Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Rychu Peja SoLUfka, LA, White House, Na Powierzchni, tak...

Stary wyga rapu wciąż się param tym rzemiosłem,
nadal Charlie Charlie jak u Ani Dąbrowskiej.
Nadal jest postęp, bo ja sam odczuwam progres -
nowy rok i nadzieje na najlepszy w życiu okres.
Siedzę wygodnie i planuję swoją przyszłość,
piszę tekst o tym jak będzie, a nie o tym jak było.
Grzeszne życie się skończyło, teraz Ricci na powierzchni -
z dala od bezsensu życia codziennego, wierz mi,
że się odechciewa bytu, który pozbawia godności,
z dala od złości, próżności i samotności.
Ja spragniony tej miłości, bo tak bardzo jej pragnąłem
w hektolitrach goudy utopione tak płynąłem.
I sam nie wiem skąd wziąłem tę siłę by się zatrzymać,
widocznie w tym wrażliwcu drzemie nie spożyta siła.
Chcę żyć, bo kocham życie chociaż chciałem je zrujnować
to wychodzę na powierzchnię z boską pomocą, zobacz.

Ref. I wychodzę na powierzchnię,
bo na dnie nie było nieźle.
Chcesz to w syfie grzęźnij, ja Ci powiem, nie ugrzęznę.
Zwykły śmiertelnik, który błądził,
dziś to pewne że wychodzę na powierzchnię
i czuję się z tym świetnie.

I utrzymam się na wierzchu, chociaż ciężko być na szczycie -
kariera jest jak stryczek dla tych nie stabilnych życiem.
Bo me życie coś więcej niż nagrywki i koncerty,
moje dupy, moje kace moje traumy - jestem dzielny.
'06 Duchowo Mocny, za pożycie wielkie dzięki.
Nie wiem komu podziękować, że nie wleciał nóż do ręki.
Ten co w rapie zdobył wszystko, walczy o swe człowieczeństwo,
Czarny pijar to przekleństwo, moje życie - szaleństwo
Teren to Poznańskie Księstwo, gdzie na jego zapleczach rujnowałem sobie życie,
Ten co z bólu wył, ryczał, nie chciał żyć, mówiąc "Nic dobrego mnie nie spotka",
myślał na poważnie o pobycie w ośrodkach.
Poczułem tam od środka, że już gasnę, że odejdę -
potrzebowałem wsparcia, gdy tak sam cierpiałem, babe...

Ref. I wychodzę na powierzchnię,
bo na dnie nie było nieźle.
Chcesz to w syfie grzęźnij, ja Ci powiem, nie ugrzęznę.
Zwykły śmiertelnik, który błądził,
dziś to pewne że wychodzę na powierzchnię
i czuję się z tym świetnie.

Pijąc sok żurawinowy, bez wódki, odganiam smutki,
życie na powierzchni temat piękny to choć trudny.
Szaleć na trzeźwo, trzeźwym okiem się przyglądać,
znam radość życia, nadchodzę, pełen spontan.
Mroczne czasy na osiedlu, gdzie robiłem z siebie śmiecia -
w moim domu wiało chłodem, ja wolałem biuro Miecia.
Plotkowali, że odleciał, ja odpowiem - wylądował,
w mojej sytuacji każdy by się rozchorował.
I pewnie bym żałował, brnął w to bagno tak bez końca,
bez nadziei na ratunek - tak człowieka zgnoić można.
Szczęśliwy człowiek co w imię miłości doznał tyle bólu, upokorzeń,
że chciał umrzeć, rozpoznaj. Uroniła byś choć łzę,
Stojąc dziś przy mojej trumnie?
Często w to wątpiłem, więc wybiera życie skurwiel.
Wśród bliskich, na powierzchni, nie masz o tym pojęcia,
Sama nie wiesz co tracisz, już nie mówię bądź przeklęta.

Ref. I wychodzę na powierzchnię,
bo na dnie nie było nieźle.
Chcesz to w syfie grzęźnij, ja Ci powiem, nie ugrzęznę.
Zwykły śmiertelnik, który błądził,
dziś to pewne że wychodzę na powierzchnię
i czuję się z tym świetnie.

(scratching)
Toksyczny syf, który moje życie zepsuł, toksyczny syf.
To nie dla mnie, wolę prościej -
napisać i złożyć, napisać i złożyć całą prawdę!
1. Przechadzka Jacka zastąpiona przez przebieżkę,
dosięgła mnie ta macka znienacka, to nie jest śmieszne.
Więc się nie śmiej jakbym był Benny Hillem,
Czas zabija jak kiler, jest u nogi kulą, a ja wolę mieć urlop.
Dlatego większość rzeczy robię na ostatnia chwilę,
Chylę czoła przed wszystkimi, którzy mają siłę
Być systematyczni i konsekwentni,
Posłuchajcie dwóch przykładów z mojej własnej eksperiencji

REF. Na ostatnią chwilę - życie jak thriller,
pośpiech - znów dziś sobie nie pośpię,
spontan - świat zapieprza jak Pontiac,
ostatnio robię wszystko na ostatnią chwilę.

2. Pierwszy przykład, jedyny w swoim rodzaju,
Był czwartek, mieliśmy grać koncert nazajutrz.
Wieczorem bawiąc się w klubach zapomniałem o Bożym świecie,
wiecie, był ubaw, w głośnikach grał Grand Puba.
Próba - ups! - zapomniałem na amen,
To moje lenistwo złą sławą owiane.
Nic to, na pewno zdążę na banę, wiesz, na pociąg
W końcu mamy niezłe połączenia z Łodzią.
Z tą myślą goniąc węża położylem się do łóżka,
Budzik nastawiony punktualnie godzina ósma.
Alarma!!! Lecz tego ranka nawet wystrzały w armat
By mnie nie zbudziły, sen był mi miły.
Kolejny problem to fakt, że nasz śpioch Jacuś,
Wstał w końcu ale na niezłym kacu.
Ohh...boli dynia, w gębie pustynia,

Późna godzina, cholera, zaraz trzeba się zbierać.
Jeszcze tylko wezmę kapięl, sprawdzę pocztę na kompie,
Wypalę parę płyt i na tramwaj sprint.
Ale burdel! Zbiegam ze schodów zarzucając kurtkę,
Kurde, trzeba się wrócić, zostawiłem komórkę.
Cudownie! Dosłownie kwadrans mam do odjazdu,
Spocony zasuwam, nerwowy odliczania minut nastrój.
Owal już puszcza głuchacze, ja biegnę jak w sztafecie Haczek,
Laczek na peron, ha... nie mogło być inaczej.
Niemal tygrysim skokiem wpadam do pociągu nie dbając o bilet,
Zdążyłem...na ostatnią chwilę.

3. Drugi przykład, sprawa nie mniej przykra.
To szkoła! Dodająca życiu pikantnych przypraw.
Gram rapy, jednak edukacyjnie chcę spaść na cztery łapy,
Znając ogólne zasady, pamiętam o tym aby
Sprawiać by znośną stała się nauka,
Potrzebna skuteczność Luka Nilisa, urok Elvisa, spryt lisa.
To krótka analiza życia studenta,
Życia, które ani na chwilę nie zwalnia tempa.
Jeśli nie jesteś tempak to dasz sobie radę,
Nawet gdy nie jesteś nader...systematyczny
Polecam mocną kawę i przekonanie o swej sile,
Nie daj się zjeść bez walki jak filet.
Ja na ostatnią chwilę, choćby na dostateczny
By wynik ostateczny mnie cieszył.
Świat przyśpieszył, a ja nie chcę wlec się w ogonie,
Lajner nie utonie, jakem Mejger bronie swego.
Jestem tak daleko, że już nie mogę zawrócić
patrz rap pochłonął mnie jak nastolatków jointy w gimnazjach
rap? dla nich to szansa na lans, dla nas to pasja i start
Ty chcesz bym zawrócił, cofnął coś co robiłem tyle lat
patrz żeby zatrzymać mnie musiałbyś zatrzymać świat
Moi ludzie, nie znasz ich tak naprawdę
nie oceniaj, łapiesz? to nie są tylko setki twarzy z ławek
to nie są tylko jointy, wóda, browarek
wiesz co, przyjdŹ, pogadaj, poznaj prawdę

Chłopaki z ławek, wiem oni są nikim dla was
chcesz nas oceniać, ok, spoko lepiej przyjdŹ pogadaj
wielu z tych co są na stałe tu
pierdoli prace i te legalne parę stów
łapiesz? marzysz o wyspach oni też
Ty masz wakacje na wyspach oni muszą gonić
wiesz odbij od nich albo przyjdŹ usiądŹ
poświęć im chwile na tej ławce, przyjdŹ
pogadaj chwile z tymi ludŹmi
możesz być pewny, że poznasz prawdę

Jointy? nie patrz tak na nas, zdejmij z oczu klapki
jointów nikt nie hoduje z nas i nie handluje tym z pod ławki
nie rozumiesz spraw tych, nie chcesz ich pojąć teraz
nie popieram legalizacji ale wkurwia mnie wasza niewiedza
nasza jest teraz jedyna szansa by to zmienić
gniew na twarzach rozpuszczonej młodzieży też mnie już martwi
ale nie wszyscy z nas to część narkomani
wpisani w to błędne koło jako hip-hop musimy tam tkwić
ok, jestem ćpunem, alkoholikiem, pedofilem i złodziejem
oceniasz nas choć nic o nas nie wiesz
wystawiasz noty, przyczepiasz metki
Ty, mówię o tobie, otwórz oczy i przestań pieprzyć
nikt z nas nie urodził się złym człowiekiem
nie bronię świata, jest wiele tragedii jeszcze na starcie
Ty możesz to zmienić jeszcze dziś
lecz tylko gdy dasz nam szansę
przyjdŹ, możemy gadać o wszystkim na tej ławce
otwórz oczy, spójrz jak wielu z nich ma potencjał
wielu z nich nie ma szczęścia
ja wierzę w nich choć to i tak nic nie zmienia
Oj dużo jest spraw.
Prosiłem: Boże zbaw mnie,
Już nie chce na to patrzeć,
Przecież na wylot znasz mnie.
Ja znaczy życie w odbiciu zero,
Tylko głupiec się nie przyzna
Do pracy nad własną karierą,
Choć pod tą samą banderą różni z założeń.
Liczysz na zmian szyk? Co ja czarodziej?
Znasz wstyd? To zamknij pysk lub podejdź.
Mam w sercu ogień,
W nim jest nadzieja,
Głupoty przejaw,
Tu nie ma przebacz, z tym bywa różnie,
Choć celem jeden punkt wyjścia z próżni
Wpatrzonych w siebie mumii,
Co chcą życie utrudnić.
Nawet kończąc jak żebrak nie znaczy, że przegram
Z tymi, co całe życie gapiąc się w ekran
Stworzyli własny krąg na cudzych nieszczęściach.
Wolę się zesrać na nich,
Resztki honoru splamić
Niż dać się zabić.
Poznaj sens granic kreślonych w warstwach
Pychy pierwiastka i skurwiałego kłamstwa,
Co krztusi jak astma oddech tym,
Co własnym życie stworzyli folder,
Kurew, co po trupach powoli pną się w górę,
Spójrz na ich miny...
Strach by zdążyć na pieprzone last minute

Nieważne za ile,
Nieważne jakim kosztem.
Zawsze 100 % tam gdzie są pieniądze;
Świat kurew, honor wzięty pod tresurę
Tych, co chcieliby byś był dziwką,
Co zrobi dla nich wszystko

Nieważne za ile,
Nie, nieważne jakim kosztem.
Zawsze 100 % tam, tam, tam gdzie są pieniądze;
Świat kurew, honor wzięty pod tresurę
Tych, co chcieliby byś był dziwką,
Co zrobi dla nich wszystko

Dla bogatych mój świat
Może być bagnem leżących na dnie,
Wiesz, a ja stąd widzę dokładniej wad szereg,
Stojąc cierpliwie w kolejce
Po swój szczęśliwy numerek totka,
Jestem pewny, że tu dotrwam,
Mam świadomość błędu.
Z dala od świata drogich perfum
I szarmanckich akcentów
Szukam sensu w tym,
Przekrój nadużycia intelektu,
By znaleźć się w uwagi centrum
I innym łut szczęścia zepsuć.
Wiesz już, o co mi chodzi.
Napchaną dupę łatwo wozić
Tym, co na fakt ten oczu nie chcą otworzyć,
Takt za taktem,
Gest za gestem,
Raniąc jak szerszeń,
By uleczyć jak żeń-szeń, po swojemu.
Jak masz do wyboru
Zamknąć pysk czy szczekać
To nic nie mów,
Zostań w podziemiu wolny od pychy,
Za którą zostaniesz w grób wbity.
Szczerze? Żal mi tych błaznów,
Co na myśl o sławie dostają orgazmu.
Kurestwo pseudoznawców dla kontaktów
Z zamiarem jak, gdzie i kiedy
Zaoferować siebie, by stawkę przebić
I cień swój wyprzedzić.

Nieważne za ile,
Nieważne jakim kosztem.
Zawsze 100 % tam gdzie są pieniądze;
Świat kurew, honor wzięty pod tresurę
Tych, co chcieliby byś był dziwką,
Co zrobi dla nich wszystko

Nieważne za ile,
Nieważne jakim kosztem.
Zawsze 100 % tam gdzie są pieniądze;
Świat kurew, honor wzięty pod tresurę
Tych, co chcieliby byś był dziwką,
Co zrobi dla nich wszystko
Mówią mi, jaki styl powinienem mieć
by zadowolić ich, wzbudzić ich podziw
Mówią mi o tym, jaka musi być według nich
każda z płyt, co ode mnie wychodzi
Mówią zawsze. Ja słucham i patrzę
chociaż nie ma tu się nad czym rozwodzić
Chuj mnie to obchodzi

Nie jestem taki jak wszyscy, bo nie chcę być
Nigdy nie będę tak ambitny jak w ESCE hit
Bo komercję w tym widzą te tępe muły
Bo się nie mieszczę w konwencje i pieprzę reguły
Wolę ten trudny szlak, który wybiera garstka
I to nie proste, lecz z tym dobrze mi
Słuchając ludzi miałbym smutny klip do "Serca miasta"
Na samą myśl o tym mnie mdli
Nie robię czego chcą i kładę styl nad ksero
A łby z tego nic a nic nie rozumieją
I jest ok, ziom, nie jestem zły
Ja stoję znów na sceną, gdzie jesteś ty?
Za wielu tu ma przelot, a nie skrzydła
Wielu gra tu za zero, a chce drinka
Licz się co? Mieć dystans, szczęście, hajs
Robić co każe serce. Na resztę srać

Mówią mi, jaki styl powinienem mieć
by zadowolić ich, wzbudzić ich podziw
Mówią mi o tym, jaka musi być według nich
każda z płyt, co ode mnie wychodzi
Mówią zawsze. Ja słucham i patrzę
chociaż nie ma tu się nad czym rozwodzić
Chuj mnie to obchodzi

To nie wigilia, a słyszę to co mówi bydło
Moja muzyka traci, bo mam niedopasowany wygląd?
Ci niedopracowani znawcy hip-hopu
Cieszą się, kiedy schematami wali wszystko tu
Mój styl to "Miejski luz", twój to "Wiejski żul"
Aty nie jesteś, kurwa, biedny, ty masz biedny gust
Bo masz niewielki mózg i to twój wielki problem
Mówią o tobie tylko kiedy GUS mierzy patologię
Mam się wzorować na tobie, tak łebku?
Schować się w sobie, jak żołądź w napletku?
Zaadaptować się do czerni wokół?
Podciągnąć dresy, by mieć skarpetki na oku?
Nie, dzięki, znam te kwestie i nie chcę ich
Możecie być wiecznie źli.
Pieprzę syf, marzą mi się lepsze dni.
Lepiej ty zmień ten dres, nim ci pójdą szwy

Mówią mi, jaki styl powinienem mieć
by zadowolić ich, wzbudzić ich podziw
Mówią mi o tym, jaka musi być według nich
każda z płyt, co ode mnie wychodzi
Mówią zawsze. Ja słucham i patrzę
chociaż nie ma tu się nad czym rozwodzić
Chuj mnie to obchodzi

Odkąd pamiętam, robię rap jak chcę, to się nie zmienia.
A teraz co dzień ktoś ma jakieś życzenia
Jak się wkręcasz w tok myślenia, że
Masz jakąś "moc wpłynięcia" na moje LP
To musisz nie znać mnie, ziomie
Mam gest, ale przestań mi jebać, bo to nie w fuck fest
Weź wyhamuj zanim pięty zobaczysz
Bo ja wcześniej, niż fanów miałem wściekłych słuchaczy
Znienawidź mnie lub mnie za to szanuj
Kompakty te robią chaos z planów
Trzymam się od schematów z daleka
I nie zdradziłem nigdy ideałów za zeta
Jeżeli chcesz, czekaj na te nagrania
I bierz to, jakie jest albo... Nara!
Podbijaj śmiało jak masz jakieś pytania
Ale życzenia.. to na święta ślij, do Mikołaja

Mówią mi, jaki styl powinienem mieć
by zadowolić ich, wzbudzić ich podziw
Mówią mi o tym, jaka musi być według nich
każda z płyt, co ode mnie wychodzi
Mówią zawsze. Ja słucham i patrzę
chociaż nie ma tu się nad czym rozwodzić
Chuj mnie to obchodzi
Aha, hańba, barbarzyńco, co, co by było łomotliwie
wieszczysz czyszczenie nie dwóch uchybień
Jeńca capną pnącza czarne neoenendeka
dekady dysputu trąci cicho choróbka kaleka lekarzy
żywcem w cement entuzjazm zmulisz liszajami mikrodyktatury
który turystyki kibice celu luzem z emigrowali
licznie nieposłuszni niskiemu mózgu
zgubco, co codziennie nieświadom
dom omamami ministrujesz
jeszcze sczeŹnie nie radość
dość o ściany Nysek ekscesów
uwstecznienie niezwykle kleszczy szczyty tyranoprezesur
Surrealizm zmiata, talib, liberalizm
z miernot ot otrzymujemy my myśliwych – wychwalić
a liczba barykadek deklaracjami milczy
czyha hańba barbarzyńcy
Świat mówi nam graj dla siebie,patrz na siebie,dziś chcę pokonać ten egoizm,
chce być z Tobą wspólnoto z całym światem,wiem jestem wariatem,sprawdź.

Jesteśmy sami,wyobcowani,skazani na to by codziennie się ranić
Samotny tłum płynie ulicami miast,życie utraciło blask
Łzy płyną strumieniami,w nas nie ma już tego,co było dawniej
Jednego czego pragnę to poznać prawdę
Nie spodziewałem się takiej reakcji
Masz dużo racji brakuje nam tych intymnych relacji
Czy mamy szanse na zniszczenie dzielących nas murów
Za bardzo wkręciłem się w wyścig szczurów
Zapomniałem co ważne w świecie,który tak pędzi
I myślałem ,że nawet Ty chcesz mnie przekręcić
Musimy to co złe szybko przepędzić
Daj szanse bym mógł jeszcze raz spędzić z Tobą te chwile
Usłyszeć jak Twe serce bije chce znów poczuć,że żyję

Ref:
Dziś wiem,wiem to na pewno chcę pokonać samotność i niepewność
Oto mego życia sedno
Chcę znów poczuć z Tobą i ze światem jedność.

Chcę znów obudzić w sobie chłopca
Za bardzo uwierzyłem w pisma hopsa
Byłaś mi obca
Za bardzo uwierzyłem w froide,że świat to wojna
A wszyscy ludzie to barbażyńska horda
Zawsze byłem pacyfistą,a musiałem patrzeć na to wszystko
Dwoistość ludzkich istot
Dziś wracam już więcej tego nie chcę
Będę sobą nawet jeśli świat mnie zdepcze
Choć bym miał się codziennie potykać
Już nigdy nie przestane zadawać pytań
Bo chcę pokonać to wyobcowanie,kochanie
Daj mi dziś ten jeden taniec
Niech to będzie gestem,manifestem,naszą tęsknotą za wspolnotą
Dla Ciebie jestem
Niech jeszcze raz płomień w nas zapłonie przez moment
Poczujmy,że świat jest naszym domem

Ref.
To jest projekt O.S.T.R., Emade 2005 Polska
Tak smakują realia, aha
ŁDZ-Bałuty-WWA

Jesteśmy sami sobie winni, zawsze sto procent
Wałki na innych i te nieprzespane noce
Nawet moc manifestów i ambitnych projektów
Nie jest w stanie ogarnąć szarych co widzą na czarno
Kolejne pokolenia karmiąc uczuciem zemsty
Że ktoś kiedyś ich życie spieprzył bezpowrotnie
Zamiast się podnieść gubią w sobie proporcje
Nastawieni na kontrę w każdym zdaniu
Nie mów o zaufaniu do świata z TV ekranu
Picu dla szpanu, zaściankowych chamów wojna

Po nozdrzach można poznać który to lepszy Oskar
Nie lubisz? zostaw, lecz głupota pcha na przypał
Łza na ślipiach, nie przerwie niczego i tak 24/7
Nad czaszkami groźby, być złym czy dobrym?
Zero pytań, wątpisz? strach tonie w liczbach
One odbite w źrenicach, a świat upadły w mitach
Zamiast powstać w krytykach czynów
Kreuje co dnia lepszych *****ysynów
Od siebie minimum by z dumą się nie rozstać
2005 realia made in Polska

[x2]
Smutek, nerwy, stres, obłuda, gniew
I nadzieja we krwi, 2005
W tym ja i świat ludzkich spięć
I miliony *****ysynów, zaciśnięte pięści

Co jest kastrat? pod butem gaz mam
Nie licz na falstart, czas dał po hantlach wantla
Ganda Fanta Santa Maria
Skandal dam wam
Patrz jak ubywa energii wybujałym od koksu
Zabierz ich, to nie opera Verdi na zielono jak Kermit
Wiem że dotrzymam tempu tętnic
Sensimila sens i chwila we krwi
Przeklnij wrogów, wróg znaczy powód
By posłać Bogu serce cięte jak shogun
Sprawy kuriozum jak wakacyjny strój Tajki
Gdzie główny sponsor to ***** a nie Nike
Masz swój, mam szaszłyk okrzyknięty niebem
Jak i tak ziom skończymy z tym samym chlewie
Z sąsiadem szpiegiem nie szukaj logiki
Nie tutaj kamyki nie ruszaj się
Mity żyją wiecznie, przy tym bezszelestnie
Niszczą umysłów wnętrze jak w bloku burdel na piętrze
Obrotów im nie zwiększę, nie stać mnie proste
Wiesz jak jest ziombel, ważny jest progres
Znasz to, pozostaje wierny temu co wyjrzał w miasto
Dla wrogów beczka, frajerzy na baczność

[x2]
Smutek, nerwy, stres, obłuda, gniew
I nadzieja we krwi, 2005
W tym ja i świat ludzkich spięć
I miliony *****ysynów, zaciśnięte pięści
Widziałem wiele zerwanych filmów
Urwanych rytmów i podartych życiorysów
Widziałem twarze ofiar i najeźdźców typu
Którzy bez skrupułów dobijali przeciwników
Widziałem ślady szczęścia w całym tym śmietniku
Które wyglądały jak kropla w Atlantyku
Widziałem nagle zakończone przedstawienie
Podziemie wciągało tych co chcieli być z podziemia
Bagno ciągnie, a głupota nie wybiera
Ilu dobrych dzieciaków przywitała już gleba
Nie myśl co inni myślą, tak się nie da
Pomyśl co sam myślisz, kurwa, eureka
Widziałem wyszczekanych zawodników kilku
Na ogół to owieczki pośród stada wilków
Bądź losu panem, ale życia sługą
Bo każdy rytm się potrafi przyciąć grubo

Rwany rytm to zerwany film w starym kinie
Miejski syf zagubiony gdzieś po kokainie
Czarno biały styl bo w sumie ciężko rozpoznać
Czy rwany rytm stoi po stronie zła czy dobra
Przeszywa sny, sprawia, że czujesz go na plecach
To nie strach, namacalny styl cię obleciał
Przysłuchaj się dzieciak, wiem, że masz takie dni
Gdy tylko ty wiesz czemu zerwał ci się rytm
To ciężkie łzy, o których nikt nie słyszał
A wyszło tak, że o tych chwilach mówię ci dzisiaj
Znajoma proza życia, bywałem w takich miejscach
O których większość społeczeństwa nie ma pojęcia
Gdzie ból ludzi zadręcza, gniew przysłania radość
Co czuje spętany gdy strach mówi dobranoc
Nikt nie chce za nim stanąć, brak pomocnej dłoni
Boi się, że nikt nie myśli o nim
Teraz wie, czuje jedynie fragmenty szczęścia
Zrozumiał gdzie leży istota człowieczeństwa
Na ścieżkach szaleństwa gdzieś z dala od domu
Tyle jesteś wart ile z siebie dasz komuś

To ten stan, który zmienia świadomość
Nie poznałbyś siebie, nawet gdybyś stał obok
Twój czas, jedynie moment by pojąć

To ten stan, który zmienia świadomość
Nie poznałbyś siebie, nawet gdybyś stał obok
Twój czas, jedynie moment by pojąć

Siadam sam na ławce, spokój wypełnia umysł
obudź się, przemyśl ruchy by się w tym nie pogubić
Sam do siebie mówię i to nie paranoje
Mam silną wolę i chwile słabości jak każdy człowiek
Mam paru ziomów, którym nie poszło w życiu
Kilku wybrało ryzyko inni są na odwyku
Miesiąc minął na styku, znów nie widać profitów
Przeszłości nie odwrócisz, na to nie masz wpływu
Możesz w jeden moment stracić cały dorobek
Stracić wolność na lata albo stracić zdrowie
Osobista spowiedź czasem wzmacnia duchowo
Lepiej krzyczeć o bólu niż chcieć skończyć ze sobą
Czułem takie emocje patrząc na zioma pogrzeb
Wstrzymałem oddech, ciężko zapomnieć
Przegrać można wszystko burząc swój fundament
Zwrotkę dedykuję ludziom, których znałem

To ten stan, który zmienia świadomość
Nie poznałbyś siebie, nawet gdybyś stał obok
Twój czas, jedynie moment by pojąć

To ten stan, który zmienia świadomość
Nie poznałbyś siebie, nawet gdybyś stał obok
Twój czas, jedynie moment by pojąć
Parę dobitnych słów
Parę dobitnych słów
Parę dobitnych słów
Do bitu

Ref.x2
Nie bać się
Nie dać się
I zwyciężyć
Pod obręczą
Nad obręczą
I na obręczy
Nie bać się
Nie dać się

Nie bać się
Nie dać się
Z gównem nie jebać się
Każdy dzień przeżywać jakby był tym ostatnim
Pogrążeni w matni, chcąc być ponad tym
Czas nagli jak diabli, ja i kartki
Miałem w życiu trochę niewygód
Zaliczyłem trochę, hardkorowych przygód
Wyciągnąłem wnioski, bo nie jestem przygłup
Kolejny powód powoduje szczery wywód
Emocji wybuch. Wbij cybuch
I daj mi buch
Ten trak nie jest słodki jak drin z malibu
Kadry z filmu w pamięci trzymam. Nie zapominam.
Za mną nie jedna mina
Przede mną nieuchronny finał
Jak ślimak sam sobie nosze dom
Przydomek Don. Płynę jak prom pod prąd
Pierdole berło i tron
Mam stilo z zachodnich stron
I mikrofon, co razi słowem jak trąd
Zataczam okrąg, otwieram okno
Betonowe lasy ciągle mokną, (bo pada deszcz)
A ja spadam, z każdą kroplą
Spadam po stokroć
Okolice pozostawiam mokra (wiesz)

Spadam z każdą kroplą
Spadam
Bo pada deszcz
Spadam
Nie bać się nie bać się
I zwyciężyć
Nie bać się
To jest bracie moje solo, zapomnij o przegranej.
Wszystko co ma być, zostanie powiedziane,
wraz ze mną ludzie, z którymi trzymam sztamę,
uliczny styl i wściekły temperament,
jebane psy wciąż zastawiają sidła,
Chada nie z tych co oczy Ci zamydla,
jak nie masz hajsu to zajeb to z Empiku,
ja nie wymagam, byś płacił za ten tytuł,
zapalam światło w pokoju pełnym mroku,
lecz Ty i tak odczuwasz niepokój,
ja, tak jak Ty na życie mam tu patent,
bez dedykacji dla leszczy pod krawatem,
nagrywam rap związany z marną forsą,
ja jestem dawcą, a Ty moim odbiorcą,
to czysty układ, ja ze swoją bandą,
i brudny rap pod niczyje dyktando.

(To jest Chada, Chada proceder, 2009,
prawdziwy głos ulicy, masz to!)

Ref:
By tu być i godnie żyć trzeba mieć ikrę,
współzawodnictwo, już do tego przywykłem,
ej, kolo, Chada puszcza w miasto solo,
możesz powoli już zamawiać nekrolog. /x2

Kolejny wers, z którego zrywam cenę,
ręce do góry i zapraszam pod scenę,
nie zapominaj, że jestem tu z wyboru,
daje esencje czystego hardcore'u,
wciąż trzymam gardę i bronię się przed ciosem,
na przekór tym, co nie godzą się z losem,
gdy byłem głodny, to wziąłem i ukradłem,
i odtańczyłem swój taniec śmierci z diabłem,
jeśli tu żyjesz, to nerwy masz ze stali,
szacunek tym, co gościnnie się dograli,
ciągle na fali - klarownie i bez zmiennie,
dzieciak, nie warto brać przykładu ze mnie,
to moje solo jak wyrok winowajcy,
nigdy już nie uwierzę w zapewnienia zdrajcy,
kocham to życie, ryzyko i ulice,
gdzie czarne myśli mają odbicie w praktyce.

(To jest Chada, Chada proceder, 2009,
prawdziwy głos ulicy, masz to!)

Ref:
By tu być i godnie żyć trzeba mieć ikrę,
współzawodnictwo, już do tego przywykłem,
ej, kolo, Chada puszcza w miasto solo,
możesz powoli już zamawiać nekrolog. /x2

Koniec zawieszenia broni, ruszam do ataku,
są płyty przez które wstyd mi, że słucham rapu,
co? taka z Ciebie figura?
wszystko załatwiam jednym pociągnięciem pióra,
jedną linijką niszczę Twoje plany,
wyrok już został podpisany,
to moje solo gwarantuje, że zginiesz,
nie wiesz skurwielu co Ci jutro może przynieść,
wysoko latasz, uważaj żebyś nie spadł,
serwuję prawdę, choć ta bywa bolesna,
(Ciiii) obejdzie się bez pytań,
w moich żyłach już od lat krąży ta muzyka,
pierdolę, nie chcę Twojej forsy,
to nie polowanie polityka na krzyżyk wyborcy,
muszę być wilkiem, gdy wkoło są wilki,
jesteś przeciwko, to na wieki zamilknij.

(To jest CHADA!)

Ref:
By tu być i godnie żyć trzeba mieć ikrę,
współzawodnictwo, już do tego przywykłem,
ej, kolo, Chada puszcza w miasto solo,
możesz powoli już zamawiać nekrolog. /x2
Dla wszystkich skurwysynów co myśleli
Że jestem zerem, frajerem, że nic nie potrafię
Teraz wam się trochę do dupy uleje
O.S.T.R. 2001 złotych rok
Kurwa dla każdego kto wątpił, że to kiedykolwiek nastąpi
Środkowy palec z obgryzionym paznokciem

No przecież wkurwia cię to, że to, aż tak szybko szło
A teraz poczułeś dno w ustach już robi się mdło
W pustej kopule za mgłą widzi się gwiazdą pro
Myśl złota jak PKO wszystko tu tak tworzy zło
Sejf twardy twe oczy tną, fortuna zdobędę ją
Bez żadnych zasad bon-ton, bo zwoje mózgowe wrą
Pracując całą dobą minuta za minutą
Godzina za godziną by zebrać solidny plon
Narzucić uległym ton odnaleźć dla siebie schron
Wdrapać się na świata tron by przyjąć od ludzi skłon
Potem ich zesłać na front do walki za mały błąd
Samemu schować się w kąt bezpiecznie sprawując sąd
Wbijasz im swój horyzont patrząc jak serca się drą
Wina to twoja? A skąd, przecież to wyłącznie hołd
Czczący twój cudowny rząd jak USA Biały Dom
Zasadą tą ząb za ząb masz władzę tu chuj wartą
Bo nam jest pomysły tną więc cieciu raz paszoł won

Nie ma, nie ma, tego, tego, złego, złego, co by, co by, na dobre nie wyszło (x4)

Tu nagle królewski trend ulotnił się jak psi swęd
Kiepski okazał się sprzęt słychać już cichy lament
Już na niej z tysiące ręk jak w puli jest tylko cent
No masz nasz prezydent co zgarniał kasę za czek
Nie skumał tych prostych puent nie dorastając do pięt
Skończyłeś jak w szambie pet w ustach zamiast smaku mięt
Goryczą odurzasz się i plan szlachetny ci zwiędł
Jak w toalecie lux-dred sam zaplątany wśród pęd
Za trudno podany serw i kolo w sekundzie zmiękł
Jak stos połamanych szczęk już został mu tylko lęk
Z nich szybko jak kasy brzdęk no gdzie ten przyjemny dźwięk?
Znikł jak pojawił się stęk próbujesz odzyskać wdzięk
Za mało na krzyżu pręg czuję do takiego wstręt
A żeby jak on dopękł dobro wygrało ze złem
Ujrzano co było złem dość mi na świecie hien
Uczciwych zdrowie piję, by spełnić choć jeden sen

Nie ma, nie ma, tego, tego, złego, złego, co by, co by, na dobre nie wyszło (x8)
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo