomem
Zbij pionę to nie grzech daj się ponieść 2x
Stop wyłączam się na chwilę
Stop, stop, stop
Stop wyłączam się na chwilę
A stop, stop, stop
Stop wyłączam się na chwilę
A stop, stop, stop, stop, stop
Stop wyłączam się na chwilę

Aha stop wyłączam się na chwilę, choć troszeczkę spokoju,
Bo mam takie pudło ogromnie, telewizor w moim pokoju.
Tyle informacji, głupot i banału, rodzi się tyle pytań,
Po co? Dlaczego? A jak? Kto? Co i gdzie?
A ja chcę wyłączyć się choć na chwilę,
Bo głowa pęka o nadmiaru informacji,
Pytań, kto tutaj nie ma racji, a kto ma rację.
Po co to zrobił, dlaczego i za co?
Czy go ukarają? Czy za to płacą?
Tyle pytań, lecz nie dzisiaj
Siadam w fotelu, rozluźnione mięśnie,
Masuję leniwie obolały kark,
Z głośników De La Soul i wyłączam się dzisiaj,
Więc niech telefon nie dzwoni.
Spokojnie do mnie mów, mów szeptem
I masuj po obolałej skroni.
Nie interesuje mnie, co wokół się dzieje.
Chcę spokoju dla ciała, dla ducha,
Choć na chwile przystanąć,
Gdy wokół wszystko tak pędzi
I tyle pytań, na które szukam odpowiedzi,
Lecz nie dzisiaj, bo dziś mój tyłek na kanapie tak wygodnie siedzi.

Stop, wyłączam się na chwilę,
A mówię stop, a mówię stop.... ohhhooo
Stop, wyłączam się na chwilę,
A mówię stop, a mówię stop.
Stop, wyłączam się na chwilę,
A mówię stop, a mówię stop.

A zatrzymaj mnie, wokół tyle pytań
Boję się, że nie zdążę znaleźć odpowiedzi,
Lecz nie dzisiaj, nie, bo dziś mój tyłek wygodnie w fotelu siedzi.

A zatrzymaj mnie, a zatrzymaj mnie,
A zatrzymaj mnie, a zatrzymaj mnie,
A zatrzymaj mnie, zatrzymaj mnie.

A otwórz okno czas wpuścić świeże powietrze
I słońce niech oświetli mój pokój.
Panuje taki spokój, nie myślę o niezałatwionych sprawach,
O tym, co ma zrobić, o całym tym pośpiechu.
Połóż mi na głowie swoje ręce
Ja nie chcę słuchać o tym więcej,
Tylko rozlać się na kanapie
I uwolnić z głowy wszystkie myśli,
Nie robić nic, zupełnie nic,
Tylko kręcić bezmyślnie placem u dłoni,
Nie martwię się tym czy jest ktoś taki, kto źle życzy mi.
Ja wyłączam swoją aparaturę.
Niech nic się nie dzieje,
Tylko ten wiatr, co tak silnie dzisiaj wieje,
Niech przegoni te czarne chmury i wszystkie te bzdury. x3
Stop, wyłączam się na chwilę.
Niech przegoni te czarne chmury i wszystkie te bzdury.

Stop, wyłączam się na chwilę. x4
Problem masz z bragga - pakuj bagaż
Trwa saga na trackach na blokach przez lata
Wciąż gadam, mam zapał, dam rapa, sprawdź drania
Bandana na baniach masz dramat oś stania
Hmm stój w miejscu
Pierdolenia o tym kto ma lepszą moc wersów
Bez przeszkód ten zespół w tym kręgu moc dźwięku
Weź stestuj bez lęku na werblu bez jęków
Mam w ręku atut
Wrzucaj płytę w głośniki całą noc weź to katuj
W chuj rapu z pułapu puść bratu lej napój
Pół na pół z wódą aż cię zetnie ze szlaku
Gram muzę na luzie tu w furze najdłużej
Na górze mur burze w strukturze odsłużę
Ha to co moje
PMM wchodzi do gry, skurwysynu co jest?

[x2]
Popatrz jestem tu inna niż ten tłum
Diamentowa dusza pośród tanich suk

Mówią, że Wężu Szczecinanin
Miasto swych narodzin za sobą zostawił
Że się wozi i tańczy jak siódema beta
Skurwysyny ocknijcie się, bo to letarg
Mówią Wężu poleciał i już nie wraca
Wracałbym gdybym miał po co wracać
Wy możecie gadać, a dla mnie praca
Jest ważna, bo mogę grać i rachunki opłacać
Grać ekstraklasa w hierarchii undergroundu
Ja zarabiam gram, a ty jaraj i tankuj
Na kwadracie studio mam, tam zgrywam wokale
Ty u siebie na chacie na necie możesz poszaleć
W górę skale Wężu daje z każdym kolejnym nagraniem
Jak kielony w górę daję kiedy wódę walę
Mym zdaniem na amen bark w ramię, rap w bramie
Na kolanie składam zdanie mocno pojechane
Mam patent, mam talent, dam radę, bo stale
Mam fazę na tą jazdę bity i wokale
Ty na gwizdku szalej i zwijaj mordę
PMM w szale napierdala konkret

[x2]
Popatrz jestem tu inna niż ten tłum
Diamentowa dusza pośród tanich suk
Sunę z opaską na oczach, po pierścieniu Saturna
opuściłem Ziemię na chwilę, bo jest za trudna
śpisz? lunatykuj, zgiń w mym dotyku
chodź ze mną w noc, jedno co warte świtu
to Ty kobiet-nadzieja, Kometa Halleya
meta? bezmiar, jeśli idzie o marzenia
do usłyszenia, choć nie za bardzo chce się ocknąć
Cira, 012, Plastikowy Kosmos
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy, ludzi ulicy.
Wiesz, co się liczy?
Dla was rap ćwiczy, to dla całej miejskiej dziczy.

1.
To dla wszystkich naszych ludzi,
którym ten rap się nie nudzi, czas się obudzić,
by wyjaśnić co trzeba, dla chujowych rapów gleba,
trochę piachu ich nie ma, znów się odzywam,
gdyż zachodzi potrzeba.
Popowe popierdółki, które emitują radia,
tak jak oni, skurwiałe ode mnie dla nich pogarda.
Nadal mamy farta, nadal sprzyja nam karta
w rękawie wciąż Asy, to nie sprzedać się dla kasy.
I mnóstwo pracy, to studia, ulice, niebezpieczne życie
znam je żadne odkrycie, dzisiaj na bicie
otwarcie, nie skrycie, opowiadam to przeżycie,
zapierdalam, za przeżyciem.
Idę słuchać zdarzeń, nie nadążam by notować,
nadal jest hardcore, kocham, nie nawidzę, zobacz.
Ja nie będę się hamować za cenę popularności,
zero populizmu, raczej duży procent złości.
Jesteśmy chamscy, prości, tak szczekają żałośni,
którzy nie dorośli nawet nam do pięt, chuje zazdrośni.
Dużo miłości dla ludzi i tych miejsc, w którym zdarza się być
i nie po to by mieć.
Dziś mówię cześć, każdemu kto zasłużył,
każdemu co nie stchórzył, który dobrze mi wróżył,
podczas nie jednej burzy podał pomocną dłoń,
a nie celował mi w skroń, więc Boże wszystkich nas chroń.
Nawet, jeśli rzadko proszę, jak PB nadzieję niosę
i dzisiaj dołoże do tego moje trzy grosze.

Ref.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy,
P do N, kreska, bez tego zostajesz z niczym.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy, dla was rap ćwiczy,
to dla całej miejskiej dziczy.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy.
Wiesz, co się liczy? Wiesz, wiesz, co się liczy?

2.
Miastem rządzi mafia, to do mnie nie trafia,
bo po drugiej stronie barykady ziomek będzie lepiej
i ten co klepie biede szybko znajdzie tu robotę,
jebać chołotę, która z psami w komitywie,
tak groźnie okiem łypie, bo się naoglądał filmów,
ty Benny Blanco z bronksu, szybko zrzucę Cię z ringu.
Dziś na dopingu, nadmiar testosteronu prawdziwy rap dla ulic,
aż do samego zgonu, dosłownie powtarzam się porażkami nie zrażam,
sukces artstyczny, kurwa, bez komentarza.
Bo recezję mi wystawi każdy Viertel i podwórko,
każdy winkiel i tak w kółko życie kręci się jak winyl,
na trzydzieści trzy i pół obroty to wrzucimy.
Szacunek dla tych ludzi, którzy musieli się trudzić
żeby wyjść na powierzchnię, poczuć powietrze rześkie,
spokojny sen, rodzinne życie bez scen i przyjaźnie bez sciem,
to sobie wszystko ceń.
Broń tego dzielnie, broń się, bij wrogów celnie,
Poznań miasto dzielne, to jedyne dla mnie miejsce,
pieprzę groteskę jak instytucje miejskie,
społeczeństwo co nie chce zmiany na lepsze,
wyrastając w konfidenctwie, na nic was nie będzie stać
umiecie tylko dać, z dupy strzelić, kurwa mać.
A tu trzeba, se ułożyć powolutku plan następny,
jak Glon pieprzę ból R.A.P., trzeba być dzielnym.

Ref.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy,
P do N, kreska, bez tego zostajesz z niczym.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy, dla was rap ćwiczy,
to dla całej miejskiej dziczy.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy.
Wiesz, co się liczy? Wiesz, wiesz, co się liczy?

3.
To miasto penerami wypełnione jest po brzegi
nawet słabe składy mają prawo się tu cenić,
w pewnym sensie mój styl życia to jest wciąż ten sam nielegal,
bo ja wiem kto się tu sprzedał, tytułował się kolega.
Beef za beef'em, tak to idzie, chociać twórczość nie na dissach,
nie lubiano kiedyś Rysia jak w Stanach Jadakiss'a,
a ty, jeśli chcesz mnie skreślić, chuja walisz,
mówię jeśli, będę niczym skurwiel, najgorszy jak Joe Pesci.
Nawet bez ferajny, tylko ja adrenalina,
nikt nie zatrzyma furiata, znów zadyma.
Miasto w ryzach nas trzyma, miasto, które ma klimat
plus styl i klasa, kasa, miasto zaprasza,
suki też pierwsza klasa tak jak siostry Williams w deblu,
wciąż stanowie temat plot na tym, jebanym osiedlu.
Jedna gra zmieni świat na przestrzeni tych lat
i to każdego z nas, dziś jestem z tego rad,
tylko słowa prawdziwe, bo frajer da fałszywe
nie oprę swej kariery o beef przez jakąś ksywe.
Styl miejski, nie wieśniacki, wiem, że jestem chamski
na ulicy nie wyłapię za przysłowiowy damski,
nie kumasz mojej jazdy, więc się nadal z tego śmiej,
nie jestem słodziutki niczym rap for tej, hej.
Uliczna sława, która dumą napawa, od charakternych brawa,
a krytyka od gamoni, czas ich rozgonić,
niech wracają do zagród, na wsie niech nie robią
obciachu, naszemu miastu.
Psy, znów mi mówisz - cham, stój - tak nie można, wierz mi Darku.
Jeśli nie my tych leszczy, to kto zwróci honor miastu?

Ref.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy,
P do N, kreska, bez tego zostajesz z niczym.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy, dla was rap ćwiczy,
to dla całej miejskiej dziczy.
Wiesz, co się liczy?
Szacunek Ludzi Ulicy.
Wiesz, co się liczy? Wiesz, wiesz, co się liczy?
Lesson twenty one...

Kto pierdoli tabu narzucając reguły? OeSTeeR!
Kto mówi co myśli nie uznając cenzury? OeSTeeR!
Kto porusza tłumy? Kto szarpie za struny? OeSTeeR!
Po to, by dalej to szło i dalej to szło i dalej szło. OeSTeeR!

O jak grupowy Orgazm pederastów.
eS jak Szacunek oddany memu miastu.
Te jak Tendencje by szufladkować hip-hop.
eR jak Relikwie czczone modlitwą.
eN jak Narkotyk co wciąga i wyniszcza.
A jak Antybiotyk co ciało oczyszcza.
Zet tak jak Zgliszcza żywiołu masakry.
A jak z Akcji fakty ukazujące straty.
Wu jak Własny pogląd na otoczenie.
eS jak sumienie co w twarz się śmieje.
Zet jak Złodzieje co wykorzystują moment.
E jak Energia za mikrofonem.

Kto pierdoli nabór narzucając reguły? OeSTeeR!
Kto mówi co myśli nie uznając cenzury? OeSTeeR!
Kto porusza tłumy? Kto szarpie za struny? OeSTeeR!
Po to, by dalej to szło i dalej to szło i dalej szło. OeSTeeR!

Ce jak Centymetr mierzący świata wartość.
Zet jak Zażartość by jak najwięcej zgarnąć.
Y to niewiadoma naszej przyszłości.
Wu jak Warunki życia w teraźniejszości.
I jak Ironia losu w której się obracam.
E jak Etyka której założenia skracam.
eS jak sytuacje w których brak odwrotu.
Zet jak Zwykli ludzie stroniący od potu.
Ka jak tysiąc Kopów oddanych przez świat.
Te jak ta Twarz pod naporem spraw.
O jak Oskarżenia w których sensu brak.
Te niczym Troski od strat, a gdzie wnioski?
O jak Obóz TA, w szczególności Ostrowski.

Kto pierdoli nabór narzucając reguły? OeSTeeR!
Kto mówi co myśli nie uznając cenzury? OeSTeeR!
Kto porusza tłumy? Kto szarpie za struny? OeSTeeR!
Po to, by dalej to szło i dalej to szło i dalej szło. OeSTeeR!
Ona to ta pani co ma styl a'la J.Lo.
Bo chłopaki lubią to kiedy dama jest jak J.Lo.
Marzy jej się raj, ciepły kraj, jacuzzi, tuzin bankowych fuzji
Przelewów na konto. Narazie puste jest, wyczyszone jak pronto.
Oto tipsy co mają rysunek disney'owskich bajek.
Na szczyscie karier, dbać o kibić. Dbać o swoje talie.
Zdrapywać konkurencje jak ze ścian emalie.
Z rozmów na czacie wynika, że on jest bóstwem, jej szansą na sukces co na koncie ma zer tyle ile godzin spędzonym przed lustrem. W pokoju materac na panelach ma obok wielki ekran komputera. Czat i gg jako główna strona się otwiera.
Powyrzucana z szafki bielizna słodka jak nutella a parantela gorzka jak pieśni Curta Waila.
Co wieczór zanim odpowie mu na maila z łonowych włosów co kleją się do mydła pucowane na błysk zmywa, by móc w niej pływać, by móc tam szczyt zdobywać, jednym palcem ale nie po mapie.

On ma metr osiemdziesiatcztery i kiwa się jak przesiąknięty bimbrem.
Cwaniak z wąsem co Robert ma na imię.
Dziki wąs co klei się do ust, klei się do dziąsł powraca do łask jak Rolling Stones.
Wykonuje teraz pląs na parkiecie kiedy leci sobie przebój prosto z MTV.
Ja siedzę sobie z boku po koncercie bo w tym zajezdzie ja mam pokoj numer trzy.
Do re mi fa so la si si si, on srzedaje na allegro dla pań niebo, trafiając w sedno, ściemnione atrapy perfum dla pań atrapy co nie są wart kasy, która trafia do łapy.
Dzień dobry, jestem szemrany Robert, mam nóż w kieszeni a w sercu żarzy się płomień.
Więc tańczy teraz a z głośników Phil Collins, który działa na kobiety jak feromony.
Ona jest jego szansą, ucieczką, jego last-minute.
Luksusem jak bidet, jak Fidel Castro potyka się ale ciągle stoi.
Ciągle stoi - tak brzmi na czacie jego login.

To jest ten zajazd, to kolejny love story.
Ciągną na siebie jak na ziemie meteoryt.
On dziki wąs metro osiemdziesiąt cztery,
Ona J.Lo, jego doping jak steryd. /x2

Ona ma dekold co pokazuje jak się kończą plecy, więc on zaciera ręce, kiedy widzi coś więcej, prześwit w sukience.
Sapie jak jelcz, kiwa się jak Jelcyn.
Teraz ma twarz wilgotną jak ręcznik, pożera ją wzrokiem jak monety automat, jeżdzi palcem po jej brzuchu jak ultrasonograf, jakby znaczył teren.
A w oczach ma piekło, miał być gładki jak David Haselhoff (?), jak młody bóg lat 27,a stary jest jak antyk.
Nalewa jej szampana co raczej z tych tanich, co ginie w torbie z zakupami, gdy wraca z kopińskiej hali.
Pali się czerwona lampka alarm.
On się stara, gnie się jak cięciwa.
Ona kokietuje go jak diwa i ginie w konfetti, bo to działa na kobiety tak jak działa Navaron.
On kładzie na jej kolanie dłoń, wypuszzcając feromon, jego broń numer jeden.
W zamian oferuje opłacony abonament, wyjazd na wakacje.
Ona wie, że są niekompatybilni ale w wolnej chwili będzie sobie mogła ściągać dzwonki, ale najpierw trzeba ściągnąc majtki.
Więc Panie Sponsorze na wszystko się godzę jak mapa rozłożę.
Kontraktu nie będzie, romansu, koniec.

To jest ten zajazd, to kolejny love story.
Ciągną na siebie jak na ziemie meteoryt.
On dziki wąs metro osiemdziesiąt cztery,
Ona J.Lo, jego doping jak steryd. /x2
Może los mnie zetrze w pył
może będę wył
z bezsilności
Żył w niepewności
własnej słabości stęchnę
jak bańka pęknę
i wyciągnę rękę
by to co piękne
zabiło mękę
może ma gwiazda spadnie
w nocy i we dnie
będę siedział bezradnie
czas marzenia mi skradnie
i będę pełzał na dnie
jad mną zawładnie
w obłęd Deep popadnie
na wieki
zamknę powieki
ulecę męce
wreszcie wolny będę krzyczał w podzięce: alleluja
ocknę się gdy dotkniesz
wrzasnę, powtórnie zgasnę
ciemne stanie się jasne
lecz nie przygasnę
osądzisz mnie i strącisz
i jak ma gwiazda spadnie
a kiedy będę spadał to zgadnę
dlaczego bezradne
dlaczego marne
dlaczego tak fatalne
dlaczego jedno
dlaczego gwiazdy bledną
zrozumiem i przeklnę
lecz już nie ucieknę
i nigdy nie powrócę
by naprawić błąd w sztuce
nieprzytomne sny
nieskończone łzy
niemożliwie zły
będę tkwił w niewypowiedzianych słowach
niewykonanych czynach
w niezliczonych winach
w niezłamanej dumie
w niezwalczanym lenistwie
zazdrości, nieuczciwości
nieszczęśliwej miłości
dawno zgniją me kości
pamięć zginie
a ja będę trwał będę trwał
i nie będę się bał
bo będę się czuł swojo
jak na ziemi która była mi ostoją

ref. x3
Zapukaj do mnie nocą
niech gwiazdy zamigoczą
obdaruj mocą
by krzyż tak nie ciążył
z niewiernych miejsc wskrzesi
świat część ci oddam
i więcej się nie poddam

A może się nie ukorzę
nie szepnę Boże zlituj się nade mną
nawet gdy zrobi się ciemno
na daremno będę wołał jego imię
z miną wrdną jak inne świnie
pod nosem ludzkim głosem
nie będę bosy jak święty
lecz uśmiechnięty i bogaty
za małe zyski za duże straty
będę w pysk im pluł
i ciągnął w dół by mieć choć pół
pójdę na śmierć by mieć choć ćwierć
zdobyć by stracić
ukraść by zapłacić
z cynicznym grymasem licząc kasę
choć bym miał jej po pas
nie powiem pas
to nie czas
nie przestane aż umrę
aż zamkną trumnę
gdy przyjdzie starość i marność
splunę w odpowiedzialność
zamiast się modlić
będę podlić
gnać i brnąć
bądź co bądź
jesteś to sądź
zamknę oczy pysznie
i nic nie wyśnię
życie pryśnie
zgnije w dole jak pies
to kres ostatnie wers
koniec pieśni wierz mi

ref.4
Zapukaj do mnie nocą
niech gwiazdy zamigoczą
obdaruj mocą
by krzyż tak nie ciążył
z niewiernych miejsc wskrzesi
świat część ci oddam
i więcej się nie poddam
Całe życie w blokach całe życie w problemach
Ja chce żyć w tych blokach ciebie tu nie ma
Chce żyć w tych blokach czy chce stad uciec
Raczej nie choć to dziwne uczucie
Polowa grudnia 82
Dzień żałoby czy święto przyszedłem na świat
Dla jednych szczęście dla drugich problem
Ej co z tego będzie i kto kurwa go rozwiąże
Moja mama jest warszawiankom ojciec fiutem

Ją kocham na niego nie na pluje
Zostawił mnie w tym miejscu w którym jestem dzisiaj
Ej gość z chęcią cię przywitam
Moja muzyka słyszysz ją robi ci się ciepło
Jestem po to żeby zginąć ty żeby zdechnąć
Punchliny się sypia jak dziewczyny na imprezach
A życie jest jak hajs jest po to żeby je rozjebać
Muzyka gra jak alarmy w samochodach
Nawet z najdroższych nikow (czyt.najków) może wyjść ci słoma (?)
Nie masz co się chować chyba ze rozprułeś się jak płótno
Żyjemy żeby zginąć nie wiem co będzie jutro

Ref.
Ja żyje żeby zginąć ty żyjesz żeby zginąć
Nikt nie uwierzy tu w twoją niewinność
Ja żyje żeby zginąć ty żyjesz żeby zginąć
Ten blok ten czas te dni przeminą. (x2)

Są tu ci z którymi rozumiem się bez slów
Hajs może cie napędzić albo może cie zepsuć
Nie kłóć się ze mną czy wkładam to w serce
Każdy jest z bloku ale kurwa nie jest blokersem
Żyjemy żeby zginąć oddychamy żeby przestać
Czasem się boje jutra jak elektrycznego krzesła
Czasem się boje jutra ty tez się boisz
Tracisz oddech krew napływa ci do skroni
Chcesz zginąć nie chcesz zginąć wkońcu zginiesz
Ważne żeby pamiętali imię nie że byłeś skurwysynem
Bo imię jest w sercach nie licznych
I tak części z nich nienawidzę choć to najbliżsi
Moje serce nie ma miejsca na to ścierwo
Boli mnie serce i męczy mnie bezsenność
Bo żyjemy żeby zginąć tylko w jaki sposób
Wyjdę pod blok i potrąci mnie samochód
Wyjdę pod blok i już nie wrócę pod wieczór
Nie chce znać dnia ani godziny własnego pogrzebu
Nie chce wiedzieć kto przyjdzie kto będzie tęsknił
Żyjemy żeby zginąć ty możesz być następny
Póki co przyjdziesz do mnie w smutku sie odwrócisz
O tym nie można zapomnieć nie wszystko można kupić

Ref.
Ja żyje żeby zginąć ty żyjesz żeby zginąć
Nikt nie uwierzy tu w twoją niewinność
Ja żyje żeby zginąć ty żyjesz żeby zginąć
Ten blok ten czas te dni przeminą. (x2)
1.Nigdy nie chciałem sprzedać się dla muzyki,
To do mnie dzwonili chociaż byłem nikim
Dalej jestem nikim, nie walczę o wyniki
Ciągle chce iść do przodu, ciągle chce być jak wiking
Odkrywać lady, być wolnym, jak Ikar co zbłądził
Chce sam doświadczyć do czego Odys tak dążył
Chce znaleźć swoje miejsce, dotknąć tego domu
Poszukać kątów potem przekazać je komuś
Tych kropli potu chce być warty nie sposób
Nie wylać, nie chce być ludkiem po prostu
wbrew fala płynę i trzaskam o brzeg
wiem jak to jest być jak zbity pies, wiesz?
Nigdy serca nie oddam bez walki o nie
Wiem ze czasem jest źle to me serce tak plonie
Nie jestem z pokolenia gdzie muzyka w gramofonie
Grala, ja gram przestane wiem to jest moment

Nigdy nie zrobiłbym tego co kiedyś
Te rzeczy, wspomnienia, czasem kupa biedy
Chociaż nigdy bym nie chciał być innym człowiekiem
Bo to moje Zycie moje błędy ale z wiekiem

Dojrzewam do życia do walki o mój sen
mój dzień, o to by być wielki jak big Ben
By stać się legenda, co krąży po wiekach
chociaż nigdy na sile, ten sen na powiekach

2.Ciągle kulam do przodu szuram trzymam połap
Choć kompas mnie zwodzi ma mnie za ciula
Nie hulam po balach bo mam samo respekt
Mam wartości od których skacze ci gula
Nigdy bym nie sprzedał swoich wspomnień
Choć często bolą jak jakieś zbrodnie
Sumienie mi mówi ze mam czuć się okropnie
ja mam spokój duszy i jest mi z tym dobrze
Nigdy bym nie szedł wiedząc ze zbłądzę
Nie sadze bym chciał się spalić ponownie
Nigdy bym nie wbił noża Ci w plecy
Dosłownie w przenośni, i tak jakoś leci
Nawet jak bym dostał od ciebie złe wieści
To chleb mój powszedni, wszystko się zmieści
Nie zawsze jestem happy nie zawsze jestem rześki
Ale Nigdy nie zmienię swojej opowieści

Nigdy nie zrobiłbym tego co kiedyś
Te rzeczy, wspomnienia, czasem kupa biedy
Chociaż nigdy bym nie chciał być innym człowiekiem
Bo to moje Zycie moje błędy ale z wiekiem

Dojrzewam do życia do walki o mój sen
mój dzień, o to by być wielki jak big Ben
By stać się legenda, co krąży po wiekach
chociaż nigdy na sile, ten sen na powiekach (x2)
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo