Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Nie ma mnie dla nikogo...
Nie ma mnie dla nikogo...
Znasz to, nie?

Ogólnie dostępne na bieżąco
Istne życie na gorąco
Załatwiam sprawę pieklącą
Jak zwykle nowe się wtrącą
Mą głowę zmącą
Często z równowagi wytrącą
Z czasem
Wpływa to na mnie męcząco
Niepokojąco
Z natłokiem spraw stresująco
Wiesz, w ciągłym pędzie, biegu,
Szarych ludzi szeregu,
Czasem w błędzie, szczegół...
Pośród twardych reguł
I na śniegu ślady
Ludzkiej defilady
Ściemniane obiady
Zajob do przesady
Praca, laska, dom, wykłady,
Kumple i skład ponad składy
Super podkłady, wywiady, kolejne estrady
Całe miriady tych kwestii
Nie dałbym rady bez autosugestii
Załatwić tych z tych leżących w mej gestii
Wtłoczony w szablon monotonii
Jak w Diablo
Wyrwany z agonii
W matni problemowej toni
W nieustannej pogoni za spokojem
Czasem spędzanym we dwoje
Gdy nastroje tworzą sentymentalne przeboje
Kiedy wiem na czym stoję
Swoje
Smutki na partnerki ramieniu koję
Całe roje spraw zostawiam poza pokojem
Poję energię na kolejne boje
Gnoję wewnętrzną paranoję
I w kierat wkraczam
Wpierw się dwoję
Cele wyznaczam
Potem troję
Z drogi nie zbaczam
Poza terytorium działań nie wykraczam
Nie wykraczam...
Przytaczam sens mej nieobecności
Z konieczności odcięcia od rzeczywistości
Bo smak wolności szkicuje
Szkielet życia abstrahującego od skłonności
Do zawiłości
Do duchowej starości
Ogłaszam wszem i wobec
Nie ma mnie dla ludzkości

Chcę mieć spokój
W stresowych sytuacji
Natłoku
Jestem jak statek zadokowany
W doku
Od półtora roku
Nikogo na widoku
Tylko dźwięki hip-hopu
Na dziewiątym piętrze w bloku
Tak między nami
Sam na sam z płytami
Nikt mi nie da tego
Co to właśnie da mi
Badam grunt pod stopami
Gdzie mi kurwa z butami?!
To jak Koontza "Szepty"
Słyszane za uszami
Wciąż sami jak palec
Co dobrze nie wróży
Obcy jak ósmy pasażer podróży
Milionami
Na przestrzeni Ziemi rozsiani
Obcują tu obcy wyobcowani
Ludzie
Co to ma być?
Pytam
Co to ma znaczyć?
Tego wrogom nie można wybaczyć
Niestety
Wszystko ma swe priorytety
Vis a vis z drzwiami
Od pokoju do planety
Panie i panowie
Są tacy co stają na głowie
Tak, jakby wszyscy byli w zmowie
Do czasu aż sobie jeden z drugim uzmysłowi
Jacy oni wszyscy są małostkowi
Aż rzygać się chce
Ten kto to wie, kurwa
Życie upstrzone jak gołębim gównem
Bulwar
Zrobi tak jak ja
Pójdzie własną drogą
Prócz cienia
Nie ma ze mną nikogo

W powietrzu czuć Heinekenem
Gdy żegnam się z problemem
Pokój dla tych co w pokoju są
Sam na sam z tym sound systemem
Wiem, że czasem trudno być Supermanem
Gdy wtłaczany pod ciśnieniem
Stres jest działań terenem
Znam jak Ty te noce nieprzespane
By nad ranem
Zawikłane kwestie podjąć z nowym
Planem jak z taranem
Dokładnie znam to
Mam te same
Myśli skołatane
Znam to, jest mi znane uczucie z tym związane
Co jest grane?
Marzenia niewypowiadane
Zapominane bo nie doczekałem się na zmianę
Przekonanie,
Że po którymś ciosie się nie wstanie
Co jest grane?
Czasem głupie pytanie, nie?
Bakanie, popadanie w manię
Życie diametralnie inne niż to na ekranie
Walka o przetrwanie
I kombinowanie
Wprowadza mnie w stan gdzie zdecydowanie
Za dużo sytuacji, które szybko nużą
Za dużo ruchów, które niczemu nie służą
Dużo za dużo akcji, które wszystko burzą,
Które źle wróżą
Tak jak cisza przed burzą
I łżą jak psy
Pierdoląc trzy po trzy
Ej, ej, ej Ty
Trzeba było myśleć gdy
Po fakcie łzy zalały Ci oczy
I tak przez siedem dni
Dzień w dzień ten sen się śni
Witam Cię dniu z poziomu fotela
Z wnętrzy M3
Witam Cię, dniu niewdzięczny
Tu po tej drugiej złej stronie tęczy
Witam bez kwiatów naręczy
Bez zastrzeżeń
Dzień, który przede mną piętrzy
Jeszcze większy
Cień nad światem wewnętrznym
Witam, choć z dnia na dzień coraz bardziej niezręczny
Jestem tenże gest nikt mnie nie wyręczy
Wiesz jak męczy
Myślenie o stanie rzeczy
Wiesz jak jest, gdy czyjś czyn czyimś słowom przeczy
Wiesz jak to leczyć
Lecz to kaleczy
Race THC
Jak dwa ostrza mieczy
Na razie walczę
I na jaranie warczę
Chcesz też uwierz, ja
Dostarczę Ci tarczę
Może nie wystarczę
Ale będę tuż obok
Prócz Ciebie nie ma mnie dla nikogo

Nie ma mnie dla nikogo...
Nie ma mnie dla nikogo..
Nie ma mnie dla nikogo...
Nie ma mnie dla nikogo..
Ref. To nie film, to jak miałbyś być sługą i bogiem
nie poradzisz sobie z tym jak z temperatura kobiet
przeszedłem długą drogę, choć wciąż polują mogę
znów ruszyć znów furą w obieg, znów dobierać drogę

PORK:
Kolejny wiraż, potrzebny mi jest rap jak ludziom ogień
czuje to jak enduro, powiew i jak zły urok w tobie
gdzie mam marzenia? dawno za siódmą górą człowiek
powiedz co będzie jak nie zdążysz dobiec w porę?
najpierw pozwoliłeś odejść, nie zawsze jest się górą snobie
leżysz na dnie w rowie, nieco inni z kulą w głowie
ukradłeś studniom wodę, więc masz ponurą spowiedź
miałeś kumpla, lepiej powiedz z którą pobiegł
nie mi, murom powiedz, ja mówię Shure'om co wiem
świat to pod lupą kopiec, mieć trzeba nad dupą głowę
ludzką naturą fobie i nawet jeśli kruszą kopie
mów bowiem nawet lód strawi kiedyś ogień

Ref. To nie film, to jak miałbyś być sługą i bogiem
nie poradzisz sobie z tym jak z temperatura kobiet
przeszedłem długą drogę,choć wciąż polują mogę
znów ruszyć znów furą w obieg, znów dobierać drogę

SZAD:
Chcą szukać dobra tu a to jak szukać Boga w Rio
tu dni jak woda płynął, tańczy na wietrze nylon
to Babilon stoi pokryty formaliną
wkrótce pod lawiną fałszu runie z całą tą drabiną
Dzielę błąkaniną druga z mą kompaniją
Głęboka miłość dla oddzielonych na tych blokach linią.
Na blokach żyją i na blokach miną
Jak te historie napisane dla tych imion
Ja jestem jednym z miłośników tych nośników, buntowników
Co z chodników do głośników niosą deszcz meteorytów
Niszcząc blef stereotypów opisują brud chodników.
Chłód chodników, szum chodników dając wielu grunt w dotyku
W świecie gum, plastiku ekstra figur, ekstaz pigul
Liczy się perfekcja bytu tez masz wybór reszta przygód
W Twoich rękach sam decyduj jaki ten koniec ma tytuł.
Czy wybierasz miejsca trybun czy unosisz ekskalibur.

Ref. To nie film, to jak miałbyś być sługa i Bogiem,
Nie poradzisz sobie z tym jak z temperaturą kobiet,
Przeszedłem długą drogę choć wciąż polują
Mogę ruszyć furą w obieg, znów dobierać drogę.

NULLO:
Możesz grób kopać, prosić o cud Boga wciąż błądząc,
Jest tyle dróg popatrz znów chłopak wybrałeś tą złą,
Jutro brat Twoje problemy się nie skończą,
Jeżeli Ty każdego dnia będziesz odkładać je na konto,
W tej dżungli brak czystych rąk, brat wszyscy chcą brać,
Od nas, w zamian oddadzą zwykły tombak
Moj kumpel nie mial rodzicow czy mial sie poddac?
Ma teraz własną rodzine zdobyl własny MOUNT BLANC
Znałem też typa, wypadek zabrał mu sens dni.
Wierz mi o nic nie pytał gdy pisał list do śmierci.
Dziś to szczęśliwy człowiek bez pretensji,
W głowie wybaczył sobie gdy stał już jedną nogą w grobie.
To nie film z Fondą, to egzamin stąd to życie rani
A my czasami sami sobie wbijamy żądło,
Tu każdy z Nas powinien być Ghost Dog
nie patrzeć na świat brat przez zamknięte okno.
Kto by pomyślał, że to mnie spotka na dziesiątkach
Marzeń cząstka odbita niczym pieczątka
Jak jazz w piątkach, tak sieć w zwrotkach
Pcha sens co dnia, intuicyjnie lotem wznoszę się pod wiatr
To objaw topograficznego spojrzenia w dół
Tylko ziemia, pieniądz i chemia w zgodzie na pół
Od chłodzenia głów do wrzenia słów zmysły skradam
Ale to mój cyrk, moje małpy, moja sprawa, yo
Same shit diffrent day, ja tylko chcę zobaczyć wolność
co znaczy pomoc, ponoć to płacić słono lecz miej w garści honor
gdy to co Cię zaczęło, dziś Cię trawi jak kronos
to przez dupy, dragi, Polmos wielu mych braci traci kontrol
więc gdyby tak odpłacić kontrom i złapać dystans
powstać z martwych, wziąć się w garść by w końcu być ponad tym

Piszę kolejny list z miasta sferalnych schiz
gdzie spliff kłamstwa przenika łzy nie dając nic w zastaw
została nas dziś garstka, my nie wierzymy w styl
widząc ten syf, który na codzień nas w pysk chlasta
gdzieś tam z kimś jadka jak psy w klatkach,
telefon (dryń) sąsiadka daje cynk, wpadają psy - wpadka
Mylą dzwi i w słuchawkach, towar, wsiadka
wypadasz z gry, dostajesz pieprzone 3 latka
czas się otknąć brat w tym syfie, znaleźć diagnozę
Jak Dr. House mocno stać, wbity w podłogę
choćbyś non stop ćpał, ostro chlał, miał paranoje
pełne okno krat, rozpoznaj i zwalcz chorobe
zrozum tych co nie rozumieją, że mogą zrozumieć
bądź ponad tym, żyj z nadzieją, nieś ją w tłumie
to jak miałbyś wejść na najwyższy gzyms
i krzyknąć "świat jest mój" i chuj w pamięć

ref:
Nie musisz być wśród tych, w syf co wpadli
do przodu musisz iść, wić Nić Ariadny
by w labiryncie żyć, być ponad tym
masz nad horyzont wzbić swój krzyk, nad Andy /x2

W kraju z historią, która dumnie patrzy na świat
jak przez oczy diabła na własny kwadrat
gdzie każdy wariant na tych potęgowanych klatkach
jest przygotowany do starcia bo w reakcji tkwi prawda
nadzieja zgasła, kamera akcja, reżyser zasłabł
ja piszę z miasta co mi dało życię na start
nie dało skrzydeł, pędu ponad tym jak garstka tych
dla których dni to z marzeń snów realia
ja ponad tym jak rasta być mogę jedynie
iść w drogę gdy asfalt wypowie moje imię
ramię w ramię skillem nanieść plagę stylem
odpalam turbinę, powieś flagę na rewirze
gdzieś ponad, wyżej, gdzie schowam winę za kurtynę
później jak z ręki Boga zginę
znienawidzę imię tych, którzy we mnie nie wierzyli
bo dziś ja jestem wyżej, jestem ponad nimi

Spójrz na las jak się roztacza bez miary
masz kolejny silhouette czy sky tower
najwyżej, najdalej, wszystko dziś jest za małe
nie mów, że się naćpałem, krupier rozdał - zagrałem
nad ranem, świat się rozlał nadmiarem
a to źródło tak nagle zmieniło się w Niagarę
dasz wiarę? Ty! Gdzie jest książka zażaleń?
możesz grać dalej lub spierdalać jak masz ale stąd
większość powie "ależ skąd", potwierdzajc tu mi to wiedz
ilu zechce znaleźć, podpowiedz, podpowiedź
kilku nawet jest pod koniec, chcą dobiec
Ja, ja jestem wyżej jak śmigłowiec
postawić los na jedną kartę to jedyna droga
a nie wykorzystać szansy
to jakby przeklinać Boga
powiedz to w mieście, chcą mieć to szczęście
wojny o pierśceń, ja, a ja go wcale nie chcę

ref:
Nie musisz być wśród tych, w syf co wpadli
do przodu musisz iść, wić Nić Ariadny
by w labiryncie żyć, być ponad tym
masz nad horyzont wzbić swój krzyk, nad Andy /x2
[x2]
Jedziemy, galopujemy tak przez życie całe
Idziemy po swoje, dla nas bloki są za małe
Taką drogę wybrałem, choć tego nie planowałem
Ślę przekaz specjalnym kanałem, słyszałeś?

Po tylu latach, nawija gazda z betonem miasta
Co mi ten rap dał? na ścianie plazma, na płucach astma
Na koncertach jazda, furgon przez las gna
Cały czas brat, prawda spisana w gwiazdach
Hasła na murach miasta, ksywy na paskach
K.A.S.T.A. na osiemnastkach, rap na szesnastkach
Jedziemy, sunie Pirelli na dziewiętnastkach
Piszczą jak Farinelli - ostatni kastrat

Kafel do kafla, hastluję, jak sęp na kafla
Hastluję przy silnych wiatrach, powiedz, kto hajs ma?
Rym majsta, młodych kotów protoplasta
Rap-tata, Dziadzia, rymów dynastia

[x2]
Jedziemy, galopujemy tak przez życie całe
Idziemy po swoje, dla nas bloki są za małe
Taką drogę wybrałem, choć tego nie planowałem
Ślę przekaz specjalnym kanałem, słyszałeś?

Poczekaj chwilę, wjeżdża Dziadzia-mobile
To mój przywilej, wiem, co, gdzie, jak i za ile
Mam skille, dlatego ludzie kupują bilet na koncert
Niekończące się homilie
A te brużdżące szczyle, jątrzące dyle?
Spokojnie, wieczorem są kojące promile
Mam rym-sztylet, szerokie spodnie, w kieszeni kotlet
Okupuję rap-hotel, gotuję w kotle
Ból, widzę świat w innym świetle, błyszczy i moknie
Kilometr za kilometrem w mym oknie
Tworzymy modę, taksujesz świat trzecim okiem
Robimy trzodę - Bacardi z lodem, Finlandia z sokiem
Swoje wiem i wiem, gdzie jest zarzewie
Siedem wcieleń temu byłem małpą na drzewie
Na co dzień spokojnie, jakbym wiózł pannę Daisy
Czasami crazy, robię rozpimpy, jak Cyklon Tracy

[x2]
Jedziemy, galopujemy tak przez życie całe
Idziemy po swoje, dla nas bloki są za małe
Taką drogę wybrałem, choć tego nie planowałem
Ślę przekaz specjalnym kanałem, słyszałeś?

[x2]
To opowieść o kolesiach co zasiedlają te bloki
To opowieść o kolesiach co zasiedlają te bloki
To opowieść o kolesiach co zasiedlają te bloki (te bloki, te bloki)

To jest proste, mam bity polskie, mam rymy swojskie
Jak DJ rządzi woskiem, Gural rządzi tym co jest szorstkie
Mam bity polskie, mam rymy swojskie
Jak DJ rządzi woskiem, Gural rządzi tym co jest szorstkie
My rzucamy słowami tak jak szamani kotwami
Plus zawija chwili a po rige nim bumerangami
Kilkanaście lat z przerwami, pauzami sami przeciw wam
I z wami młodości błędami w sercu z nadziejami wciąż
Przejdziemy dużymi dupami, małymi dupami
Odrapanymi blokami salonami całymi miastami
Głośno grali krzyczeli ścianami i samochodami
Dniami i nocami wali w bani
To jest proste mam bity polskie, mam rymy swojskie
Jak DJ rządzi woskiem, Gural rządzi tym co jest szorstkie
Mam bity polskie, mam rymy swojskie
Jak DJ rządzi woskiem, Gural rządzi tym co jest szorstkie
DJ rządzi woskiem, hip-hop robi postęp, to proste
Gural rządzi tym co jest szorstkie
E, brat nie damy się tym pierdolonym kłamstwom
Wolę nie myśleć na co talibowi banknot
Kurwy na baczność, nie ten rząd, nie ta misja
Jeden błąd - spotkam cię, skończysz jak pod okiem pizda
Ziemię tu gryź, bać się będziesz, bo dziś płacz nie zejdzie z tej krwi
I tak nie przejdzie twój krzyk za grube ściany
Dla twoich kompanów pijanych jesteś zerem
gwoździem, końcówy zelówy, wbijanym w aferę
Masz wielkie szczęście, że w mieście, że się nie meczę
Bo bym zlikwidował tu ciebie i gdybym był mafią
Sprawy zakapior, średnia krajowa
Dlatego nie dam się za chuja pensa zmanipulować
To twoja trumna zobacz czarny kolor
Ja widzę w nocy jak przy polowaniu sowa, odbierz wiadomość
Pierdolony jak ZOMO, nie uczyli rodzice
co mówić jak żyć by widzieć wszystko i słyszeć

Ty lepiej się zastanów jaką dali ci ochronę
Siwy bez prawo jazdy, ale ma pistolet
Ja za to mogę polec, bo wierzę w wolność słowa
Nic ci nie zrobię, chociaż mógłbym, bo wierzę w Boga

[x2]
Mam wielu wrogów jak i niejednego zioma
Kieruję się sercem, brat, bo wierzę w Boga
Kilka słów o nas dla naszych zachowań
Kieruję się sercem, brat, bo wierzę w Boga

Mendo wyluzuj, po co chodzić cały w nerwach
Wyglądasz jakbyś tak z Cymańskim w szachy przegrał
Chciałbym do piekła posłać ciebie lecz mam honor
Za konfidentów sztuki żeś ich zesłał ziomom
Ponoć prawda leży zawsze koło gówna
Ponoć sam jarałeś to gówno na studiach z załogą
Mamy świadków, nielubiany, blady, w brylach, mały wynalazku
Wiem dla ciebie za okrutny świat mój
Sprayem wywalę ci w pysk, puchę wbije w udo
Ty odpierdol się od małolatów, póki życie lubią
Bo czas ich podróżą z nudów wpadną na ten patent
By cię porwać za hajs albo obrobić ci chatę
CBA zapomnij, nie drażnię prowokacji
Bo z kwiatami się pojawią cwele, błazny i amanci
Nie wiem jak ty, ale brat mi nie pasuje nic tu
Te kontakty nie dla masty, ej zabiłbym ministrów

Ty lepiej się zastanów jaką dali ci ochronę
Siwy bez prawo jazdy, ale ma pistolet
Ja za to mogę polec, bo wierzę w wolność słowa
Nic ci nie zrobię, chociaż mógłbym, bo wierzę w Boga
To twoja luba Motorolla, lubicie se pogadać
Jak jest bluba i koniak trzyma nam się kondoma
Chociaż gruba to w dłoniach zawsze leży po wcięciu
Łatwiej palcem w nią wcelować, jak nie wierzysz to stestuj
Czy to twój kumpel iPhone? rozpierdolę go o ścianę
Jeśli ziomek go dostanę na sekundę, sprawdź to

Jesteś słuchawką czy ta słuchawka jest tobą?
Kurwa weź do ręki jabłko i se zrób na czole logo
Twoja dziewczyna Nokia? oddałbym ją do burdelu
Nic tu nie mów, od numeru ta przyczyna w kosztach
Skośnooka, wiotka, masz rasową kurwę
Choć satysfakcja mija tutaj ponoć z rachunkiem

I've got a call
Why I wanna do that?
Leave me the fuck alone
Phone-call please
Stop doing that
I crush, kill, destroy

A ten ziomal Ericsson?
Jebany wpierdala dziennie na stare to milion
Wyjmę ci baterię, kartę za karę ty pizdo
Nie wiesz, to podpowiem, twoim zamiarem jest zniknąć
Twój przyjaciel Siemens? rozpierdoliłbym go o kafelki
Resztę, wierz mi, wyrzuciłbym bracie w kibel
Ja cię widzę jak się trzęsiesz, cześć
-Cześć, oddzwonię, ale streść się, ty, bo moneta idzie
Ty nie pierdziel, twoja kochanka Prada?
Co można ją ładować na przystankach w tramwajach
W kiosku, na bazarach, to po prostu blachara
Się starać brat nie trzeba, chcesz z nią porozmawiać?
Pięć dych poszło się jebać

I've got a call
Why I wanna do that?
Leave me the fuck alone
Phone-call please
Stop doing that
I crush, kill, destroy
[tylko tekstyhh.pl]
Czy to twój kompan Mio? zapierdolę w ryj mu
Tylko jak go spotkam [?] bym mu na łeb zrzucił kilof
To mój żywioł, zniszczyć, zdeptać, rozkurwić
Cicha wojna, mój but kontra ekran komórki
To twój ziom Blackberry? zawiesza się w kółko
Jak nad komórką niemy czy nad powtórką debil
Czy na kurwie emeryt, sam wykręca numery
Wyjebe go przez balkon za ten hardcore od Ery
To twoja rura LG? niby figura sexi
Ponoć hula po głębszym, buja się przy mp3
Chociaż chuja nie pieści, to pieprzy na amen
Brat wolę mic'a, a ty płać abonament

I've got a call
Why I wanna do that?
Leave me the fuck alone
Phone-call please
Stop doing that
I crush, kill, destroy

[x2]
Dla jebanych iPhone'ów, jesteśmy żądni krwi
Dla Sony Ericsson'ów, jesteśmy żądni krwi
Dla Nokii, Siemensów, Blackberry, LG
Jesteśmy żądni krwi, jesteśmy żądni krwi
Tak bardzo chciałbym Cię nie kochać, tak bardzo
bo wtedy by mnie tu dziś nie było
Lecz zawładnęłaś moim sercem i wyobraźnią
I pod naporem okno na piętrze puściło
Czuję się jakby mi się śniło to wszystko i pewnie o tym śniłem nie raz
Dziś pod osłoną nocy powoli pędzę do Ciebie księżniczko
By w końcu Cię wyzwolić od zła
Choć nie mam złotej zbroi, jestem Twoim rycerzem
Na jedno Twoje skinienie jestem gotowy od tak
swe życie złożyć w ofierze, gdy jakiś drań zechce,
aby w Twoje piękne oczy wkradł się strach
Trzask tych starych schodów pod stopą rozchodzi się po domu jak wybuch
On schodzi sprawdzić co to, iglica tańczy ze spłonką
łap blask skurwysynu!

Mój ukochany, uwierz mi, dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu, gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt

Pamiętasz, jak pisałaś mi, że to nie wyjdzie, heh
Nigdy nie porzuciłem marzeń, dziś jesteś przy mnie, bo nigdy nie zwątpiłem
Walczyłem za nas dwoje, byśmy mogli być razem
Pisałem Ci, że żyję tylko dla Ciebie
Dziś gładzę Twoje dłonie gładkie jak aksamit
I chłonę Twój głos w każdym słowie, choć krzyczysz wciąż, gdy się wciąż docieramy
Czy on by zabił dla Ciebie, jak ja? Nigdy! Na pewno nie
On nie był Ciebie wart, wysysał Ci energię jak wampir
Sam pchał się na pewną śmierć
Kochanie, nie bój się, nie skrzywdzi Cię nigdy więcej
Choć dobrze wiem po syrenie za oknem, że na tym świecie tylko my rozumiemy siebie
A wszystko, co piękne jest cholernie ulotne

Mój ukochany, uwierz mi, dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu, gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt

Na pamięć znam każdą linie od ucha do ust
Zęby jak białe lilie, wargi jak płatki róż
Przy prawej brwi ciągle masz małą bliznę po ospie, którą przeszłaś w dzieciństwie
Gładzę policzek i przechylam lekko głowę Ci
Włosy pachną jaśminem jak tamten list
Lecz teraz mi się lepią do dłoni, lepkie od krwi z Twojej skroni
Gdybym tylko mógł to bym to zrobił inaczej
Lecz pękało mi serce gdy patrzyłem jak płaczesz
Przejrzałem wszystkie Twoje z gazet zdjęcia
Gdy zjawił się ten facet, Ty się stałaś smutniejsza
Dlaczego teraz było Ci go żal?
Ja bez mrugnięcia bym Ci wszystko dał - nawet życie
Słyszę wrzask gdy przesuwa Cię bliżej
Zostaw ją i rzuć broń bo będę strzelał świrze!

Mój ukochany, uwierz mi dla mnie możesz być i spłukany, i zły
Nieważne, będę zawsze tu gdzie Ty
Bo zobaczyłam twoje sny przez uchylone drzwi
I dziś możesz pewien być, że choćby podzieliły nas i setki mil
I choćby cały świat Ci się rozpadł w pył
Możesz zaufać mi, rozumiem Cię jak nikt
Widziałem tego małolata wiesz
Mówi, że jest najlepszy - wszyscy są leszcze
Nie, no

Chcesz nienawidzieć mnie, lepiej się strzeż mojej klingi
Lub wypierdalaj z tej krainy jak mypingi
A moja zemsta przejdzie na potomka
I nie pomoże ci żaden profesor Gąbka
Bo takich jak ty to ja wkładam między bajki
Łapiesz za mic i podciągasz sobie rajtki
Śmieszny do bólu i jeszcze mówić królu ci
Na scenie szczaw urósł i chce być guru
Ja rozumiem bardzo wiele
Sam swe cele zapisałem na swym ciele
W tym układzie trzeba znać miejsce w stadzie
Ja je znam, ty go nie znasz na razie
Więc ochłoń, bo ci je pokażę
I pierdolę to czy się komuś narażę
Pięknie i kto skuma me intencje
Pewnie nikt poznaj zieloną eminencję
Mój hip-hop jest jak weneckie lustro
Stoję tam gdzie ty myślisz, że jest pusto
Więc mówże czy odbijasz się w tym lustrze
Każdy się odbije gdy się uprze

a ty... może to jest do ciebie.... chciałbyś tego?

Jeszcze parę słów jeśli słuch się wyostrzył
Chyba, że chopcy chcą żebym kończył
Nie skąd - a to dobrze, bo strof czy wersów tro
Trzymam jak sam Wielki Łowczy
Oczywiście wy tkwicie w piździe
Tam gdzie byliście jesteście iście
Morderczy wysiłek tylko to sprawia
Że od tej muzyki nie puszczam pawia
I nie pozdrawiam tego kogo nie lubię
A kogo lubię ten mnie rozumie
I to co umiem powtarzam wciąż w tłumie
Czy ty o tym czasem dumasz kumie?
Tak to dobrze jak nie chuj z tobą
Sam nie pomożesz sobie, inni tobie nie pomogą
Jak kometa ciągniesz za sobą ogon
Razem z załogą dajesz satysfakcje wrogom
Ale mnie w nich nie wliczaj
Klasyfikacja ta ogranicza mnie
A jeśli ciebie nie kto słyszał
Że wszyscy są równi jak u Ilicza
W rapie to są gorsi i lepsi
Ja ćwiczę język, ty ćwicz bicepsik
To co ciebie rani to mnie pieści
Miasto jest nasze i we wsi
[tylko teksty.tk]
W czasach gdy wszędzie brzmi pretensja
Moja muzyka to moja ewidencja
Poznaj mnie to zielona eminencja
Ideologii mej esencja

W czasach gdy wszędzie brzmi pretensja
Moja muzyka to moja ewidencja
Poznaj mnie to zielona eminencja
Ideologii mej esencja

W czasach gdy wszędzie brzmi pretensja
Moja muzyka to moja ewidencja
Poznaj mnie to zielona eminencja
Ideologii mej esencja

W czasach gdy wszędzie brzmi pretensja
Moja muzyka to moja ewidencja
Poznaj mnie to zielona eminencja
Ideologii mej esencja
(Mez Mez...Mez do bitu dobitnie, mezokracja…Mez Mez…Mezo Mezo…Mez do bitu dobitnie. Czas rozpocząć nowy sezon… Mez do bitu dobitnie, mezokracja…Mez Mez…Mezo Mezo…Mez do bitu dobitnie. Czas rozpocząć nowy sezon…)

1. Zapraszam na okręt, to jak jazda na oklep. Słabi odpadają szybko, popadają w obłęd. Kto tu stanowi porządek, daję rymy porządne? Kto atakuje lirycznym żądłem? Mezokracja – głos, który dociera do Twych uszu. Mezokracja – władza, która nie zna przymusu. Mezo- ezoteryczny przekaz pełen energii. Daję Tobie (co?) ogień dział artylerii. Z grodu Przemysława krwawa wyprawa. Dla dobra rap narodu, łak MC’es exodus. Stylem, rymem ostrym jak sztylet. Nie byle jakim, łaki, wypruję z was flaki jak laleczka Chucky. Radykał, jak Chuck Digi, publiczny wróg. Wrzucę Was do paki jak braci Dalton, Lucky Look. Nie potrafisz to się wycisz, oponentom daję wycisk, Veni, Vidi, Vinci.

Ref: Mezokracja! Ja tu tworze ustrój, cały świat mam u stóp.
Mezokracja! Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł. /x2

(Mezo Mezo, czas rozpocząć nowy sezon…)

2. Wstań! Masz dziś wiele do zrobienia. Chcę przekazać Ci tą energię, której nie masz. To, czego nie kupisz za złotówki czy euro. To, co stanowy najdroższy klejnot. Wokół pełno energii. Rymy, które leczą. Zjawiska, które wszelkim prawą przeczą. Przemów własnym głosem. Kieruj własnym losem. (Ej!) Odkryj w sobie ukryte moce. Rzeczywistość jak ocet, potrafi dopiec. Ja trzymam kurs, aby nie zatonąć jak Kursk. Od lat pod jedną banderą Lajner, Eros, Herkules, Mez, skuteczny jak Patrick Klaivert. Punchlinem niszczony każdy outsider. Każdy looser, słowem dopasowanym jak puzel. Szerząc Mezo Styl i mierząc coraz wyżej, i będąc coraz bliżej, coraz więcej widzę.

Ref: Mezokracja! Ja tu tworze ustrój, cały świat mam u stóp.
Mezokracja! Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł. /x2

(Mez do bitu dobitnie…)

3. Mez tu jest i już wiesz, co jest grane. Nie zamkniesz tego w schemat, to obraz bez ramek. To nie ma być nudne, jak mecz bez bramek. To ma pobudzać i wśród kiepskich siać zamęt. Tych naprędce klonowanych MC, których jak słucham, to myślę o drzemce. Bawicie mnie do łez, jak Louis de Funès. Dziś się okaże, kto tak naprawdę jest fitnes. Zobacz jak Mez to robi, liryczny aerobik. Hip-hop’owe rodeo, chwytam byka za rogi. Gimnastyka języka, ekwilibrystyka. (Flo!) Skuteczność Tore Andre Flo. Piona z undergorundem, rap-handel, jestem ponad tym. Pracuje przepona, rymowy automat. To nie truschool, to mój ustrój Mezokracja. Mój styl, mój azyl, moja pasja. Gracias!

Ref: Mezokracja! Ja tu tworze ustrój, cały świat mam u stóp.
Mezokracja! Siłę mózgu przeciwstawiam sile muskuł. /x4
Gdy zaczynam wątpić
Gdy nie wiem już zupełnie co zrobić
Wiem bracie, do ciebie mogę podbić
W każdym temacie, czy o świcie czy o północy
Nic nie zastąpi zjednoczonej mocy
Dixon opiera się na pewnej zasadzie
Zawsze i wszędzie w pierwszym rzędzie
Pomoc miejska prosto z serca
Za tą pomoc vice versa, to siła braterstwa
Wiesz już o co chodzi?
Nic nie zastąpi przyjaźni ludzi
Miłości i bliskości, zdrowia i wolności
Na tym to polega, to niezbędne
W rzeczywistości każdego człowieka

Elo, siemanko, krótko i na temat
Przekaz do ludzi, którzy łamią schemat
Nic ci nie zastąpi tych kilku chwil z życia
Gdy się przekonałeś co to jest ulica
Gdy się przekonałeś co to znaczy fart
Kiedy po raz pierwszy uniknąłeś krat
Nic ci nie zastąpi zdobytej tam nauki
Tych kilku lekcji, ominięcia muki
Nic ci nie zastąpi przeżyć na dzielnicy
Tam gdzie wieczny hardcore no i kolędnicy
Tam gdzie melanż trwa, gdzie żyją buntownicy
Chuligański rap prosto ze stolicy
Nic ci nie zastąpi przeżyć z młodości
Wielu różnych zdarzeń i poznanych gości
Nic ci nie zastąpi twojego doświadczenia
Bez zbędnego pierdolenia, to z ulicy punkt widzenia

[x2]
Wszyscy moi ludzie - ich nie zastąpisz
Wszystkie chwile, których nie zastąpisz
Tej muzyki też nie zastąpisz
To nasze życie, wiesz, nie zastąpisz tego, nie

Żeby wreszcie coś zarobić wszyscy wyjeżdżają stąd
Oni wrócą tu na pewno do swoich rodzinnych stron
Których nie może zastąpić Berlin ani Londyn
Ursynowskie kąty, dobrze znane lądy
Tutaj w sposób ciągły kują jak żelazo swoje rymy
Ludzie, którzy dla mnie znaczą coraz więcej
Nie zastąpię szczerej dłoni przyjacielskiej
Moich bliskich, dla nich zawsze znajdę miejsce
Chwyta mnie za serce jak myślę o przeszłości
Znaczenia tych chwil teraz nic nie zastąpi
Niepowtarzalne cząstki życiowej układanki
Albo je docenisz albo możesz wszystkie stracić

Nie zastąpisz prawdziwej kobiety zwykłą dziwką
A miłości wódą, koksem czy tez fifką
Nie zastąpisz bólu, czujesz, wiesz, że żyjesz
A gdy czuć przestajesz to po prostu giniesz
Nie zastąpisz matki gdyż masz tylko jedną
Kochaj, broń ją, szanuj, oto sprawy sedno
Nie zastąpisz ziomków, braci, jednej chwili
Bo gdy wszystko stracisz oni pomogą ci żyć
Nie zastąpisz szczęścia plikiem kilku stów
Bo dla wielu szczęście odzwierciedleniem snów
Nie zastąpisz czynów słowem, nie zastąpisz
Tyle powiem, tyle powiem

[x2]
Wszyscy moi ludzie - ich nie zastąpisz
Wszystkie chwile, których nie zastąpisz
Tej muzyki też nie zastąpisz
To nasze życie, wiesz, nie zastąpisz tego, nie

Elo dzieciak nie zastąpi nic mi w życiu
Moich braci, sióstr, kochanych rodziców
Nie zastąpi tego hajs, wóda czy koka
Takie rzeczy możesz lubić, rodzinę się kocha
Nie zastąpisz nie, nie, nie ma chuja
Pozdróweczki dla wariatów co w więziennych murach
Nie zastąpisz, bo nie oddasz im wolności
Nie zastąpisz, bo nie zwrócisz im wolności
Nie zastąpisz, nie, chłopak i nie oddasz
Tego, czym by żyli teraz z nami w blokach
Więc wolności strzeż jak w swej głowie oka
Żeby żaden pies cię nie odseparował od nas

Są rzeczy, których nie zastąpisz
Są ludzie, w których nie zwątpisz
Nie wiem czy się modlisz, czy w nic nie wierzysz
Czy czynisz dobro, czy nienawiść szerzysz
Są sytuacje, z którymi się zmierzysz
Dajesz radę czy wolałbyś nie żyć
Jesteśmy stąd, tu nasze przeznaczenie
TZWM, Dixon kilka lat wstecz się przenieś
Nie zapomnisz pierwszego smaku trawki
Spod bloku ławki, rapowania dla zajawki
Nie zastąpisz tych ludzi i tych zdarzeń
Rap to dla nas realizacja marzeń
To w nas tkwi, mamy to we krwi
Powiedz mi, pamiętasz te dni czy już zapomniałeś
To dzięki nim stałeś tym, kim się stałeś

[x2]
Wszyscy moi ludzie - ich nie zastąpisz
Wszystkie chwile, których nie zastąpisz
Tej muzyki też nie zastąpisz
To nasze życie, wiesz, nie zastąpisz tego, nie
Witam Cię w moim świecie, ja tutaj jestem szefem
Jak lubisz tylko sample to ten świat Ci psychę zgniecie
Lecz jeśli chcesz odlecieć to zdejmij z mózgu kask
Nowa odmiana wjeżdża na ulice wszystkich miast
Zostaw pigułki ziom, to nie ten stan, tej
Wyjmij bibułki lepiej, pozdrów amsterdam
Bity mają taki poziom, że myślisz, że są kradzione
Wychwalam Julasa, on dla zachodu jest wzorem
Tej, scratch'e tak świeże, że słyszysz kurwa postęp
To DjStory serce ma pokryte woskiem
Ja daję flow, wersy, kurwa i spojrzenie chłodne
To w dużym skrócie Syntetycznej Mafii portret
Wiem, że się boją - czują na plecach mój oddech
Olewanie w zestawieniach, bo wersy mam niewygodne
Ja nie z każdym biję pionę, choć to na scenie modne
I niektórym bym chętnie pomógł wziąść rozwód z mikrofonem !

Ref.:
Mówi szeeeef, Szef Syntetycznej Mafii
Znowu na osidlach sąsiadki dzwonią na skargi
Mówi szeeeef, Szef Mafii Syntetycznej
Znowu na komisariatach dzwonią telefony wszystkie ! [2x]

Raperzy mają moc, bo powielają style
Raperzy chcą mieć sos na kradzionej muzyce
Najpierw miej swój styl, później zgarniaj za to tysie
Bez pracy nie ma nic, wypracuj swą pozycję
Nie jeden się obrazi, nie jeden złapie doła
Pierdole hipokryzję, niech żyję wolność słowa
Nigdy nie miałem beef'u, chociaż się nie podobam
Jak to możliwe kurwa, scena jest dwulicowa
Zawistne kurwy mówią, że rapuję pod techno
Ktoś ich wyruchał w uszy i pozatykał spermą
Poświęcam im dwa wersy, oni stoją pode mną
Chuj strzela słabych MC, gul skacze producentom
Za długo już w tym siedzę - układy, układziki
Dziś ufam tym nie licznym, wiem który typ jest ślizgi
Biuro Ochrony Rapu, nie zmienny punkt widzenia
Diil Gang Familia bracie, robimy to jak trzeba !

Ref.:
Mówi szeeeef, Szef Syntetycznej Mafii
Znowu na osidlach sąsiadki dzwonią na skargi
Mówi szeeeef, Szef Mafii Syntetycznej
Znowu na komisariatach dzwonią telefony wszystkie ! [2x]

Kto mówi co myśli - Szef Syntetycznej Mafii
Kto pierdoli szufladki - Szef Syntetycznej Mafii
Jebany ignorancie, ty zdejmij z oczu klapki
non-stop ZIP-y kipy, sagan - tak jest jak kilka dni zaprawiam z rzędu
w głowie bałagan, oprócz paru momentów nie ogarniam wieczoru,
do oporu, alkoholu aż za dużo, już melanże mi niesłużą -niestety.
Mam telefon do kobiety, czy jest piękna-nie pamiętam
w kierman zerkam, na debecie postwiłem drin kobiecie - git.
Już nie kumam (...)same straty, kwit wydany, chujowe stany.
Grunt że znów najarany, od rana wygrzany od marichuany
wyimaginowany świat przed oczami widzę.
Wychodząc na ulicę, idąc pod dziesiątkę
spotkałem Włodka no i zrobiliśmy piątkę.
Co się stało zapomniałem bo spotkałem ziomków,
bal się zaczął od początku, głos rozsądku mi się zaciął,
znów film mi się pociął - mam na strychu kocioł, bałagan - elo-się rozpoczął.

Od zmierzchu do świtu pękło kilka kielichów
pierdyknął bym coś jeszcze, ale nie mam kwitu.
W tym nocnym już długa linia kredytu,
przychodzą do głowy głupie głupoty bez kitu.
Bałagan na strychu, nad strychem papa
coraz trudnirj się poruszać, zawodzi równowaga,
w takich momentach nie obchodzi mnie co wypada,
kilka minut później leczy mnie już tylko chata,
późnym rankiem - browar przecież nie herbata,
gdzie moja brygada - o świcie się zgubiła,
podzwonię-może ta sytuacja mnie się tylko przyśniła.
Uważaj by nie pogubiła cię wygrzewka,
znaj swój umiar by nie przeholować,
kontroluj się żeby nie żałować

Idę pod prąd(prąd) mam niezły (...) to było szkło(szkło)
kto to uprzątnie, jak balować to porządnie,
później za to w głowie niezły bałagan,
wszystko nie poukładane to nie stragan, nie hepening.
Kilka polemik-narkotyki albo trening,
wybór-życie zdrowsze, owszem
ale jak tu postępować mądrze kiedy odmóżdżone stany,
najarałem się, zmieniłem plany żeby nie dać plamy.
Melanż był udany wierzysz? nie wiem jak daleko mierzysz,
masz ciśnienie, nigdy go nie zmierzysz,
niby mam bałagan, wiem gdzie wszystko leży.

Na strychu bałagan, rano się z nim zmagam,
powiem szczerze-mój bałagan z niczego się nie bierze,
browaru wypitego mam już dosyć
czuję niedosyt - wstaję wczorajszy,
wieczoru nie pamiętam, czy coś odjebałem,
jointy, wódę z browarem wszystko pomieszałem.
Zaraz (ale co?) jednak coś sobie przypomniałem, ale co?
Bałagan w głowie ZIP opowie x2

Mam coś w zanadrzu, nazajutrz po melanżu,
mgliste wspomnienia, budżetu debet,
chwilowa amnezja, chwila, chwila jakoś sobie przypominam
z finezją impreza, bez impressario, prawie rio de janerio,
opór balanga a z rana bałagan na strychu.
Dziś dzień po cichu, nieznaczne delirium,
tylko na serce plus alkazelcer i do pracy lecę
w pracy dojdę do siebie, jeszcze energizer,
wewnętrzny equalizer i rozgardiasz ogarnę.

Umieć śmiać się z siebie to chyba nie wada,
dobrze się składa bo mam w głowie bałagan.
Czasem gardło przechlane, gały wykukane
na melanżu patrzę tylko gdzie tu zasiać zamęt.
Wpuść drania do biura to atrament wypije,
zobacz z kim życie żyjesz, do kogo pijesz, z kim lufę bijesz
elo orient - by niedopić do dna, pięknie jest o papa.
Nie patrz na czarne życia strony,
bądź zadowolony z tego jak spędzasz czas,
uważaj co ćpasz-jointy browar masz
po co łapy pchasz, tam gdzie czyha kat,
od chuja strat, nie możesz liczyć na fart
z dwojga złego wolę preparat, terror rap, preparator.

Bałagan na strychu a sprzątać mi się nie chce,
siedzę przy stoliku, piję bro z plastiku
teraz wszyscy po kielichu.
Na liczniku już parę bomb,
teraz z haszyszu joint-to był błąd - idę stąd,
męczy mnie szlugów swąd,
wreszcie na zewnątrz mogę odetchnąć, odsapnąć,
Jak to już jasno, budzi sie miasto.
Biegnę do tramwaju, wsiadam staram się nie zasnąć,
opieram łeb na szybie a pod sufitem totalny mętlik,
otwieram oczy - jestem na pętli,
teraz do domu na łeb zimny ręcznik,
do tego jeszcze wodę z cytryną, lodem
idę spać człowiek, idę spać człowiek, idę sobie
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo