Popularne piosenki. Polski Hip Hop

[Nullo]
Ziom, ja potrzebuję tylko długopis plus czysty papirus
By czuć znów puls, odciąć się tak jak Big Szug
Nad kartką, tu wena karmą, ja w genach mam ją
Znikam jak fantom, gdy piszę w ciszy moje esperanto
Fakt faktem kocham rap, ale także sport
Jak Charles Barkley mam czas na basketball
Tam gdzie park na wrocławskiej stoi zawsze kosz
Tam zawsze 12 godzin mogłem w basket ciąć
Na ławce zawsze ktoś siedział z kim mogłem się napić
Na klatce spalić cannabis, gadkami z kumplami czas zabić,
za nic nie zamieniłbym tych chwil spędzonych z wami
Tych chorych bani, tych wojen między podwórkami
Dlatego wracam tu, palimy bata znów, czeka wataha głów
Czeka krata browarów, na co dzień padasz z nóg
W kółko praca, dom, rodzina
By nie zwariować czasem trzeba się odcinać.

[Ref.]
Kiedy życie przypomina ci czeski film
A ciśnienie ścina z nóg jak polski drin
Polsko-czeski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski browar, my weźmiemy z Polski towar
Kiedy życie przypomina ci polski film
A ciśnienie ścina z nóg jak czeski drin
Czesko-polski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski towar, my weźmiemy z Polski browar

[Headdy]
Ted’ nechci myslet na všechny ty věci co nas tahnou dolů
Nenechám se stáhnout ani parem volů
Babylon je plný hoven, denně v tom, dává školu
Nenechám se tím sežrat jako svetr od molů
Tak sednu napíšu si text anebo složim beat
zapnu technikz, dám set a pouštím si samý hit
To mě dostavá ven, když potřebuju klid
A když nechci být sám, jsou tu mý fellaz, a je čas pít,
Vytáhnu projektor,dvd a basu piv
Uklidím humus ze stolu, odvolám celý chlív
Kdy bylo líp, probereme staré nové časy
Holky,prachy,pitky,muziku,bitky a životní trasy,
A jindy chci být raději se svou milou, man
Taky znáš to, že? pocitit jemnost žen
To je můj chill ten co mi dodává mi sil do žil, mamen
můj styl mamen, tohle je real mamen.

[Ref.]
Kiedy życie przypomina ci czeski film
A ciśnienie ścina z nóg jak polski drin
Polsko-czeski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski browar, my weźmiemy z Polski towar
Kiedy życie przypomina ci polski film
A ciśnienie ścina z nóg jak czeski drin
Czesko-polski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski towar, my weźmiemy z Polski browar

[Szad]
Miałeś coś zrobić, weź to odłóż, się otwórz
Może czeka cię podróż przez ogród szarych podwórz
Chodź już, weź zapomnij czasem i zwolnij piasek
Nie żebym w nocy miał sen, ale ci mówię popłyń z basem
Kiedy nie wiem co dalej lubię się poczuć Escobarem
Wtedy te dni nie są szare, choć trzeba mieć niezłą pamięć
Nie żebym przez to nawet zmarnował w Tesco talent
Mam jazz to palę, często lubię w sobie dziecko znaleźć

[Ver.3]
Ej ty weź i oczy przetrzyj też
Nie ważne to kto pierwszy jest, jak to, że węszy pies
A większy bejc, to większy stres, nie wiesz czy biec?
Nie wiem czy wiesz, życie i rap ma głębszy sens
Kiedy wokół wszystko ci kojarzy się z Wietnamem
I chuj z planem, a pięści same biją w ścianę
Kiedy jesteś wulkanem, a blady strach nadjeżdża karawanem
Zamiast nie spać nad ranem miej wyjebane

[Ref.]
Kiedy życie przypomina ci czeski film
A ciśnienie ścina z nóg jak polski drin
Polsko-czeski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski browar, my weźmiemy z Polski towar
Kiedy życie przypomina ci polski film
A ciśnienie ścina z nóg jak czeski drin
Czesko-polski styl, Headdy czas wyluzować
Weź czeski towar, my weźmiemy z Polski browar

[Pork]
Lubię te sto sześćdziesiąt nocą, kiedy tak autem tnę trasę
Nie chcę osiąść jak posąg, muszę się odciąć czasem
Mam takie miejsce, gdzie dym za miastem z grilla
Smakuje jak najlepszy drin gdzieś na Malediwach
Tam się odcinam, tam ten miejski huk armat
Milknie jak grób, tam sam sobie diler i barman
Czytaj, barman, diler pod lasu baldachimem
Mamy z braćmi K bazę jak w Alpach Fuhrer
Zmieniamy miejsca i cele, częściej niż snajper w Peru
Ja i mój kumpel Burton czekamy na taflę śniegu
Jadę ją kantem i na każdym pipe'e
Albo latasz w chuj lub zaliczasz karkiem
Życie mi beret ryje, lubię te rzezie w 3D
Gdy w teren idę, ja i mój kumpel Desert Eagle
Nie ma to jak wyluzowany na bani headshot man
Poza tym gęsto gram, z resztą chcesz to sprawdź yo !
[Żółf]
Każdy szatan ma dwie twarze i potrzebuje ognia
Zobacz ćwiara to płonąca pochodnia
Podpalasz skały i już kropla cieknie
Wciągasz ten dym i od razu bledniesz
Kiedy to przerwiesz od razu moja zachęta
Niby brązowa skała, ale inteligentna
Niejednego wyjebała już przekręta
Zobacz chłopak pęka
Bo najpierw dziabał żeby się pobawić
Teraz dziabie po to żeby ślad zostawić
Kawał folii nie pytaj, na czym
Odpowiedzi się raczy
Ale zaznaczy po cichu nie jest kotem
Teraz na brązowe wydaje całą flotę
I możesz mieć mnie a nie jego za idiotę
Że uważam, że szatan robi dobrą robotę
Bo wiem, że to boli kiedy patrzy się że
Kolejny łepek łapie folię i razem z nią łamie się
Ale wiem też, że ćwiara pomaga
Komu? Nie palącym pokazując tego, co nie domaga
Uwaga zostanie sam na życiowym szlaku
Wciąż w trwającym obłędzie mijany na deptaku
Jako powietrze istniejący bez setek chłopaków
Kiedyś mający cos do powiedzenia
A dzisiaj nikt z nich go nie usłyszy
Choćby nie wiem jak krzyczał
Przecież pytają się czy pali on powiedział, że nie
I dalej w to brnie nie odmawiając diabelskiej sile
Naiwnie kłamiąc, że nie pali już tyle a tyle
A co dzień rozwijając nowe mile alufolii
Zatracając się nie powoli tylko w zawrotnym tempie
Ze smakiem zdechłej ryby w gębie niepewnie idąc
Chwiejnym krokiem z prawdziwych szydząc
Widząc, że ludzie z okien niby nic nie widzą a to błąd
Biega za kroplą to urywaj się stąd
Co za przyjemność wymiotuje kiedy czuje ten swąd
Swój błąd chcesz naprawić cofnąć ten krok nie da rady
Już za późno dla ciebie to szok to trudno
Takie jest życie to nie jest przesada
Mówisz biały chuj prawda brązowy śnieg pada
Więc kryj się, bo kogo zasypie ten odpada

[Ekonom]
To dla mnie kurwa abstrakcja
Dlaczego dla ciebie jedynie ćwiara to atrakcja
To zła transakcja
Płacisz zdrowiem za przyjemność
Nic nie możesz zyskać
Najwyżej bezsenność
Stracisz osobowość cenną
Właśnie taka jest kolejności coraz bardziej się wciągasz
Z niedowierzaniem później w lustro spoglądasz
Zobacz jak ty wyglądasz
Przegrywasz wniosków nie wyciągasz
Wyrywaj to alternatywa
Kropla pływa po folii
A chłopaków to boli
Musisz sam chcieć się wyrwać spod jej władzy i kontroli
Wybierz tę dobra stronę cały czas ostrożnie idź
Szare bloki pogrążone przez aluminiowy kicz
Będziesz jarał to twój koniec z tym się licz
Licz się z tym
Ja na twoim miejscu nie chciałbym być w cugu
Nie mieć koleżków tylko masę długów
Chcesz przestać to próbuj hera przeciw tobie zmowa
Widzisz, co robi folia aluminiowa
Nie każda osoba z tego wychodzi na pewno
Nie widzi ile to trwa a lata biegną
Twarze bledną człowiek cień
Nie chcesz tracić życia to się zmień

[Ziaja]
Nie mogę patrzeć jak Hera
Coraz więcej ludzi mi zabiera
Widzę jak brązowa era zawładnęła tym światem
Tego gówna nie dotykają tylko głowy kumate
A ci, co dotknęli raz srebra spisani są na stratę
Brąz robi z ciebie szmatę i charakter wyniszcza
Pożera twoją osobowość aż zostają tylko zgliszcza
Lepiej zapalić blanta bo w każdej kropli bestia drzemię
Zrobisz z siebie niewolnika wdychając diabelskie nasienie
To nie tylko pouczenie historia z życia wyjęta
Być może sam słyszałeś, co blacha zrobiła z nie jednego klienta
Patrzysz na pacjenta i co widzisz żywego trupa
To człowiek bez przyszłości za ćwiarę obciągnąłby druta
Czy jeszcze ci nie mało czy nie zrzędła ci mina
Zapamiętaj heroina to zagłada jak Hiroszima
Pochłania tyle ofiar, że aż przechodzą mnie dreszcze
Boże chroń mnie i ziomków przed śmiercią i brązowym deszczem
Który leje nad miastami i szare bloki zalewa
Po tym ludzie padają szybko i łatwo jak drzewa
Nigdy nie zechce spróbowania, bo mam instynkt przetrwania
Widzę jak zaszczepionym kropla oczy zasłania
Potrzeba szprycowania zasłania wszystkie twoje myśli
Wielu w to weszło zauważ, że już z tego nie wyszli
Opada aluminiowa krata a za nią ty stoisz
To więzienie tego świata powiedz, dlaczego to wolisz
Potem szlochasz na ramieniu, gdy ziomek pyta cię jak leci
Pozostajesz w odosobnieniu zaplatany w srebrne sieci
Jak nie teraz to, kiedy? Weźmiesz się w garść
Jak nie teraz to, kiedy? Będzie cię stać
Jak nie teraz to, kiedy? Na co liczysz?
To dla ziomów spod klatek dla tych z ulicy [x2]

[Żółf]
Biorę w garść się
Biorę w garść je
Chce mieć hajs wiesz
Chcesz mieć hajs też
To nasz czas jest nie?
To, kiedy? Gdzie? Jak nie dziś tu
Kiedy on straty liczy już maminsynku idź mi w pizdu
Trzeba zaryzykować żeby zyskać
Trzeba coś kreować żeby przetrwać iść tak
Żyć jak chce się
Złotą karta kupisz ciuch na złotą jesień
Lexa auto znać jak własną kieszeń pełną monet
Trzeba na to robić już ostatni dzwonek
Co jest słysz mnie to jest dziś ten dzień
Dziś ten dzień twojej osoby a ja błyszcze
Na tle klatek ze swoimi dziwne od zawsze tu stoimy inne
Marki na ciuchach niż wiesz kiedyś teraz kminisz
Do przodu ze swoimi finisz
Licz się by z tobą się liczyli chcesz mieć, czyli być
Wiesz trzeba się wysilić wtedy git jest

Ref
Jak nie teraz to, kiedy? Weźmiesz się w garść
Jak nie teraz to, kiedy? Będzie cię stać
Jak nie teraz to, kiedy? Na co liczysz?
To dla ziomów spod klatek dla tych z ulicy [x2]

[Ekonom]
E do k do o do nom
To ziom
Chyba znasz mnie
Myślisz trochę jak nie?
To, kiedy zaczniesz
Wychodzić myślami poza tą osiedlowa ławkę
Zamykasz krąg to błąd no i to jest straszne wierz mi
Bo ja się patrzę na tych, co od niej odeszli i zrozumieli to
Po to by móc popłynąć z prądem
A ty brodzisz dalej głąbie
Nie rozumiesz nic a w ogóle to chyba nie chcesz wiesz
Wydaje ci się, że pieniądze spadną z deszczem nie?
Ty nie masz alternatyw to raczej śmieszne
Sam pokonałem drogę spod bloku dotąd gdzie jestem
I dzięki temu nagrywamy trzecią płytę wreszcie ziom
Ty może też coś zrobisz zmierz się, co?

Jak nie teraz to, kiedy? Weźmiesz się w garść
Jak nie teraz to, kiedy? Będzie cię stać
Jak nie teraz to, kiedy? Na co liczysz?
To dla ziomów spod klatek dla tych z ulicy [x2]
Kolejny ranek, leci kawałek singla Dilated Peoples
Wychodzę - winda - parter, jadę po tytoń
Jest chyba czwartek lecz wiesz wisi mi to
Koski otwarte, wchodzę, błyszczy lastrico
Jak mam wierzyć pierwszym stronom
Jak do końca nie wierzę sobie?
Nie ufam pierwszym stronom, może mam fobię
Mam wierzyć mentorom, że mają świat pod kontrolą
Dopóki na kolejny moloch nie spadnie samolot?
Za ladą kolo stał tak jak za Colą Sprite
Wyglądał jakby wczoraj zderzył się z nim Bolo Young
Lub przeżył holocaust - proszę Marlboro Light
Kończę monolog, biorę Marlboro, wychodzę, jest maj
Mija mnie grupa zalana w trupa, z okna gra Tupac
Jest upał, czarny nekrolog wciąż wisi na słupach
Ten kolo przeżył niewiele ponad czterdzieści lat
Cywilizacja mas umiera powiedziałby Szad
Wracam - klucz, drzwi, winda, w mękach na jedenaste
Nie jestem sam, obok panienka, w jej rękach Hustler
Gdzieś z czwartego piętra słyszę gra Basket
Winda stop - żegnam laskę, jadę na jedenaste

Siedzę i gin na tury piję, w mroku oddycha cisza
Jak film w ponurym kinie płynie leniwie czas dzisiaj
Ludzka natura hien każe nam biec po trupach
W miasta konturach ginie wiara, Bóg nas oszukał
Jest po 24 - znów nie mogę zasnąć
W CD'ku grają sample, znów widokiem miasto
Światła pod blokiem gasną, kończy się pościg
Dziesięć pięter, parter, zostają wątpliwości

Jest środek dnia, z bólem głowy, z pełną wody szklanką
Skacowany wychodzę na balkon
Tak witam znowu dzień między trzecią a czwartą
Za dużo alkoholu, wiem, chyba nie było warto
Po prawej miasto przypomina piekło
Po lewej dym z komina - myśli biegną
Mam tyle pytań, gdy wspominam przeszłość
Wtedy godzina przypomina wieczność
Biorę łyk wody, poczym łapię oddech
Zamykam oczy, lecz ciągle czuję pośpiech
Kolejny łyk wody, na drogach korki
Czy to za hajsem pościg jak na Wallstreet?
Po co mi miliony parszywej gotówki?
Gdzie kupię bony na szczęście za złotówki?
Po co mi miliony co nie wypełnią pustki?
Ile jest takich z kasą co żyją w próżni
Po lewej sąsiad wygląda z okna
Pod klatką słodka idiotka znów na plotkach
Już prawie piąta, kończę ten show-time
Czasem nie rozumiem ludzi - wracam do środka

Siedzę i gin na tury piję, w mroku oddycha cisza
Jak film w ponurym kinie płynie leniwie czas dzisiaj
Ludzka natura hien każe nam biec po trupach
W miasta konturach ginie wiara, Bóg nas oszukał
Jest po 24 - znów nie mogę zasnąć
W CD'ku grają sample, znów widokiem miasto
Światła pod blokiem gasną, kończy się pościg
Dziesięć pięter, parter, zostają wątpliwości

Zabieram rękę spod podpartej szczęki
Wstaję, gaszę sprzęt i wyłączam ten bit
Obok łazienki ubieram stare buty i krótkie panterki
Do ręki biorę klucz i dwie puste butelki
Klucz do zamka - przekręcam - klamka
Szara firanka na korytarzu prawie nie wpuszcza światła
Schody, klatka - jakbym to przeczuł - w kieszeni kartka
W ten długi wieczór czeka mnie rejs po przystankach
Bo czasem są dni, że jestem tylko ja i chodnik
To dni kiedy czas płynie jak w samotni
Bo czasem są dni, kiedy zaczynam wątpić
Zbyt wiele pytań, zbyt wiele brakujących ogniw
Czy rzeczywiście instynkt zabójcy w nas jest?
Czeka mnie wolność, czy ten zabójczy azbest?
Kiedy odnajdę wenę, a kiedy znów przygasnę
I czy zostanie po mnie ten twórczy aspekt?
Boże daj spokój, spójrz już po dwunastej
Chcę poznać prawdę, zginę od kul czy zasnę?
Jak się zakończy mój lot nad kukułczym gniazdem
I czy na końcu odnajdę ból czy pasję?

Siedzę i gin na tury piję, w mroku oddycha cisza
Jak film w ponurym kinie płynie leniwie czas dzisiaj
Ludzka natura hien każe nam biec po trupach
W miasta konturach ginie wiara, Bóg nas oszukał

Jest po 24 - znów nie mogę zasnąć
W CD'ku grają sample, znów widokiem miasto
Światła pod blokiem gasną, kończy się pościg
Dziesięć pięter, parter, zostają wątpliwości
Brahu :
Mimo wszystko jadę przed sie
na zakręcie driftem to życie przypomina bitwę,
żaden bif nie powstrzyma mnie za ambitnie
cisnę, chuj wie wszystkie japy zawistne,
opad dla bliskich, liczymy zyski
Ci co zbierają dowody niech się walą na cycki,
wszystkich, chcieli by nas tu, w świetle oklasków,
pozbawić sznurowadeł i pasków,
jest jak jest, recyklesing norma,
hartuje się co dnia by nie spadła forma
możesz nie wierzyć ale czuje że żyję
zawsze gdy kolejny produkt ściska mnie tu za szyję
życia proza zamiast sielanki groza,
jeśli ma z tym kurwa problem nie pomoże proza
oryginał nie z kartki, mam serce do walki,
zabiera dziwkom głos jak dziewczynką zapałki, ta.

Refren:
Pomimo kłód na drodze mej,
pomimo bólu stresu wiem
przejść muszę przez to całe kurestwo i ..
i radę sobie dać.

VNM :
Mimo że tyle lat nie grali na Vivie MTV mnie,
VNM sam nawijałem imię te,
mimo że wanderzy nim zobaczyli mnie, zabiłem tylu co Steven Segal w Multikinie ej,
mimo że nawet jak masz chore flow i podwojone rymy za show masz kolombro,
ziom ma jakiś fame to foki wolą go
a ty przemierzasz te bloki solo bo
te skillsy to nie fame koleś
masz skillsy ale nie masz promocji, nie fame'u to jest game over,
mimo że to wszystko jest popierdolone
i te hajsy, pytasz kiedy będą one ?
I może że czasu brak, kasy też, czasem brak cały czas grałem ten jebany rap
i synu na dobre mi to wyszło
robiłem to mimo co?
Mimo wszystko!

Refren:
Pomimo kłód na drodze mej,
pomimo bólu stresu wiem
przejść muszę przez to całe kurestwo i ..
i radę sobie dać.

Brahu :
Są tacy co chcą zniszczyć Cię, wyczyścić Cię,
oczernić gdy za bardzo błyszczysz się, piździ, wiem
to zimny świat nie ma litości tutaj,
w moim sercu mróz nawet gdy na zewnątrz jest upał,
ilu chce abyś upadł, nie da im satysfakcji
gdy klękają do fiuta w dworcowej ubikacji,
nie pozwól by niedorozwój wpływał na przyszłość
to wszystko patrz w oczy wszystkim fałszywym pyskom
życie nie bajka jak mini mini,
masz włączonego majka to nie mili vanili
mam tylko jedno życie, którego jestem pewien,
kilkadziesiąt problemów za nimi nowy level
muszę przejść przez to, stawić czoła testom
kolejny dzień kolejny problem
coś mi mówi 'kreśl go'
łeb w górę, odpulam te myśli które mulą mnie, jebać je, mam recepturę, ej

Refren:
Pomimo kłód na drodze mej,
pomimo bólu stresu wiem
przejść muszę przez to całe kurestwo i ..
i radę sobie dać.
Z tych samych miejsc, brat, kolejny rap na track
Teraz jak i sprzed lat życie ten sam ma smak
Gram fair to fakt, bo nie potrafię inaczej
Za zdrowie odpalam racę, z PMM ruszam w trasę
Na ręce nie patrzę, sam piorę swoje brudy
Wszystko rozliczy Bóg na skrzyżowaniu dróg obłudy
Wszystko rozliczy street, gdy przyjdzie czas twojej zguby
Wszystko dla nas jest zapisane gdzieś tam u góry
Z jointa ściągnę dwie chmury choć nie deczę od dawna
Wrzucam bity na CD, w dźwiękach szukam oparcia
Myślę o moich bliskich, o tym gdzie jestem teraz
Myślę, gdyby nie rap to mógłbym się nie pozbierać
Wielokrotnie samotne nocne opcje
Będąc w kropce mogę liczyć na dłonie pomocne
Wychodzę przed blok, wielu z nas już tu nie ma
Kiedyś się martw, świat wypełnia pustkę na terenach

[x2]
Kiedyś ten moment był tylko w planach
Dziś ten projekt to na lipę zamach
Nie jesteśmy w Stanach, a w Polsce, czujesz?
Tu trafią cię słowa, a nie ołowiane kule

Kiedyś '99 wąskim przejściem w bramie
Na poddaszu na fotelu siedząc kreślę na kolanie
Z ziomalami wieczornymi godzinami nawijanie
Co chwilę telefon któremuś z nas przerywa taniec
Mamy branie, bo jest konkret stuff, a nie sieje tanie
To sieje straj jak wtedy w snach zabijanie
Przystanek mach, dobry czas na nawijanie
Chcesz to masz, płać, cześć, psy, ty uważaj na nie
Dziś PMM SZN trzymam sztamę
Tu pewność o wierność swych ludzi i oddanie
Dla mnie świętość i sedno sprawy jak w modlitwie amen
Jakiekolwiek inne podejście wprowadza zamęt
Zatem mam wyjebane na każde odmienne zdanie
Wątpisz w to to na bank w naszym kręgu nie staniesz
PMM przedsięwzięcie wśród prawilnych zamknięte
Było tak, dziś też jest tak, ty zamknij gębę

[x2]
Kiedyś ten moment był tylko w planach
Dziś ten projekt to na lipę zamach
Nie jesteśmy w Stanach, a w Polsce, czujesz?
Tu trafią cię słowa, a nie ołowiane kule

Parę lat temu żyłem akcjami z boiska
Bywało, że bywało nas 30 tam i freestyle
Nawet jak zima zabierała nam grę
Przez lata ta ekipa się nam posypała jak śnieg
Nie stworzył mnie net jak ciebie, twoich kolegów
Twoich hejterów i fanów i beatmaker'ów
Więc choćbym się nie znalazł w tym miejscu już nigdy
To w sercu mam wspomnienia i blizny
Więc jak się znajdziesz w naszej okolicy wiedz o nas
Czy wciąż jesteśmy typy z naszej okolicy nawet na salonach
To moja ośka wychowała mnie tak
Bym był świadomy słowa i jej nazwę wplatać w mój rap
I choć cię trafia szlag, ja nie zmienię szlaku
Idąc ciągle z tych samych miejsc w kierunku wyższego pułapu
Jak wielu Polaków co by klepało tu bidę
Ja gdzie bym nie był pamiętam skąd idę

[x2]
Kiedyś ten moment był tylko w planach
Dziś ten projekt to na lipę zamach
Nie jesteśmy w Stanach, a w Polsce, czujesz?
Tu trafią cię słowa, a nie ołowiane kule
Ref. (x2)
Ulice - piekło,
tu spadasz na dno.
A ja wiem jedno,
że to jest nasz dom

[Kajman]
Dzieci. Godzinami bawią się w podchody z psami,
już nie jeżdżą na rowerach lecz jumanymi furami.
Chcą być rycerzami nocy, ale nie Robinami
nie chcą być parobkami za tysiąc złoty z groszami.
Dzieci, ej czy mam ich winić?
Że w TV widzą piękną przez które, są bardziej chciwi?
Ich matki nie mają na opłaty, w serialach koją stres,
a dzieciaki co noc gdzieś przelewają swoją krew.
Podobno ten co nie miał chce dwa razy bardziej,
one widzą w tym rzemiosło, chcą Iphone'a na kartę,
najnowsze kolekcje Tomiego, tatuaże.
Te dzieciaki myślą prosto, idą za złym przykładem.
Jestem dowodem, że nie zawsze
identyfikuję się z tym miastem, gdzie masa kasy pragnie,
gdzie dzieciaki sprowadzają na parter.
Reguły są takie: dawaj hajs, ja schowam kastet.

Ref. (x2)
Ulice - piekło,
tu spadasz na dno.
A ja wiem jedno,
że to jest nasz dom

[Kaczor]
To dzieci tych metropolii w niewoli agresji i zła,
żyją jakby miało nie być jutrzejszego dnia.
Przedstawienie - gra trwa. Życie losy gmatwa, niełatwa
jest egzystencja w klatkach, betonowych matniach.
To galimatias, widzę go co dnia.
Tu litość nie jest modna, litość to zbrodnia mówi napis na murze.
Jak wilk w owczej skórze czai się gdzieś nadzieja na zmiany.
Czy potrwa to dłużej, czy też naszym potomkom coś damy?
Tą lepszą przyszłość? W tunelu światło,
by kilkuletnie dziecko nie szło za w sztok pijaną matką.
Szok tą gadką wzbudzę. Nie niestety, choć chciałbym,
już dawno się nie łudzę, widzę czarno białe barwy.
Jest jeszcze czerwień - kolor przemocy i walki.
Dzieciaki mrocznych podwórek żyjących, lecz jakby martwi.
Martwisz się tą sytuacją? Czy przymykasz oczy?
Ulica ma ścieżki, po których sam diabeł kroczy, skurwysynu.

Ref. (x2)
Ulice - piekło,
tu spadasz na dno.
A ja wiem jedno,
że to jest nasz dom

[Paluch]
Nie mają na to wpływu, w której rodzinie się rodzą,
choć nie ma lekko, z dumą mówią skąd pochodzą
bez narzekania, oni nie czują się lepsi,
choć pierwsze w życiu kroki stawiali przez pinezki.
Musieli być dorośli w wieku kilkunastu lat,
dla nich to rzeczywistość, a dla Ciebie straszny świat.
Nie chcą wiele jeść, pić i przeżyć,
a z drugiej strony krzywdzone hajsem bananowe dzieci
z prywatnych szkół i z osiedli strzeżonych
produkty swoich starych wyobraźni pozbawionych.
Bękarty hajsu znają życie tylko z książek,
chcą mieć, brać i kupować, wydawać forsę.
Kto ma lepiej? Jako widz temat oceń.
I gdzie byłeś ty jako mały chłopiec?
Sam jestem ojcem i wiem kurwa jedno
wartości nie kupisz nawet najdroższą monetą.

Niełatwa jest egzystencja

Ulice - piekło,
tu spadasz na dno.
A ja wiem jedno,
że to jest nasz dom
Nieskażona polityką, to uliczna barykada
Hardcorowa muzyka, poważanie a nie sława
Nad problemów morzem stoi nasza wielka estakada
Rozpierdala uliczna fala, gorąca niczym lawa
Na poziomie ziomie, bo inaczej nie wypada
Liczył bym, odrzucił się, ale i powaga
Nie tak być powinno, że człowiek się wciąż zmaga
Nic z tego nie ma i szybko wysiada

Czy tak być powinno?
Ktoś bardzo ci bliski ostry numer ci wywinął
Twój najlepszy
ziomek śpi z twoją dziewczyną
Czy tak być powinno?
W waszych wielkich wojnach małe dzieci giną
Pojebani politycy są tego przyczyną
Czy tak być powinno?
Znam paru studentów, którzy siedzą za niewinność
Dostali po trzy lata, sędzia zrobił swą powinność
Takie jest życie, a czy takie być powinno?
Żeby przetrwać do jutra
Musisz wyjść na ulicę i po prostu coś ukraść
Wszyscy dobrze wiecie jak tu nisko można upaść
Nikt się tym nie martwi, do celu po trupach
Czy tak być powinno, że każdy rżnie głupa?
Pięć razy nie mówi moja grupa
Pięć razy nie mówi moja grupa

Nieskażona polityką, to uliczna barykada
Hardcorowa muzyka, poważanie a nie sława
Nad problemów morzem stoi nasza wielka estakada
Rozpierdala uliczna fala, gorąca niczym lawa
Na poziomie ziomie, bo inaczej nie wypada
Liczył bym, odrzucił się, ale i powaga
Nie tak być powinno, że człowiek się wciąż zmaga
Nic z tego nie ma i szybko wysiada

Teraz patrzę na tych ludzi co się zamuleni snują
Na przyćpanych feto-studentów co w kółko kują
Nas z kolei społeczniacy jak wyrzutków traktują
Nie tak być powinno choć nie wszyscy o tym mówią
Chłopak co go znałem, okazał się szują
Osrane małolaty na policji kablują
Pseudo hip-hopowe błazny sławę zyskują
Nie tak być powinno choć nie wszyscy o tym mówią
Ci co grubo zarabiają, wszystko szybko przebalują
Nie mogę się już patrzeć jak dragi ziomków psują
Kurestwa coraz więcej, a ludzie się marnują
Nie tak być powinno choć nie wszyscy o tym mówią
Mundurowe ścierwa nieraz życie ci zatrują
Chcesz innym dać zarobić to okraść cię próbują
Często ci porządni grubo tu biedują
Nie tak być powinno choć nie wszyscy o tym mówią

Nieskażona polityką, to uliczna barykada
Hardcorowa muzyka, poważanie a nie sława
Nad problemów morzem stoi nasza wielka estakada
Rozpierdala uliczna fala, gorąca niczym lawa
Na poziomie ziomie, bo inaczej nie wypada
Liczył bym, odrzucił się, ale i powaga
Nie tak być powinno, że człowiek się wciąż zmaga
Nic z tego nie ma i szybko wysiada

Nie tak być powinno
Długo się nie widzę ze swoją rodziną
Konfident mnie sprzedał z uśmiechniętą miną
Nie tak być powinno
A ludzie siedzą i kminią co było tego przyczyną
Frajer podał łapę z niebieską gliną - tacy niech zginą
Nie ma litości, my ludzie z krwi i kości
Z ulicznej rzeczywistości
Dla ludzi z kryminału, ludzi z wolności
Nawijam krótko, zwięźle i na temat
Lamusowi na okrętę kręcona afera
Firma, jechane dłuższy czas, na ulicy przekazane
Zmień o mnie zdanie
Bo to co słyszysz następne Firmowe nagranie

Nieskażona polityką, to uliczna barykada
Hardcorowa muzyka, poważanie a nie sława
Nad problemów morzem stoi nasza wielka estakada
Rozpierdala uliczna fala, gorąca niczym lawa
Na poziomie ziomie, bo inaczej nie wypada
Liczył bym, odrzucił się, ale i powaga
Nie tak być powinno, że człowiek się wciąż zmaga
Nic z tego nie ma i szybko wysiada

Nie tak być powinno, że sie nogę wciąż podkłada
Pochopnie wbija nóż zamiast najpierw pogadać
Nie tak być powinno, że debil ogniem włada
Nie tak być powinno, elegancja wciąż upada
Nie tak być powinno, że podkłada się wciąż nogę
Czasami pozornie wróg wcale nie jest wrogiem
Jak Kaczy nawijał ja odpowiem przed Bogiem
Otwórzcie oczy, Firma, JP, ogień

Nieskażona polityką, to uliczna barykada
Hardcorowa muzyka, poważanie a nie sława
Nad problemów morzem stoi nasza wielka estakada
Rozpierdala uliczna fala, gorąca niczym lawa
Na poziomie ziomie, bo inaczej nie wypada
Liczył bym, odrzucił się, ale i powaga
Nie tak być powinno, że człowiek się wciąż zmaga
Nic z tego nie ma i szybko wysiada
Mogę pokazać ze ten świat z biegiem lat siebie zna coraz gorzej,
Poradź boże jak z tym żyć tu?
Pokaż co jest warte zmysłów?
A gdzie granica żartem w czyśćcu?
Jak chcesz być złu oddany raczej pysk stul.
Wygrzany naród chce dolarów i euro bo tylko w tym widzi cel ziom.
Nie pierdol ze przeszłość nie gra roli.
Tu alkoholizm miłość do aureoli.
Woli zbawców nie twoich.
Stworzył nas bóg nie komis.
Trzeba myśleć bo z nieba nic nie spadnie.
Proporcjonalnie do nieba to jesteśmy na dnie.
Raz daj mi szanse a ją wykorzystam!
Choć to zabrzmi łatwiej niż ci co dają wykład,
jak wytrwać gdy sami kładą łapę na zasiłkach.
Ten kicz ma granice przyznasz?
To my młoda wiara domniemani przestępcy.
Ze szczęściem na ogół pogrzebani na jezdni.
Pojebany wierz mi jest ten świat pełen stwórców.
Życia smak wciąż ten sam na podwórku
mmm.. ten sam, inny dotknij.
Czujesz powietrze to tlen bezrobotnych,
czas monotonnie i jak tu istnieć?
Płynie litr za litrem w końcu na swoje wyjdzie.
Wierzę w to ja, ty pokolenie wszyscy!
Tu chce żyć będąc spokojny o siebie i bliskich !

To czas..
To pieniądz ..
Więc nie drzyj ryja
Jak pieniądz to killer
A czas nas zabija..
Z odzysku…

Oddam życie za to co kocham za to co bliskie.
Poddam misje swoją tej próbie by istnieć.
To jest twój hajs czas go pobiera z odzysku.
Przecież nikt nie chce mieć skurwiela w nazwisku.
Dziś umiera fiskus rządzi prawo pięści!
Bądź mądry na co prestiż niewolniczej agresji?
To my młoda wiara domniemani przestępcy,
pierwsi do życia a ostatni do śmierci.
Tu dziury nie wywiercisz w poszukiwaniu złota,
bo ten kraj jest najlepszy w oszukiwaniu chłopak.
Daj mi szanse tak jak chce nic więcej.
Wynajmij kawalerkę po chuj mi basen, bejce (BMW)
Potem z czasem na piętrze.
M4 podejście, szczerym być to po pierwsze!
Stres ten towarzyszy nam od lat.
Bo życie niczym boks lecz chuj kogo nasz knock down!
Tego co kocham nie oddam moja duma, honor .
Cokolwiek bądź sobą i świat zdobądź...

To czas..
To pieniądz ..
Więc nie drzyj ryja
Jak pieniądz to killer
A czas nas zabija..
Z odzysku…
Yo, aha ,ta!
VNM, Yo

W mikrofonie dziś, moją całą legendę spisz
Książki autor VNM Denver bit
Nie braknie weny mi
W Polsce jestem number one jak Public Enemy
Kumasz? one one one
Ciągle chuja kładę na chłam
Pije właśnie za sample i dźwięki na midi
Siadaj ze mną i pij jak [?]
Twoi kumple to najlepsi raperzy? wbij na krzywy
Ci raperzy wgrali się mi na CD
Ze mną Smarki, W.E.N.A kilku ich jeszcze mam
Ty jesteś jak ten kurwa strażak, jesteś Sam
Kiedyś była Molesta i Skandal wiesz?
Później 3H Warszafski Deszcz
Później podwójne jebnął, Pezet na Volcie lał bodziec
Wiesz projekt jest w drodze, projekt jest w drodze
Później Eis i Mes
Później jeszcze kilku, którzy zrobili gorszy rap ale lepszy cash
Albo dobry rap i kiepski cash
Ten cash każdy chce go tu mieć
Ty pierdolisz, że twój rap nie jest na sprzedaż, ty głupi
Jesteś cipką weź lepiej idź się upić(wypierdalaj)
Czemu nie jest na sprzedaż? twoje CD z dupy
Nie jest na sprzedaż, bo i tak go kurwa nikt nie kupi
Fani rapu chcą metafor, a nie pierdolenia
Ale nie kradnie metafor ode mnie Peja, nie
Nie kradnie metafor od [?]
Twoje metafory jak twoi fani, ty ich nie masz
Twój rap to teatr cienkich aktów
Artysto ja wystawie ciebie do wiatru
Spale twój teatr, przywyknij do tego tu faktu
Że jesteś artystą ze spalonego teatru
Puenta książki, jak byś chciał tu beef
Dziś diss na mnie to jest auto diss
I nie pytaj mnie czy jeszcze oddech ci na tracku zabiorę
Możesz na mnie liczyć jakbym był kalkulatorem

Ta, ta książka to jest moje osiem płyt
osiem płyt na nielegalu
osiem płyt kurwa przez osiem lat, aha ta
To jest moja ostatnia płyta na nielegalu, rozumiesz?
kocham to ale nie mam czasu na to stary, ta
są w życiu ważniejsze sprawy niż to, ta
teraz jest czas żeby poważnie myśleć o życiu
zadbać o rozwój, ogarnąc hajs kurwa, kumasz?
może kiedyś to skumasz
na razie zamknij książkę, odłóż ją na półkę
za kilka lat zetrzyj kurz, przeczytaj ją znowu
VNM Na Szlaku Po Czek
Nara
Wiesz jak to jest w życiu czasem
Kiedy starasz się nie być kutasem
Robić zawsze to co trzeba
Ale zadowolić się wszystkich nie da
I nie da się być na czasie
Zawsze na wszystkim najlepiej znać się
Bywa tak, że mimo starań zachowujesz się ja baran
O Jezu, o Jezu słodki sumienie męczy cię jak łaskotki
Stłumienie go, cel uświęca środki
Hulta Bull's Eye jak w grze w lotki wymyka się
A wraz z nim twoja reputacja niczym pojazd
Ciągnie w tył, gdy chcesz do przodu
A ty pytasz skąd? skąd ten odór?

Odór...
Odór...
Więc lepiej zamknij otwór...
Bo czuję odór

Czy ty wiesz jaka tego przyczyna?
Ludzie sądzić chcą ciebie po czynach
Nie po słowach, nie po twarzy
Więc kiedy się smrodek przydarzy
Powiedz mu czym prędzej dozo!
Bądź jak ten Brise aerozol
I nie łudź się, że na zawsze
Bo każdy cosik czasem spaprze
Ważne jest by móc się postarać
Naprawić nie na innych zwalać
Ludzka rzecz to błądzić, wiem to
Nie wierzysz? to rzuć kamień, yo
Wielki smród nagle miastem zawładnął
Czyżby na miasto gówno spadło
Swąd jak siarkowodór
A ty pytasz skąd? skąd ten odór?

Odór...
Odór...
Więc lepiej zamknij otwór...
Bo czuję odór

Chciałeś wszystko dobrze ogarnąć
A z tego wyszło końskie łajno
Tak zwana końska spierdolina
I nie wiesz teraz jaka tego przyczyna
Zrzedła ci mina, bo już capi, capi
Całe osiedle a ty zabić, zabić
Nie wiesz jak, oj, jak mi żal ciebie brat
Doświadczenie chyba tobie brak
Z góry patrzy na to cały świat
A ty nawet nie wyciągniesz pały nad
Nim, oj, jaki z ciebie nieborak uwierz mi
Tak to jest kiedy idzie wszystko jak z płatka
A tu nagle wyskoczy ci bączek i jatka
Wtedy zaczyna się
Wszystko co dobre zamienia się w złe
Znowu nadepnąłeś na kolejną minę
Dopiero co zacząłeś, a i tak jesteś w tyle
O Boże, Boże, nie, ja chcę iść do przodu
Ale jak mam iść jak dookoła mnie tyle smrodu
Wali równo, wali równo
A jak nie ma walić jak przecież to gówno
Nie cud, bo ma rodowód i to nie bez powodu
Z daleka to czuć od wschodu do zachodu, bo to

Odór...
Odór...
Więc lepiej zamknij otwór...
Bo czuję odór

Ej Dab, ludzie pytają mnie znów
Czy to z dup czy to z głów
Cz to usta czy to rów
Powodują ten smród
Ludzie po co tyle słów
Wystarczy zamknąć otwór i już

Odór...
Odór...
Więc lepiej zamknij otwór...
Bo czuję odór
Dj BPP,
Kali, Kali, Kali, Kali, Kali, Kali, Kali, Kali.

Kiedy ja kocham Ciebie wtedy nie kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja nie kocham Ciebie
Kiedy ja kocham Ciebie wtedy nie kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja nie kocham Ciebie

[Bilon]
Brak równowagi zasiewa ferment duży
Słońce i tak musi wyjść po burzy
Promień osuszy, wilgoć poleci w eter
Jak gorzej być nie może, na pewno będzie lepiej
Znam dobrze stan ten, upadków uniesień
Namiętne lato, też depresyjną jesień
Serce nie sługa, jest ważne czy się ufa
Myślisz nie ona za chwilę będzie druga
To żadna sztuka, dziś szukam zrozumienia
Kochamy się znów, znów kręci się ziemia
Spełnia się sen, spełniają się marzenia
W dobie oszołomienia powróciła chemia
Czystego tchnienia bez przebaczenia nie ma
Bolesna prawda niż cukierkowe kłamstwa
Za pięć dwunasta by była sprawa jasna
Miłość jak czkawka każdego czasem targa

Kiedy ja kocham Ciebie wtedy Ty kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie wtedy ja kocham Ciebie
Kiedy ja kocham Ciebie wtedy Ty kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie wtedy ja kocham Ciebie

Sytuacja jedna, w odbiorze myśli różne
Ty widzisz kwadratowo, ja widzę podłużnie
Na jednym świecie przyszło i tak nam żyć
Lecz życie bez miłości nic nie jest warte, nic
Sytuacja jedna, w odbiorze myśli różne
Ty widzisz kwadratowo, ja widzę podłużnie
Na jednym świecie przyszło i tak nam żyć
Lecz życie bez miłości nic nie jest warte, nic

[Wilku]
Prawdziwa miłość przetrwa wszystko
Jeśli grasz w te grę, to musisz grać czysto
Wiesz, nie przelicza się wszystkiego na monetę
Pamiętaj, tylko leszcz podnosi rękę na kobietę
Nie czaję tych, co trwają w dziwnych związkach
Kochasz to jesteś, nie to nara piątka
Czas posprzątać bałagan na strychu
Trzeba przeżyć to samemu jak powiedział Rychu
Szczeniacka miłość, to nie dojrzała miłość
Zaufanie, zrozumienie są prawdziwą siłą
Jakby nie było wciąż będę się starał
Przeszłość minęła, dziś już nie nawalam
Cóż takie czasy, dzieci mają dzieci
Porno w sieci z monitorów nęci
Prawdziwa miłość, to nie miłość chora
Masz dość, zmień to, wolna twoja wola

Kiedy ja kocham Ciebie wtedy nie kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja nie kocham Ciebie
Kiedy ja kocham Ciebie wtedy nie kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja nie kocham Ciebie

[Kali]
Kiedy ja kocham Ciebie Ty mówisz to nie ma sensu
Co było wypalone jak popiołka pełna skrętów
Za dużo zakrętów, za dużo przykrych słów
Nie chcesz dzielić ze mną życia, nie mamy podobnych snów
Kiedy Ty kochasz mnie ja mówię 'daj spokój skarbie'
Brakuje mi już sił, przez Ciebie wyglądam marnie
Nad nami chmury czarne dawno po zachodzie słońca
Wiem, chcieliśmy dobrze lecz zbliżamy się do końca
Nagle mówisz kocham Cię a ja czuję to samo
Te dwa proste słowa dają ukojenia ranom
Wczoraj nienawiść wyznaliśmy koszmarną
To dziś poranione dwie połówki znowu w tango
I bądź tu mądry, synchronizuj dwa serca
Bo to co cię uskrzydla potrafi być jak morderca
Się nie nakręcam już więcej nie rozkminiam
Bo prawdziwe uczucie co by się nie działo nie przemija

Kiedy ja kocham Ciebie wtedy Ty kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja kocham Ciebie
Kiedy ja kocham Ciebie wtedy Ty kochasz mnie
Kiedy Ty kochasz mnie ja kocham Ciebie

Sytuacja jedna, w odbiorze myśli różne
Ty widzisz kwadratowo ja widzę podłużnie
Na jednym świecie przyszło i tak nam żyć
Lecz życie bez miłości nic nie jest warte, nic
Sytuacja jedna, w odbiorze myśli różne
Ty widzisz kwadratowo ja widzę podłużnie
Na jednym świecie przyszło i tak nam żyć
Lecz życie bez miłości nic nie jest warte, nic

Prawdziwa miłość przetrwa wszystko
Na pewno będzie lepiej, by była sprawa jasna
Zaufanie jest pra-pra prawdziwą siłą
To co czuję to jest pewniak

Prawdziwa miłość przetrwa wszystko
Napewno będzie lepiej, by była sprawa jasna
Prawdziwa miłość przetrwa wszystko
To co czuję to jest pewniak
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo