Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Widzę tylko pasmo przegięć
Choć ty wiesz, że dzisiaj nie jest łatwo przewieźć
Staram się dbać o ciebie
A ty kpisz z tych żył które dla ciebie wypruwam
I nikczemnie wciąż odsuwasz się ode mnie
Boisz się jakbym co najmniej miał cię zamiar pić
Żądasz więcej wciąż nie dając w zamian nic
Więc tylko marazm i rozpacz czarna jak Porter
Chłostasz moje uczucia i portfel
A kiedyś, ja to całkiem nieźle pamiętam
Byłaś jakby nieco bardziej dostępna
I ten pierwszy raz, to szczęścia szczyt był
Kiedy poszły nasze pierwsze wspólne dwa litry
Upojony tobą gnałem przed siebie
A bądź co bądź dziś o ciebie coraz trudniej
Mnie coraz trudniej brnąć
Każdy kaprys spełniam mężnie
Wprawdzie budżet grzęźnie ale w końcu jestem twoim więźniem
Co z nami będzie? przyjdzie czas się rozstać
Bo z każdym dniem jesteś mi coraz droższa
Choć ja znoszę ten koszmar i mimo twoich zagrywek bezczelnych
W zasadzie pozostaję ci wierny
Nie jak ci odszczepieńcy, których zapał dawno ostygł
I porzucili cię dla twojej lotnej siostry
Ja cię leje wprawdzie, ale przemoc nic nie zmieni
Gdy ty lejesz mnie boleśniej, bo po kieszeni
I tą potwarz grubą mógłbym nawet znieść
To przy moich środkach mówiąc
Mówię, że to nie potrwa długo
Bo dziś dla ciebie ważny już tylko popyt
Wiesz co? martwisz mnie baryłko ropy
I znowu piszę o niej, słyszę, mówi do mnie,
Czuję na sobie dłonie brzydzę się swoich wspomnień
Przerywa ciszę dzwony w głowie toczę znów wojnę
Myślę że to jest chore ile bym dał żeby zapomnieć
Ją i znowu budzę się z nią lecz nie za tą
nie łudzę się że to będzie to już wiem ziom
Mam swoje Californication jak David Duchovny
słyszę w oddali gdzieś swoje ego ejj
Pierdol ją zobacz jak daleko zaszedłeś
Nie daj ranić się sentymentom życie jest piękne
Wczoraj w niebie dzisiaj w piekle
Coraz częściej spać się nie chce po dobrym seksie
Nie wiem co mam jej powiedzieć niepokorny jestem
Nie dobry zegarku wyganiasz moją partnerkę
Sorry bejbe ale chyba tak jest lepiej
Wybacz lecz nie zejdę z tobą do taksówki zadzwoń jeszcze

Jestem jak bad boy bad boy bbb wiem
Jestem jak bad boy bad boy bbb ej

I znowu budzę się z nią lecz nie za tą
nie łudzę się że to będzie to już wiem ziom
Mam swoje Californication
niektóre z nich mówią na mnie bad boy

Kiedyś marzyłem o niej jak o żonie z psami i domem
Dążyłem nieuchronnie do ściany i rozbiłem mordę ok
To przykre nie wstydzę się gdy patrzę w lustro
Choć mogłem nie skurwiłem się suko dziś nie wiem co będzie jutro
Miłość trzeba wierzyć zawsze że wygra
tylko wtedy dostaje skrzydła i polecisz jak Ikar
Nie ślad Magika, wierzyć trzeba zawsze do końca
wyciągnąć dłoń do przegranych ludzi wybaczyć nie zdołasz
Czekaj spójrz jeszcze raz zacznę od nowo
ona i on kiedyś poezje wciąż recytował
Zapatrzeni w siebie jak w obraz od Salvadora
dali by się za siebie zabić znali znaczenie Słowa kocham
I znowu budzę się z nią lecz nie za tą
nie łudzę się że to będzie to już wiem ziom
Mam swoje Californication
niektóre z nich mówią na mnie bad boy

Jestem jak bad boy bad boy bbb wiem
Jestem jak bad boy bad boy bbb ej
I znowu budzę się z nią lecz nie za tą
nie łudzę się że to będzie to już wiem ziom
Mam swoje Californication
niektóre z nich mówią na mnie bad boy
Budzi się przy niej, patrzy na nią jak na cudo
Czuje, że żyje, walczy, dzisiaj wraca późno
Ma w sobie siłę, twardy. Taka praca, trudno
Nieznakomite karty, gra taką nierówną
Zmęczony wraca nocnym, pragnie ciepłej kąpieli
Poniżony przyjął chłosty, chce do miękkiej pościeli
Skarcony chłopak, prosty, w sobie wiele nadziei
Zmuszony ciąć koszty, dostatek celem idei
Myśli, że w domu odpocznie, w ramionach swej ukochanej
Położą się na sofie, w kółko problemy te same
Ona wita go fochem, eksploduje krzyk
Zaczyna mieszać go z błotem, powstrzymuje łzy

- Jesteś beznadziejny. Zero, taka podłogowa szmata
Kolejny czuje niemoc, jeszcze ta chujowa praca
Żaden z Ciebie mężczyzna, w końcu sobie to uświadom, pizda
Jesteś żenadą, wracaj tam gdzie twoje stado

Ref.
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból

- Zamknij dziób, głupia szmato, co ty takiego robisz?
Umiesz kłapać jadaczką, focha kolejnego stroisz

- Posłuchaj frajerze, całe życie się rozczulasz

- To szmato przez Ciebie, bo cały czas mnie zamulasz
To co zrobię złe, każdy kurwa mój ruch
Ty to największy śmieć, jesteś pusta wśród suk

-Zabije Cię gnoju! Muaaaa

Teraz nie będzie spokoju, wpadła w szał
W jego stronę leci talerz, atakuje go pięściami
Na ustach toczy pianę, pruje skórę paznokciami
On próbuje bronić się, ma pozdzieraną twarz
Na podłogę kapie krew, usłyszano wrzask
Nie wytrzymał już, ponieważ przekroczyła granicę
W serce wbiła nóż, pięść uderzyła w policzek
Ona upada na glebę, jej głowa uderza o nią
Uczucie bycia w niebie, miesza się z patologią

Ref.
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból

Ona leży na ziemi, płacze, zalała się łzami
On wierzy, że się nie zmieni raczej, poniżała za nic
Nie mogą ciągle żyć z tymi wrzaskami
W końcu trzeba przeciąć nić, on trzaska drzwiami
Na dworze szklana pogoda płynące maskuje łzy
Boże, po co ta przeszkoda?! Codziennie czuję wstyd
Ona widzi we mnie wroga, podłym gestem rani
Ja tak bardzo ją kocham, przecież nie jestem ze stali
Butelka w jego dłoni to nie żadne antidotum
Ukochana dzwoni, "Wracaj skarbie do domu"
On odrzuca rozmowę, jednak postanowił powstać
Obiera drogę, zmierza tam gdzie przytrafił się koszmar
Ona rzuca się w ramiona, zdejmuje jego spodnie
Cała płonie, rozpalona, siada na niego wygodnie
Robią to na podłodze, pieprzą się jak zwierzęta
Ona krzyczy - dochodzę
Rano ta sama gehenna

Ref.
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból.
Każdy dzień, rodzi w nich nowy ból
Setki niechcianych słów, tych odegranych ról, ten ból.
Zamknij oczy...
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
Bo życie to największe ze wszystkich cudów

1. [Buka]
Spójrz na ptaki, jak szybują ponad nami
Chłonąc błękit tego świata, niebieski aksamit
Spójrz na kwiaty. Każda szata ich tętni barwami
Każdy organizm to mapa i plany ze szczegółami
Spójrz na promienie światła pomiędzy liściami
Wzbij spojrzenie nad asfalt między drzew koronami
Każda z korzeni wyrasta, aby trwać nad nami
Na straży stać nam, za nic zapamiętywać czas nam
Spójrz na oceany i plaże w piaskach
I morza wodospady, i kolaże nocy w gwiazdach
Spójrz na obrazy miasta, potem na szczyty gór,
Monumentalna prawda ich krzyczy znad chmur
Spójrz na srebrny puch, płatki śniegu w przestrzeni
Niczym diamenty dusz tych zaklętych z bieli
Spójrz na wielki cud, jakim jesteśmy tu
I nawet setki słów go nie określi, no cóż!

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu.
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu i
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu,
bo życie to największe ze wszystkich cudów.

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największe ze wszystkich cudów

Zamknij oczy...

2. [Buka]
Spójrz na dziecka śmiech, jego pierwsze kroki
Pierwszy wdech powietrza, przedbiegi, przygody
Czas mrozi się w dźwiękach werbli trwogi,
Ale drogi do szczęścia to kręte schody
Jednak zdobi je odwieczna głębia wymowy
Tego, co nie może przejść nam z serca do głowy
Aby zdobyć po kolei w częściach pejzaż zgody
Namalowany przez wszechświat bez pędzla w dłoni
Zamknij oczy i pomyśl o nim, nieważne symbole
Czy naprawdę jest możliwe, by był wymyślony?
Czy naprawdę wszystko jest przypadkiem losowym?
Nie sądzę. Sposoby, by odnaleźć prawdę, są w Tobie
Jak linie papilarne, unikalna każda z sekund
I nakarmię nimi garści, póki starczy oddechu
I nawet, gdybym nigdy miał nie zrozumieć sensu
Dziś ja dziękuję za ten dar, bo to coś więcej

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
bo życie to największe ze wszystkich cudów

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największe ze wszystkich cudów

3. [Skor]
Podnieś wzrok, poczuj ciepło promieni
Zanurz się w głębi złocistej jesieni
W śniegu bieli poczuj chłód przemijania
Nim przebiśniegi oznajmią swój zamiar
I świat zmieni się w zieleni barwach
Składając ziemi pocałunek na wargach
Na losu kartach znów spiszemy strofy
Sumując nasze dokonania i głupoty
A uczuć dotyk znów przyniesie uśmiech
Karmiąc nas tym, co ludzkie, aż w końcu uśnie
By wrócić później i zachwycić sercem
Balans na równoważni 'smutek' i 'szczęście'
Nie trzeba więcej, tylko ufaj nadziei
Nie trzeba więcej, tylko pamiętaj o nas
Przeciw wszystkiemu, co ciągle nas dzieli
Przeciw wszystkiemu, co chce nas pokonać

Ref.
Dziś zamknę oczy, policzę do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzę je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycę bez trudu
bo życie to największe ze wszystkich cudów

Dziś zamknij oczy, policz do dziesięciu
Pstryczek, nim otworzysz je, życie nabierze sensu
Kolory tęczy znów chwycisz bez trudu
bo życie to największe ze wszystkich cudów
Czuję się jak drzewo, które stoi w szczerym polu
Górą ciągle targa wiatr kiedy korzeń trzyma z dołu
Czasem ja to nie ja lecz żywioły te pospołu
Jeden mówi pas, drugi woła dołóż

Czuję się jak ryba, która złapała się na haczyk
Ale jeszcze o tym nie wie, a więc nie zaczęła walczyć
Jednak wystarczy moment i zrozumie durna,
Że ostatnia szansa to się urwać

Czuję się jak precel, który ma ciasto wokół dziury
Ale przez to każdy dzieciak woli go od buły
Wiesz jak, to jest odmianą na codzienną nudę
Co tak osłodzi Ci smak życia jak nie cukier puder?

Czuję się jak kowboj gdy wyciąga broń na szelest
Po czym zdaję sobie sprawę, że nic złego się nie dzieje
Oczy i uszy też nie zawsze mówią prawdę
Jak zgadnę co jest naprawdę ważne?

Czuję się jak hipochondryk gdy wystawiam się na sądy
Cały ten tłum jest żądny abym był im podobny
Ja mam nie pozwolić za nic się obwiniać jednak
Czasem jest tak, że boli mnie opinia jedna

Czuję się jak pielgrzym bo mam przebieg całkiem niezły
Jestem ciągle w trasie, od niej ma się tylko przerwy
Przez ten sposób życia ja czuję się jak Cygan
A tam kaj mieszkoł za bajtla teraz tylko bywam

[O.S.T.R.]
Czuję się jak ten, któremu żebra rąbali siekierą
Wzrasta powoli od detali ta niemoc
I nawet jakby mi grozili giwerą
Utrzymam z dala od rodziny przemoc

Czuję się jak wers, któremu ktoś nie poświęcił czasu
Jakby mu nie wystarczył inteligencji zasób
Jak masz mi tu wypisywać treści z plakatów,
Jesteś bliski swojej śmierci na traku

Czuję się jak bit, któremu sample odmówiły brzmienia
Tylko fałsz, brak tonacji, o czym mówimy teraz?
To nie Estrada Studio co Ci nowiny sprzeda
Talentu Ci nie dam na urodziny, przebacz

Czuję się jak źle dopasowany hi-hat do bębnów
To tak jakbym nosił sztangę na sercu
Jeśli cykacz napierdala, nie tańczę - to wiesz już
Bracie to chała niczym pancze bez pieprzu

Czuję się jak Akai, w którego ktoś napierdala ręką
Bo ciężko mu dopasować brejka pod tempo
Co będzie dalej jak to przedsmak koleżko
Lepiej napierdalać przestań, się przeszkol

Czuję się jak ten, który utracił słuch, wzrok i mowę
Ty też się zamknij, nie kalecz, człowiek
CHADA:
Jestem tutaj od lat, weź posłuchaj mnie ziomuś
Robię czystkę w tej grze, na wzór świętych z Bostonu
Czy Ty też tak to czujesz?
Powiedziałem jej tak, teraz kurwa żałuję
Mleko już się rozlało, nie szukaj we mnie świadka
Masz tu rap zaufania, co się niesie po klatkach
Nie mów mi co mam mówić, nie mów mi co mam myśleć
Ja tu gram pierwsze skrzypce, w tym jebanym przemyśle
Z dala od jakichś dziwek, trudno jest mi zrozumieć
sens ich marnych nagrywek, gadasz coś za plecami,
Dla mnie to żadna krzywda, ale kurwa pamiętaj,
że się ze mną nie igra, piszesz Chada przegrywa,
Odnajduję w tym siłę, pokazuję dziś Polsce, jak się
bardzo myliłeś, teraz lamusy cisza, prawdą z ludźmi się dziele
Kurwa, jak po mojemu, nie proszę o zbyt wiele

Ref.
To nie sejmowe wotum, to zaufania rap
Dla jebanego rządu, jest jak parszywy rak
Bronimy swych poglądów, zwątpienia tu brak
Tak było od początku, odkąd przyszedł na świat
Odkąd pamiętam brat robię dla ulicy
Wcześniej robiłem hajs, teraz robię liryki
Kładę na bity bolesną szczerość ściero
Tutaj Sobota, Chada, masz sprawdź to dzieło

CHADA:
Jestem pewien krytyki, kibicuję złodziejom
Jesteś z tych, którzy pewnie tego nie zrozumieją
Dla mnie złodziej brzmi dumnie, dobre słowo i serce
Za tym wszystkim po prostu kryję się nieco więcej
Ramię sprawiedliwości, węszy tutaj od rana
Nawija Tomasz Chada, dla sądu syn Bogdana
Teraz brzmi to ponuro, tego to jestem pewien
Kiedy słyszysz tę wersy, pewnie robisz pod siebie
Jeszcze wszystko przed Tobą, jeszcze bracie wyskoczysz
No bo w końcu na Boga, ile może wiać w oczy
Trzymasz kukiełkę Chady, no i wbijasz w nią szpilkę
Chcesz mi płacić za ciszę, ale ja nie zamilknę
Co się mażesz jak dziecko, nie przeproszę tu za nic
Te słowa to konieczność, ciągle nie spuszczam z tonu
Weź tego nie kwestionuj, masz tu rap zaufania
Wszystko dla Ciebie ziomuś

Ref.
To nie sejmowe wotum, to zaufania rap
Dla jebanego rządu, jest jak parszywy rak
Bronimy swych poglądów, zwątpienia tu brak
Tak było od początku, odkąd przyszedł na świat
Odkąd pamiętam brat robię dla ulicy
Wcześniej robiłem hajs, teraz robię liryki
Kładę na bity bolesną szczerość ściero
Tutaj Sobota, Chada, masz sprawdź to dzieło

CHADA:
Teraz gorsza część Chady, mówi ci idź do diabła
Masz tu pieprzoną pieśń, o podrzynaniu gardła
Moja wiara wypadła, kiedyś z szóstego piętra
Chciałbyś więcej szczegółów, lecz nie wiele pamiętam,
Weź nikomu nie ufaj, podpowiada rozsądek, no i słusznie,
bo potem kurwy straszą Cię sądem, przejebałem majątek
Ale to mnie nie boli, bardziej w sidłach niewoli
Niż w złotej aureoli, balet wyszedł mi bokiem
Biorę głęboki oddech, nie podchodzę do okien
Mam z tym pieprzony problem, chciałbym Cię nie pamiętać
Droga szczęścia nie tędy, zanim kurwa coś powiesz, wypluj wybite zęby
Teraz słowa dokończą, to co zaczęły czyny
Przecież kurwa nie mówię, że nie jestem bez winy
Z ciężkim sercem nawijam, o tym że z nami koniec
A, myślałem że zawsze staniesz po mojej stronię

Ref.
To nie sejmowe wotum, to zaufania rap
Dla jebanego rządu, jest jak parszywy rak
Bronimy swych poglądów, zwątpienia tu brak
Tak było od początku, odkąd przyszedł na świat
Odkąd pamiętam brat robię dla ulicy
Wcześniej robiłem hajs, teraz robię liryki
Kładę na bity bolesną szczerość ściero
Tutaj Sobota, Chada, masz sprawdź to dzieło
Byłem wczoraj w kinie, a tam chrum chrum.

Kolejny film odgryzł mi kawałek mózgu, zostały tiki, siniec, w głowie już kaszka kus-kus,
Flaki wytaplane w winie, i miłość po francusku, już ledwie pręży się mej tożsamości muskuł.
Mój byt zbyt słaby, by nie jechać na tym co oni wózku, bombardowanie z helikoptera,
Widok przez celownik, akcja i pah! Zdesignowana krew sensację wyściela.
Etyka wyje, w widowni krach, z granatem w ustach, który matka trzylatka już tylko to dech zapiera.
Dziecięca rączka odfruwa jak ptak, drzazgi to w ramach, sztampa – kariera.
Ideały kanta starte na piach. Trendy mody nowy fach, cierpienie sprzedawane jak lody szach i mat,
W tępym imadle, nabijanych gilotyn, ploty, dramaty niedochodowej kwoty, wszystko dla kwoty.
Rządzi motyw, tabloidów fekalnych emocji. Ciekawe czyje nieszczęście będzie jutro w promocji, może Pani? Tak?

Świetne ujęcie – mózgu pęknięcie,
Świetne ujęcie – cóż za napięcie!
(x3)

Siadaj!

Bomby i popcorn idą parami, żreć tą sensację – a wszystko to spam!
Na oczach już klapki, japonki z cekinami, taki z mózgu marketingowy skan!
Masa, uprzyziemnione ciało niesieniami, wielki i wygodny, pluszowy transsss...
Hipnozy czary mary, czuć forsy opary, króluje tajne bractwo, łowców ludzkiej miary,
Czary mary, wielki brat ma nieczyste zamiary, ponad nim koncerny to już Państwa stary!

Byli królowie i demokracji gmary!
Nadchodzi korporacjolitaryzm!
(x4)
Ten kraj przesiąknięty absurdami
Chorymi układami, korupcją, haraczami
Bandytami, prostakami, biedakami, grubymi rybami
Przekrętami, włamaniami, wymuszeniami, pogróżkami
Chamami sterydami, skorumpowanymi psami
Aferami, kombinacjami, monopolami i limitami
Tandetami, chałami, analfabetami
Paktami kruchymi jak origami
Kobietami, które jak aksamit
Chrześcijanami i żydami, islamistami i innymi religiami
Komunistami, radykałami, maniakami, którzy jeszcze nie znani
Przegranymi perspektywami, kontrowersjami nad pierdułami
Śmierdzącymi na kilometr przetargami
Zagrożeniami i frustratami, tak

Gdzie żyje się w trudzie
Gdzie absurd na absurdzie
Gdzie idzie jak po grudzie
Pamiętliwi ludzie taki kraj, kraj

Gdzie żyje się w trudzie
Gdzie absurd na absurdzie
Gdzie idzie jak po grudzie
Pamiętliwi ludzie taki kraj, kraj

Gdzie żyje się w trudzie
Gdzie absurd na absurdzie
Gdzie idzie jak po grudzie
Pamiętliwi ludzie taki kraj, kraj

Gdzie żyje się w trudzie
Gdzie absurd na absurdzie
Gdzie idzie jak po grudzie
Pamiętliwi ludzie taki kraj, kraj
Czuję się, jakbym spadał, rozpaczliwie łapiąc myśli
One nie dają mi gruntu, jeźdźcy apokalipsy
Moje zmysły w hipnozie uśpione
Głuchoniemy, skamieniały, ślepo patrzę na podłogę, ziomek
Muszę wyjść stąd, ściany i postacie teraz są dla mnie zbyt blisko
Chcę popierdolić wszystko
Zniknąć, prysnąć, ulotnić jak kamfora
Ale muszę dumnie żyć tu, gdzie Sodoma i Gomora
Na chwilę chowam emocji ile zdołam,
By wybrać butelkę do góry głowa, trzy słowa
Twarz znajoma kładąc resztę, chyba widzi, że mam doła
Nie potwierdzam tego gestem, ból wycieka w oczodołach
Czuję, że konam, choć z ran krew nie broczy
Czemu ciągle oddycham, chociaż świat się dla mnie skończył?
Nie da mi ukojenia promyk słońca tego dnia
Nie da mi ukojenia światło księżyca tej nocy

Czuję, że już nie ma sensu,
Już nie ma o co walczyć
Niesiony przez goryczy smak powracam na tarczy
Wiem, co to znaczy już
I czemu tak się dzieje
Że ktoś znika z tego świata na własne życzenie
Muszę przestać, otrząsnąć, opamiętać
Pędzę przed siebie
Obłęd mierzony w kilometrach
Butelka coraz bardziej lekka
Na dodatek mnie dobija z radio nostalgiczna piosenka

Przed sobą klękam
I nie umiem się już podnieść
Ile razy można,
Ile razy można przyjąć ciosy godnie?
To ostatni raz
To ostatnia łza
To ostatnie "do widzenia"...
Bo dla mnie nic nie ma już
Czuję mrok, to dom zabłąkanych dusz
Serce jak nóż
Głęboko wbite to, co kochałem najbardziej
Ta rana sie nie goi, tylko boli jeszcze bardziej

To ostatni raz, do góry głowa
To ostatnia łza, do góry głowa
Wiem co to znaczy już
To ostatnie "do widzenia"
tylko powiedz mi czemu żyję człowiek z dnia na dzień
to mój film jak u Lyncha w "Zaginionej Autostradzie"
przez Neostradę uwięzieni przed biurkiem
ten cyber przemysł nie mówi przestrzeni co ludzkie
możesz krzyczeć, jak jebnę klawiaturą to literki wbiją Ci się w potylice
o.s.t.r. sprawdź różnicę
mówią ostatnia szansa, albo prędkość moich myśli przekracza terabajta
trzymaj fason jeśli chcesz zdobyć cel
nie ma nic gorszego niż syf, który to tu wydarzył się
ty nie rób ze mnie króla, ostry nie Jackie Stuart
wole styl jak nastula wybacz superman umarł
pójdę nawet o kulach po prawdę jak znasz ją
choć jak chodzi o prawdę i tak każdy zna własną
jeśli mózg masz jak bp łączę się z nim przez Wi-fi
nie pierdol bo głupoty twej znam wiele przyczyn
co z łaską czy zasługujemy na nią
gdy nie wielu ma prawo by odlecieć jak anioł
już opanował amok cyber osiedla wszystkie
a gdyby tak im rano wyjąć wtyczkę

x2
mózg to wolność, wolność to siła, siła to wolność, wolność to mózg
mózg to wolność, wolność to siła, siła to wolność, żebyś ty też tak mógł

koniec bredni, tematów z Wikipedii
ja wolę gdy autobahn mnie prowadzi na Berlin
z Berlina do Antwerpii
z Antwerpii do Hagi
daj kopa, noc zostawić, można je wszystkie zostawić tu
wymiana winyli wschód zachód wschód
to oddech co zabili smród łaków znów
w chuj znaków cóż, my z tym na bieżąco
dobrze, że znam tą drogę bo spierdolił się tomtom
za płytami reich, po samplach Premiera
choć jak tu słyszą polski patrzą jak na złodzieja
masz tu w nas ta idea wciąż szperać, sprawdzać
no to raz jak Nivea się wcieram w antykwariat
pierdol to łączę ja w związku z tą sprawą
jestem świrem co wosk ten pochłania jak makaron
nie dla mnie tarot bo znam swoją przyszłość
to nie rockman z gitarą, a gramofonową igłą
nawet jeśli Bóg da mi dumnie spocząć
jebać media do nieba wezmę z sobą gramofon
po to świat Cię uwięził na tym krześle przed kompem
bym ja mógł się rozwijać gdy ty śmierdzisz stolcem
już opanował amok cyber osiedla wszystkie
a gdyby tak im rano wyjąć wtyczkę

x2
mózg to wolność, wolność to siła, siła to wolność, wolność to mózg
mózg to wolność, wolność to siła, siła to wolność, żebyś ty też tak mógł
kokainowy song, sing along

Mes:
z początku myślisz, że ma więcej zalet niż wad
potem, chcesz ją wsypać w szalet i spuścić w świat
koko loko, ludzie przez nią tracą domy
posłuchaj, tych historii i weź pomyśl
miałem taką przysięgę, do osiemnastki nic
alkohol, poza tym bez używek, żaden spliff
żadnych piks, narkotykowo, żyłem jak mnich
browarek, w głośnikach dobry rap, na przykład Pih
wyrobiłem dowód oso i nagle zewsząd
pojawiły się całe listy dotąd mi nie znanych dziewcząt
ta biała laska w kusej sukni z folii, powiedziała
wciągnij mnie do nosa, potem poliż
byłem przygarbionym skejtem, ale zaraz
wyprostowało mnie jakbym był tym żołnierzem przed Buckingham Palace
teraz Mes to spokrewniony z bogiem kreator
potem słyszę "Wyszedł z ciebie agresywny matoł"
to tylko niewinny wstęp, jak niewinna jest ta moc
na początku, gdy z zatokami przywita się koks

Pih:
zapoznał mnie z nią Chada, pieprzona biała dama
po tym sztosie, w nosie, mógłbym ulepić bałwana
wisiała na szyi, od wieczora do rana
czułem posmak goryczy, w jej szponach jabłko Adama
za czasów 'o nas dla was', jakbym cofnął, w wstecz się przyjrzał
najlepiej pisało mi się w zeszycie po dwóch liniach
mocne jebnięcie, w stylu klasycznym
nie to co dziś ten tynk, ze środkiem dentystycznym
ten drugi z JedenSiedem miał w tym trochę sensacji,
pizdnął go prąd jakby kradł miedź z kolejowej trakcji
wszystko dla ludzi, nie ma przymusu
nie powiem dzieciak, dieta ma w sobie trochę luksusu
kokainowy song, bez górnolotnych myśli
im więcej ideałów, tym więcej hipokryzji
bez planu b, gdy ziom woła cię na stronę
a zdania na jej temat jak dupy - w pół podzielone

Mes:
stu twoich ziomów może pić, dobrze się bawić, flirtować
ty masz wkrętkę na koks, męczysz ludzi "Dzwoń po towar!"
nie wiesz kiedy doczepił ci się do najebki bezwarunkowy odruch
pijesz - a we łbie "Chciałbym proch, znów" "Ściągnijmy obrus!"
ostatni raz złamałem abstynencje w Brasil
dziwka rzekła "You wanna try lil cocaine?" i bierze mnie na tył
gruby alfons z Sao Paulo, znał się na wszystkich szwindlach
ale uczciwie, sprzedał mi prawdziwy skarb Indian
krajowe kreski, dwie doby nie śpisz że ci nie wstyd,
jak sobie mieścisz to w głowie że je wziąłeś na testy
back in the days, ty, minionych zdarzeń bieg
powraca, kiedy za oknem pada, pada śnieg
Słyszałem o takich miejscach,
słyszałem o takich ludziach,
słyszałem o takich miejscach, gdzie,
słyszałem o takich ludziach, co.
mhm.

[Paluch]
Dzisiaj miałem sen, chciałbym zatrzymać go w pamięci,
był dobry jak seks z miłości nie dla pieniędzy,
widziałem bólu kres i życie w świecie bez nędzy, (bez),
tam każdy dzień miał sens, czułem że mam zdrowe nerwy, (wreszcie).
Szczęście bez przerwy, idealna równowaga,
tęsknota była chwilą bo każdy szczęśliwe wracał, (żywy),
jeśli ktoś wierzył to żył według wiary zasad,
bez fanatyków , tych pozujących na mesjasza. (mhm)
Każde dzieciństwo to najlepszych wspomnień pasmo,
z rodziną blisko, ich przyszłość rysowana jasno,
wszystkie dzieci miały dom z dala od domu dziecka,
bezpieczny jak schron, bez patologii piekła, (bez).
Ludzie byli ludźmi bez rasowych podziałów,
w jednym języku mogli mówić, stanowili jeden naród,
bez polityki granic, i bez kursów walut,
a twoja przyszłość nie leżała w rękach banku, (nie).

Ref.
Słyszałem o takich miejscach gdzie,
ludzie nie mają wrogów bo łączy ich jeden cel,
słyszałem o tych ludziach co,
niezależnie od miejsc wszędzie odnajdą dom.
Słyszałem o takich miejscach gdzie,
pod bezkres ciągnie się niebo ,rajskie noce i dnie,
słyszałem o tych ludziach co,
gdzie oni są, gdzie oni są, gdzie oni są.

[Paluch]
Wczuj się, poczuj tą ulgę, nie musisz walczyć,
bo dziś twój bliźni jest jak pies i co drugi warczy,
nie musisz błyszczeć i mieć najlepszej pracy,
nie musisz krzyczeć żeby ktoś cię w końcu zauważył.
Masz to, miłość i wierność idą razem,
wtedy masz wszystko ziom, furę, chatę i plazmę,
full opcja, pełen pakiet i duchową nawigację,
zamykasz oczy, lecisz, zawsze masz najlepszą trasę, (ehe).
Nie ma wyścigu, każdy ma gdzie indziej metę,
a równy start, likwiduje konkurencję,
to tylko sen, to nie istnieje w naszym świecie,
w środku nocy budzę się i przez chwilę jest lepiej.
Chcę wrócić tam gdzie upadki są zawsze miękkie,
ludzie uczą się na błędach i są mądrzejsi z wiekiem,
słyszałem o tych miejscach, nikt nie wie jak tam dolecieć,
słyszałem o tych ludziach, chyba żyją w innym świecie.

Ref.2x
Słyszałem o takich miejscach gdzie,
ludzie nie mają wrogów bo łączy ich jeden cel,
słyszałem o tych ludziach co,
niezależnie od miejsc wszędzie odnajdą dom.
Słyszałem o takich miejscach gdzie,
pod bezkres ciągnie się niebo ,rajskie noce i dnie,
słyszałem o tych ludziach co,
gdzie oni są, gdzie oni są, gdzie oni są.
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo