Popularne piosenki. Polski Hip Hop

1. Tak się wszystko zaczęło, choć niewiele pamiętam
Pierwszy oddech w szpitalu, 24 sierpnia
Czasy nie były łatwe, poczułem zapach miasta
Kordeckiego, ciut dalej szkoła 215
Każdy z nas tu dorastał, ziomuś daję ci słowo
Właśnie tam kształtowała się moja osobowość
Byłem pierwszy w dzienniku, czułem uliczny instynkt
W sklepach pustki, a w szkole bracie język rosyjski
Czarnobyl dał popalić, miałem zawroty głowy
Było nieźle jak, ziomuś, w domu stał magnetowid
Ojciec wziął i wyjechał, nie wspomniał, że na stałe
Kilka lat jego w życiu całkiem zignorowałem
Pokochałem skateboarding i opuszczałem lekcje
Raczej ciężko było mi się pochwalić świadectwem
Byłem zwyczajnym dzieckiem, które nie chciało pościć
Będę kimś - co do tego nie miałem wątpliwości

2. Dorastałem na Pradze, tutaj czas mi uciekał
Życie wciąż się skupiało wokół placu Szembeka
Obok była apteka, pozwól, że ci się zwierzę
Właśnie tam ziomuś miały miejsce pierwsze kradzieże
Pierwsze bójki i akcje, pierwsze prochy i szyja
Jakoś los w tamtych chwilach ewidentnie mi sprzyjał
Zabrałem się za hip hop, usłyszałem: "Masz talent"
Już jako jeden z pierwszych latałem tu z towarem
Uwikłałem się w melanż, z rana waliłem krechę
Wtedy ciężko już było podeprzeć się uśmiechem
Śmierć kolegi widziałem, myśleliśmy, że zasłabł
Nigdy więcej obietnic na tych ulicach miasta
Miałem grono przyjaciół, ale również i wrogów
Zapłaciłem za swoją słabość do samochodów
W latach 90 pokochałem muzykę
Moje życie nigdy nie było słodkie jak likier

3. Ostro szedłem po swoje, wstyd przyniosłem rodzinie
Za ten sztos utrzymałbym niejeden sierociniec
Pihu mówił "Daj spokój", Szymon też dobrze radził
Wkrótce się przekonałem do czego doprowadzi
Zaliczyłem upadek no i niejeden odwyk
Ich starania i tak w niczym mi nie pomogły
Już nie chciałem tak dłużej, czułem za duży ucisk
Tak naprawdę nie miałem się już do kogo zwrócić
W końcu wyszedłem oknem, byłem w cholernym dołku
Miałem dość udawania, że wszystko jest w porządku
Pobudka na OIOM'ie, matka zwątpiła w syna
W między czasie gdzieś jeszcze zaliczyłem kryminał
To mi było potrzebne, mam nadzieję, że wierzysz
Już nie wrócę do tego co wyrabiałem kiedyś
Teraz gram te koncerty, w górze tysiące rąk
Chociaż często ten hałas wymieszany jest z krwią
Wiesz czasem bywa tak
że sam naprawdę nie wiesz dokąd zmierza twój świat
tysiące myśli słowa ranią tak ty na kolanach prosisz Boga
daj mi ten znak

Tom pierwszy rozdanie kart tysiące wierszy
Węszysz, gdy znajdziesz to będziesz lepszy
Szybciej wertujesz wciąż a czas ucieka
Musisz znaleźć, bo wiesz że na ciebie czeka
To tak naprawdę ta niezapisana karta
Prosta kreska, jeśli będziesz miał farta
Też to masz skacze jak płyta zdarta
Słyszysz ludzi wokół mówią nie znasz się na żartach
Z czego śmiać się, jakich wyborów dokonać
Uciekasz od tego zapisać życie w innych tonach
Jedyna myśl wciąż nie daje ci spokoju
Co masz zrobić żeby uciec z tego gnoju
Otoczyć się wiecznością planując wciąż na przyszłość
Pewny nadejścia jutra zupełnie inna rzeczywistość
Wiesz tak to jest wiesz czasem tak bywa
Trudno cieszyć się, kiedy obraz się rozmywa

Wiesz czasem bywa tak
że sam naprawdę nie wiesz dokąd zmierza twój świat
tysiące myśli słowa ranią tak ty na kolanach prosisz Boga
daj mi ten znak

Ile będziesz żył marzeniami weź się do roboty
Dzieciaki styrane rodzinne gabloty
Użalając się nad sobą nic nie osiągniesz chłopak
Zamykając się w sobie w obdrapanych miejskich blokach
Na życiowych kopach masz nauki setki tomów
Jednodniowi bohaterzy cztery spusty siedzą w domu
Każdy chce każdemu pomóc teoria teraz względna
Z zewnątrz jest porządku wewnątrz ukryta jest menda
Szansa przeszła przed oczami drugiej możesz nie dostać
Obowiązki praca czasem trudno temu sprostać
Bardzo wiele chcesz dostać a co w zamian oferujesz
Wirtualny świat bez fikcji wokół niego oscylujesz
Cieszę się tym, co mam mego życia każdą chwilą
Udowadniając debilom, że nie włada mną bilon
Nigdy nie jest za późno sprawdziło się planowanie
Zmarnowałeś dwie szansę trzeciej nigdy nie dostaniesz

Wiesz czasem bywa tak
że sam naprawdę nie wiesz dokąd zmierza twój świat
tysiące myśli słowa ranią tak ty na kolanach prosisz Boga
daj mi ten znak

Tom trzeci ostatnie rozdanie kart
Jak Tytanic właśnie teraz ty dotykasz dna
Sam już nie wiesz, co się dzieje gdzieś już runął twój świat
Brak pewności w tobie wszędzie widzisz milion wad
Jak okręt na morzu musisz złapać w żagle wiatr
Przecież musisz coś robić nie chcesz chyba w miejscu stać
Nie zapuszczaj korzeni tylko z całej siły walcz
Nie potrzebne są tu szable ani osłona tarcz
Na co stawiasz duże mury, co obleciał cię strach
On ma tylko duże oczy ty nie musisz sie bać
Więc zacznij na nowo nie ma czasu na strach
Jedno życie dostałeś teraz twoja szansa trwa
Unieś ręce wysoko i z przeciwnościami walcz
Przecież nie ma, na co czekać zobacz jak ucieka czas
Gdy wychodzi z ciebie szok
Bo chcesz to mieć
I gdy przerośnie ciebie to
Oszukujesz się
Chcesz więcej niż możesz wziąć
Udowodnić tu komuś coś
Ale za jaką cenę
To ciśnienie na sos

Boli cała japa mocno obita
Boli przykleiła mu tu jego krew do chodnika
Żeby mu pomóc tu nie było ochotnika
Pierwsza w nocy dzielnica
Kolo ledwo oddycha
Dobrze, że to jego okolica
Ma na chatę parę minut nikt go nie widział
Wstaję, krwią kaszle bo go dobija
Ma wyjebane i na klatkę szybko pogina
Wchodzi na chatę, nikt nie wyczai go
Matka poszła dziś do pracy na całą noc
Idzie do łazienki, bada straty
Bo wie, że ma parę siniaków i połamany nos
Ale bardziej boli duma
Co się stało chyba kuma
Miał przy sobie 2 dychy skuna
Oni zabrali to i najebali go
Kolo ustawił go na dill i wystawił go
Wczoraj od dillera wziął trochę tego w credo
Ziomy mówili, że on nie nadaje się do tego
Ale on im pokażę, że da
Idzie spać ale w głowie ma już plan, tak

Gdy wychodzi z ciebie szok
Bo chcesz to mieć
I gdy przerośnie ciebie to
Oszukujesz się
Chcesz więcej niż możesz wziąć
Udowodnić tu komuś coś
Ale za jaką cenę
To ciśnienie na sos

Wstał cała twarz n********a go mocniej
Dobrze, że matka jeszcze spała po nocce
Zjadł i wyszedł do zioma
Wiedział, że go zaskoczy
Jak opowie mu co stało się wczoraj w nocy
Wydzwonili jeszcze 2, wpadli za chwilę
I poszli do tego, co go w****ł na minę
Pod klatką stali by nie wyczaił ich z okna
Wyjdzie z chaty zemsta będzie słodka
Stali 2 godziny wyszedł j****y pies
I najebali go jak psa w biały dzień
Uciekli stamtąd szybko
Na do widzenia powiedzieli mu, że jest straszną dziwką
On powiedział dzięki ziomom
Dostawcy wisi hajs i musi odrobić dzięgi solo
Pomyślał sprawdzę inne źródło
On siedzi na chacie i zawsze ma to gówno
Siema widzę, że nieźle cię najebali
Spoko stary już konflikt zażegnany
Pogadałbym ale w c**j mi się spieszy
Ziom weź daj mi stówę na zeszyt

Gdy wychodzi z ciebie szok
Bo chcesz to mieć
I gdy przerośnie ciebie to
Oszukujesz się
Chcesz więcej niż możesz wziąć
Udowodnić tu komuś coś
Ale za jaką cenę
To ciśnienie na sos

Nie trzyma tego w domu, bo nie ryzykuje
Że kiedy mu wleci
Towar chowa na klatce w ssypie na śmieci
Pod lineloum więc nawet jak będzie przypał
To towaru nie zawiną jemu
Wraca po to codziennie
Zaraz się odkuję bo w detalu
Mu dzień w dzień schodzi piona dziennie
Dzwonią do niego masz coś?-hej ziomek pewnie
I to jest dobre sto procent, że spoko jebnie
Po tej stówię wziął drugą i trzecią
Odpula tych, którzy z hajsem w c***a go lecą
Zdobywa te fame'y na dzielni
Udowodnił swoim ziomom teraz
Że też hajsem kielnie napełni
Wcześniej nie miał nic
Gdy odwiedzał ich mówili mu
Że na bloku nie spada z nieba nic
Idzie w kimę do roboty już nic nie ma dziś
7 rano budzi go pukanie do drzwi

Gdy wychodzi z ciebie szok
Bo chcesz to mieć
I gdy przerośnie ciebie to
Oszukujesz się
Chcesz więcej niż możesz wziąć
Udowodnić tu komuś coś
Ale za jaką cenę
To ciśnienie na sos

On nie zczaił ocb ale nie zdążył
Matka otworzyła krymy na chatę wjechały z psem
Był przygotowany myślał o tym całe dnie
Co? pewnie myślicie, że macie mnie
Pomyślał sobie ale powiedział jej o co chodzi
Skuli go głowę przyłożyli do podłogi
Matka płaczę, przeszukali chatę
Nie ma, biorą go na przesłuchanie zatem, tak
Pies pyta się kto mu sypał, gdzie
Kolo milczy za to dostaję liścia w łeb
Drugi, trzeci ale nie wypsztykał się
Nic nie mieli mimo, że go jakiś wydał cwel
Puścili go w tej samej chwili on
Pomyślał, że lepiej będzie jak zmyli trop
Znają adres przeniosę lepiej ten towar
I poszedł do ssypu na klatkę, gdzie sprzęt chował
A nie daleko jego domu siedział ten
Co dostał w p***ę od niego i jego ziomów
Śledził go całymi tygodniami
Zemstę zaplanował wraz z tymi krymuchami
Wiedzieli, że nic nie ma w domu
Mieli go przestraszyć
Żeby sam w inne miejsce chciał towar zaszyć
Cwel widzi jak wchodzi do klatki
Ten ziomek daję sygnał psom
Otoczyli blok koniec

Gdy wychodzi z ciebie szok
Bo chcesz to mieć
I gdy przerośnie ciebie to
Oszukujesz się
Chcesz więcej niż możesz wziąć
Udowodnić tu komuś coś
Ale za jaką cenę
To ciśnienie na sos
- Kris, Wiśnia
- Wiśnia, Kris
- O co dbamy?
- O pestiż
- Tak jest, o prestiż czym chcemy się cieszyć?
- Prestiżem
- Właśnie czym
- Ski skład, Acetoholix
- Oborniki Poznań

[Kris]
Czym, prestiżem we własnym rewirze
Jak najbardziej i wyżej, w obcych też
Wiesz, ale dupy nikt nie liże
Szczujesz to pogryzę
Polecam analizę
Taką od dechy do dechy
Wewnętrzne cechy
Tak a nie inaczej
Nie rozumiesz, to tłumacze
Chcemy go zdobyć, Kris i Wiśniowy
Stuprocentowy autentyk
Hej, droga wiedzie tędy
Przez autorytet, nowy nabytek
Zdobywany siłą, rozumem i bitem
Niezbyt pokorni, do wszystkiego zdolni
Lepiej nie kantuj jak nie lubisz awantur
Naszego desantu, rymy i na zamku
I bez żadnej dywersji
(daj wiarę tej sugestii)
My w każdej kwestii nie tylko jako MC
Dbamy o prestiż

Ref.: To rap, rap to z brudnych ulic i podwórek
Dociera do ciebie czy tego nie czujesz (tego nie czujesz)
To mówi tylko ten co widzi własny sen
I drogę do spełnienia, choć nie każdy to docenia x2

[Wiśniowy]
Nie wszystko jest złotem co się świeci
Tak mówią starzy ludowi poeci
Tych oni tak mówi, chociaż złoto lubi
Każdy chce mieć więcej i to ludzi gubi
Długi bez pokrycia, odebrane życia
Coraz więcej chcica, żeby dotknąć szczytu
W swoim krótkim życiu, chociaż raz na moment
Oto ludzi omen, żeby móc odpocząć
Żeby móc rozpocząć całkiem nowe życie
Wszyscy to widzicie w swoim szarym bycie
Lepiej każdy chce mieć, więcej każdy chce mieć
Szybciej każdy chce mieć, choć celu nie widać
Życia ci zabraknie, każdy tylko łaknie
Na ludzkości bagnie zapominasz o tym
Co stanowi filar bytu na tej ziemi
Każdy tylko ceni, żeby nic nie stracić
Biedni i bogaci jak Peja dwa światy
Ja wybrałem mój i do tego chuj
Pomóc chcesz czy szkodzić, skubać czy dołożyć
Że jestem za młody, żeby sobie radzić
Przestań mi tu kadzić, nie umiesz poradzić
Zyski za to dzielić, gotówkę se przelicz
Ja do domu wrócę, tam mam swoją twierdzę
I ludzi za których zagram o wszystko
Dziwi cię zjawisko, sercu memu blisko
Leży cały Wilson, tu poznałem wszystko
Miłość, przyjaźń, zdradę, pierwszą dobrą rade
Ale tu nie utknę, życie mam za krótkie
Korzeni nie utnę, zawsze tu powrócę
Jak do mistrza uczeń, ta, zawsze tu powrócę
Jak do mistrza uczeń, jak do mistrza uczeń (ha)

Ref.

[Kris]
Mam tam jakiś koncept, jadę na koncert
Z publiką się łącze

[Wiśniowy]
Z wielką dumą kończę
Bo daje z siebie wszystko
Cenisz to zjawisko?

[Kris]
Ja o nie walczę, stale i uparcie
W literę W złączone cztery palce

[Wiśniowy]
Co to oznacza
WLKP dziś wraca
Niewiernych karci

[Kris]
A jeśli nami gardzisz
To swoim przekonaniem tylko nas utwardzisz

[Wiśniowy]
W postanowieniu słuchaj jeleniu
W moim myśleniu nie znajdziesz luki

[Kris]
Przejrzyj te druki
Ja liczę je na sztuki
Liryka od niedawna
(poczekaj jeszcze trochę)
A będzie wytrawna

[Wiśniowy]
Jak białe wina
Czekaj jeszcze chwila
A zrzednie ci mina
Kiedy zobaczysz co to dla nasz znaczy

[Kris]
Pełne poświęcenie w studiu i na scenie
Zupełnie oddani bez żadnych granic
Rap fanatycy

[Wiśniowy]
Ty klipy liczysz
Kiedy nas słyszysz zalega cisza
Wiśnie i Krisa rozgryźć być chciał?

[Kris]
To twój samobójczy strzał
Ciebie nie będzie, a ja będę trwał
Bo każdy z nas widzi, bo każdy z nas widzi
Drogę do spełnienia choć nie każdy to docenia
Jak rosyjska ruletka, siła w jednym naboju
To jak kabaret moralnego niepokoju
Nie lubię tego kraju, ani tego ustroju
Szansa jedna na tysiąc by wyrwać się z tego gnoju
Z mroku wyjść; do mety dobiec; prawdy dowieść
Życie pisze zagmatwaną swą opowieść
Co puka jak towiec, wciąga jak dreszczowiec
A czas śmiga szybciej niż pogotowie
Czegoś nie kumasz? To weź się dowiedz
Dwa razy pomyśl, dopiero powiedz
Finał na Junikowie czeka
Nurt porywa jak rwąca rzeka
Szukasz ucieczki w lekach? To nie apteka
Ja nie uciekam, nie narzekam, słów łańcuch nawlekam
Na światło dnia wywlekam brudy
W betonowym lesie, księstwie ułudy
Zawiść przyczyną zguby, drugiej próby już nie będzie
Na zakręcie; diabeł tańczy swój taniec
Rośnie napięcie; sekund gra akompaniament
Imię jego Milion i on podbił Babilon
Podbił tysiące głów, jak kosmos Tichy Ijon.
Patrzę: ludzie piją, własne żony biją
Jak piskorze się wiją nakryci snopem światła
Za ułudą pościg, bez litości
Nie zarobisz – pościsz. Beton, Krew i Kości.
Pełen bólu, nienawiści i miłości
Tu gdzie stoję mam miliony możliwości
Tu gdzie stoję mam miliony możliwości
Tu gdzie stoję miliony możliwości mam.
Wysiadam Tottenham puls na gardź to mc donalds,
Widzę kurz jeden ma nóż, ktoś leży,
Zdjęcie Osama kontra Bush, cóż,
Już na wolnym biegu idę do Tarnobrzegu,
Do Popa rzut beretem, najwyżej pominę refren,
Dobra jestem, otwiera mi Cinek,
Mówię że na chwile, on że dobrze trafiłem,
Mają uncję kozaka do spalenia a nie kiłę,
Sokół młody i stary już biorą tequile.
Parole podjeżdżają, aby rosnąć w siłę,
Cinek przycina na perkusji i gitarze,
Kozika nie ma bo utknął w Land roverze,
W tą ekipę wierzę, szanuję ich szczerze,
Nie wierzę, patrzę, która już godzina,
Soruwa chłopaki, ale muszę się zawijać,
Każdy dobry chłopaku się trzymaj.
I znów obieram właściwy kurs,
Zmierzam do celu, do Popa mam 15 minut z buta ,
Do uszu mych dobiega mi znajoma nuta,
To Opel Omega, już wiem o co biega,
To Doktor, więc powiedz mu co ci dolega,
Nie da nic na łupież, ale pójdzie wita prawa i lewa,
Drzwi otwieram, z nim się zabieram,
Nie gadam zbyt wiele, bo się zjarałem, aż ziewam,
On się chyba śpieszy, młodzież z polski
Na pasach by rozjechał, ale beka,
Studio czeka, choć misja pęka, nie wymiękam,
Za kilka chwil będzie puenta i sedno,
To już zielone drewno, czyli punkt docelowy,
Nie muszę pukać drzwi, otwarte do połowy,
Gdy nadepnąłem na coś, nagle usłyszałem skowyt,
Nie widziałem, jak dziesiona wpierdala pompona sorry,
I już słyszę Pomidora jak mnie woła,
U Eddiego Daniel turla gibona,
Ja jak w hipnozie zmierzam do kabiny,
Ciesze się, że kurwa wreszcie nagram te rymy,
Nic mnie nie zatrzyma, chyba, że przyczyna
To siedzący tam Popek, który właśnie nagrywa,
Nie wygoni stamtąd go siekiera, ani młotek więc...
Powiedz gdzie się podział rap ten co porwał moje serce
Dziś widzę tylko SWAG w kurwe jak niechciany przester
W treści wartości brak, wytwórnie są jak treser
To sceny rak, łamie im kark - one shot winchester,
Nawet nago mam więcej stylu niż ty w koszulce OBEY,
To B do O do R skurwysynu fresh southern!
Jebać emo rap, za ich samobójstwo polej,
Nastolatki w Nirvanie skończą jak pierdolony Cobain*
Mam mieszane uczucia do większości nowych twarzy,
To szczerze wkurwienie i złość ze szczyptą odrazy,
Jeszcze chwyci się za ręce chłopaki bez skazy,
A jak rzuci Cię dziewczyna to wypłacz się u wydawcy,
Rapy to przewodnik prawdy, a nie teatralne kółko,
Udajesz, że jesteś twardy, na żywo widzę futro, (teej)
Wykorzystaj chwilę, mamy hip-hopowy boom,
Wylew nowych ksywek, na ich płytach słyszę.. - SZUM!

[Hook:cuty]

Lecą jak impotenci polscy kurwa trueschoolowcy,
Ktoś im filmy wkręcił, że hip-hop tylko łączy,
Każdy skurwiel jęczy, że rap był w 90,
Lepiej se upierdol język i wciśnij majka w odbyt, (teej)
Widzę podziemie, to zakompleksionych meta,
Większość marzy o fejmie, hejty na pełen etat,
Jak któregoś płyta przejdzie i leży samotnie w sklepach,
Choć nie zarobił grosza pierdolą, że się sprzedał,
Sram na was, nie wiecie czym jest undeground,
Nadal działam niezależnie kładąc lachę na major'sach**
Dziesiąty album, fani mają wersy w serach,
I ty kurwa nie masz fanów bo brakuje serca w wersach,
To polski rap, nie ma gwiazd, nie istnieje meinstream,
Mały hajs, media - szajs i wywiady wielkich,
Rapowe portale to często kurwa marionetki,
Słyszę SZUM to nie fale główny nurt - ścieki.

[Hook:cuty]

Złote płyty na faktury obrazują polski rynek,
Kilka z 15-stu tysięcy zalega na magazynie,
Ruchają Cię odbiorco, wielu robi to perfidnie,
Ja nazywam to wyjebą, a nie tanim marketingiem, (teej)
Dla mnie dopingiem nie są lewe wyróżnienia,
A tym zakompleksionym rośnie tak samoocena,
Wiem, jedno co się liczy wierni fani na koncertach,
Ode mnie mają szczerość - BeeOoeeR reprezentant,
Dobrze, że rap widać w mediach - słyszę te opinie,
Próbują mieć nas w rękach biznesowe świnie,
Tam na szczerość nie ma miejsca, a prawdę się wytnie,
Jeśli myślisz, że to rozwój to myślenie masz naiwne,
Jaki kurwa *** jebać członków monopolu,
Biuro Ochrony Rapu proszę cię ziomeczku zrozum,
Fanatyk jak Dżihad z rapem masz do grobu,
Jemu poświęciłem życie choć mam na nie 100 sposobów.


*Kurt Cobain - był silnie uzależniony od heroiny, stawił się w klinice odwykowej, z której uciekł po kilku dniach i udał się do swojego domu, gdzie popełnił samobójstwo.
*** Chodzi o cenzure w mediach.
Nie muszę dzielić się respektem z całym krajem
Ta, bo mój gang to fire
Oni dają mi go i ja im sam go daję
To proste widzisz weź zobacz moich gości na CD
Uszczypnij się ***** oni są prawdziwi
Ty nie szanujesz ich, twój gust już znam
Chyba hejting to twojego mózgu pan
Takich jak ty dupków znam
Jesteś kolejnym ***** kmiotem 3 K jak Ku Klux Klan
Kupiłeś białe za*****iste Nike'i

Ja zostawiłem w studio lawę, paląc i niszcząc mic'i
Po mnie do studio przyjdziesz w tamtych białych Nike'ach
To ***** wyjdziesz w czarnych
Właśnie za to dają mi szacunek
Na mojej muzie iPody palą słuchałem ją ze skunem
Na bloku te flow, VNM głos podziemia
Nie masz dla mnie respektu powiedz, co to zmienia

[x2]
Nie muszę mieć tego respektu od ciebie
Ty, nie muszę, bo znam samego siebie
Ty nie masz szacunku do nas weź to wyłącz zaraz
A potem zabierz swój respekt i wy*****laj

ZIP Skład wjeżdża, i co? ja podziemia nie znam
Sokół, wolałbyś żebym musiał przestać z głodu
Nie muszę być pupilkiem narodu
Dzięki Bogu wciąż mam fason, poziom i rozum
To na moich słowach wyrosły miliony
Wyrastają nowe, bo mój rap wciąż jest nowy
Mam szacunek tam gdzie ty boisz się wchodzić
I centralnie sram na emo trend, mi nie szkodzi
Za dużo stylu mam, żebym był pod czyimś wpływem
Ile kilo zioła słuchając mnie puściłeś z dymem
Ile tekstów moich stało się klasykami
Spytaj dwóch turystek, co z mymi dwoma kochankami
Co u Marysi i czy dadzą radę sami
Czy wciąż P.O.M. karmi mury wrzutami
Bo nikt nie nazwie ulic naszymi imionami
Mam szacunek niezależnie od państwowych granic, elo

[x2]
Nie muszę mieć tego respektu od ciebie
Ty, nie muszę, bo znam samego siebie
Ty nie masz szacunku do nas weź to wyłącz zaraz
A potem zabierz swój respekt i wy*****laj

Rymujesz o korzeniach myślisz, że się ta gadka sprzeda
Masz wąskie spectrum, ty masz korzeń ja mam las jak Vegas
Ty pytasz, co, skąd się wziąłem
Osiem płyt w osiem lat, lepiej mi sos na konto polej
Mój rap ma zasięg ten, licz jego metraż
Twój rap nie ma zasięgu jakby wbił się do metra
I za co ten szacunek chcesz, nikt ci na blogu go nie da
Nawet jak go przejdziesz wzdłuż i wszerz
Raperzy są nieułożeni w Polsce to lipa
Żeby ułożyli się sami czasem rok nie styka
Ty weź tylko mnie spotkaj na bitach
Ułożę cię w kilka sekund jak japoński łeb kostkę Rubika
W Polsce zna mnie 10 tysi, a dziś
Mam od nich gangsterską miłość jak Easy E i Alicia Keys
Schyl głowę, kiedy wchodzę na bit
Twój respekt nawet nie wiem, po co to mi

[x2]
Nie muszę mieć tego respektu od ciebie
Ty, nie muszę, bo znam samego siebie
Ty nie masz szacunku do nas weź to wyłącz zaraz
A potem zabierz swój respekt i wy*****laj
Ile tego poszło pomyśl, fu bongo gibony
W dowodzie powinień mieć kolor oczu - czerwony
Dawniej miałem przestać palić,a znów nie wyszło, sorry
Łatwiej rzucić ją ,niż je i tak posądza mnie o alkoholizm
Może ma rację, znów musiałem się napierdolić
Nie wiem, czy mam bliżej do magistra, czy na odwyk
Może kiedyś przestanę pić, nabiorę szacunku do kobiet
Teraz tylko palekowiec, podnoszę kielich i mówię zdrowie
Nim serca budowiec, znam damy i suki
Napisałbym o tym powieść, gdybym nie był wciąż taki skuty
Lubie patrzeć im w oczy i patrzeć na ich dupy
I słyszeć, że po tej nocy chcą się obok mnie obudzić

Nie wyrosłem z tego wciąż piję i palę
Patrzą się dziwnie, bo się znów najebałem
Dla nich jestem pewnie największym ćpunem
Na Wierzbie, ale czego spodziewałeś się po ich secie [x2]

Jedni piją, bo jest im kurwa ciężko
Inni chcą się czuć lekko, wiec jarają zielsko
Ja robię to i to, teraz i już nie wiem jak jest
Zadzwoniłbym do Ciebie, ale jest 4 rano (ładnie)
Daj mi lek na bezsenność, już nie wiem co jest ze mną
Nawet jak wszystko jest okej, to bym to wszystko jebnął
Umiem budować coś 3 lata i w jeden dzień rozpiepszyć
Nie wyrosłem z ambicji, żeby wciąż być najlepszy
Kurwa, muszę być zawsze pierwszy, tak, wiesz
Tylko pierwszy, albo się wkurwiam, jak Kanye West
Może, to dziecinne,ale to przecież o tym tekst
Czuję się jak wtedy, gdy na każdej ławce pisałem ENS
I nie wyrosłem z chlania na dworzu,
Nawet podczas mrozu, nawet mimo dwóch kaczych dziobów
Jeszcze nie wytaczam się z samochodu, nie spadam ze schodów
Ale zawsze jest bliżej do sklepu, niż do domu.
W automacie Mercedes 300, CL
Mknie po asfalcie, a gdzie jedziemy nie wiem
Noc szara a w radio Piotr Skała
Ja o rapie gadam, a za szybami śpiąca Warszawa
I gdy widzę białe koszule w TV
Wiem, że gdy nosiłem iwy ty nosiłeś piramidy
Remont to u klienta lub w domu możesz mieć
Ja pamiętam jak Paul Sally miał kurtki 65
Koszule 65 teraz bluzy 5G
Bo to nie '95 i świat zmienił się
To zero-dwa-dwa.com

Zero-dwa-dwa od początku życia mój dom
Rondo, ona gaz wciska ostro
Paf, paf, pes, wyrzucam splifa za okno
W zakręt ostro, obok Powązki
Przy piekarni gdzie nie ma chleba
Choć sporo tam mąki

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz świat jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalam splifa, włączam rap

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz rap jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalasz silnik, włączam rap

Klik, klik to z zapalniczki, splif zapłonął
Silnik pst-pst, splif za okno, my dalej drogą combo
Miejskie tagi to hieroglify jak w common, bo
Obok rajd na dwa pasy, my prawym prawie na luzie
Bo w prawym lustrze widzę lodówę, ziom
Przykitraj lonta, tam masz kompakt, puść to głośniej
Jedziemy w Polskę na koncert, mamy eskortę
Psy na ogonie i pięć sztuk, które spłonie tam i z powrotem
Eldo, Diox dany drums, lecimy trasą
Bogaci w szacunek ludzi tych, którzy tym płacą
Hajs? hajs to wolność za pracę, ty musisz to skumać
Bo w przeciwnym wypadku nie będzie nas u was
U nas noc, żółte światła, spokój, jest dobrze
Splif w dłoni, non-stop orient, to dobry nawyk
Eldo, Diox, nocny rajd ulicami Warszawy

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz świat jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalam splifa, włączam rap

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz rap jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalasz silnik, włączam rap

Zbiegam po schodach, myślę co się zmieniło
Słucham Buckshot'a, myślę kiedy ten czas minął
Od czasu w wresy, rymy, zwrotki i słowa
Koncertów Grammatik maestro edytoriał
Klipów na VHS oglądanych u Juzka
Ledwo zdałem maturę, ze studiów wylali Juzka
Dzwonię do Juzka, ustalam wyjazd na koncert
Jedziemy do studia nagrać kolejny longplay
Nie żałuję, bo nie umiem, nie zapominam i nie pamiętam
Swoją przyszłość buduję
A rap? dobre płyty wciąż wychodzą
Chociaż media nie widzą, chociaż media się wstydzą
Grać muzykę trochę inną niż ta łatwa
Rapera co nagrywa reklamy dla McDonald'a
Halo tak tak północ spoko gra, wpadaj
WeŹ samochód, ja wezmę jointy i rap

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz świat jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalam splifa, włączam rap

Wsiadaliśmy w auto słuchając rapu
Słuchając rapu pędziliśmy przez miasto
Teraz rap jest inny, miasto inne, ty i ja
Wsiadamy, zapalasz silnik, włączam rap

Posłuchaj, pamiętasz wiatruczas? szans już brak
By tamten czas powrócił, choć w blaskach
Świateł miasta nas nuci one-mice, my gramy
Żółte światła, miga nam świat przed oczami
To liga gigant lub liga tych co przegrali
Wybrali gigant na ulicach miasta, to zero-dwa-dwa
Dycha po dwa-dwa zawijam w palcach, oddycham tym
Gdy mijam tych, których zabija czas jak Amstaff
Film płonie, dłonie wybijają rytm, bas gra
Ten bas wyniósł nas ponad asfalt ulic miasta
Którego honor krwią splamiono, to duma państwa
Którego mapę znamy na pamięć, my
Diox i człowiek, który ukradł ci alfabet dziś
Jedziemy tam gdzie nie było nas dotąd
Jedziemy dać wers na bit, możemy dać ci słowo
GRM, Eldo, Hi-Fi, Diox bankowo
Po pierwsze - to nie mam domu z basenem
wyświetlenia milionów to nie sprzedaż pudełek
ty jak mniemam to nie wiesz, że to ściema z tantiemem jest
tu nie ma United States, nie znajdziesz dwóch lasek na eS. ($)

Tu czasem hajs jest, a czasem stres i niefajnie wiesz
to życie jest freestylem, naprawdę
i czasem nie mam nic, bo nie mam pracy a zyski - marne
parę razy na czynsz mi nie starczy naturalnie

Typ zobaczył klip: "Fajnie ma ziom z tymi rymami
pewnie ma gruby dom i wór z banknotami"
ta i sram diamentami, weź się zamień i zamilcz
albo zanim to zabij się banią o granit

Bo barany pozostaną baranami na nic zmiany, no nic
są jeszcze fani kumaci do granic, dla nich ten shit
do dziś to many many - wcale nie tulamy go z płyt
ale ci sami latami tu dalej pchamy ten syf

Ref.
Po pierwsze - skończ już pieprzyć o fejmie
oddałem serce i krew na te werble
Po drugie - robię tylko to co robić lubię
więc nie mów już więcej, że kogoś kseruje
Po trzecie - to masz chujowe pojęcie
ile przytulam kiedy bujam na koncercie
Po czwarte - wszystko to jest chuja warte
Miej to na względzie - evviva l'arte.

Po drugie - nigdy nie chciałem tego fejmu
nikogo nie podrabiam idź do stada the game'ów
noszę nadal to w sercu, choć nie błagam o press tour
to terapia i morderca w jednym miejscu

To napawa mnie groteską, jak jezus w tesco
i weź to dziecko do przedszkol i przeszkol z katechetką co pierwszą
lub nader lekko wypieprz to za chatę na zewnątrz
tylko mi nie wmawiaj bajek, że to bragga bez sensu

Jedna rada dla plebsu - trochę dystansu menciu
mi fejm nie odpierdala raczej społeczeństwu
jestem taki sam nadal jak 3 lata temu ziomie
4,5,6 24 - ups byłem embrionem...

I nie Twoja to sprawa co ja robię po hip hopie chłopie
może chodzę sobie w glanach po jejo na hula hopie
ojejo akurat trochę może przesadziłem synek
ale kminie to jak nigdy nikt i jeszcze nie skończyłem

Ref.
Po pierwsze - skończ już pieprzyć o fejmie
oddałem serce i krew na te werble
Po drugie - robię tylko to co robić lubię
więc nie mów już więcej, że kogoś kseruje
Po trzecie - to masz chujowe pojęcie
ile przytulam kiedy bujam na koncercie
Po czwarte - wszystko to jest chuja warte
Miej to na względzie - evviva l'arte.

Po trzecie i ostatnie, to nie dzieje się przypadkiem
nie urwałem się z choinki w 010 na gwiazdkę
to są lata pracy i następstw pisanych 16'stek
po dwunastej do czwartej lata wiary prawie martwej

jednej sprawie oddany naprawdę - evviva l'arte
na kartkę defacto utarte te takty tu faktem
i może podpisałem pakt z diabłem by to robić
ale tylko od niego dostałem kartkę i długopis

Pośród marnych kserokopii, ty mi mówisz że to ksero ?!
skończ pierdolić i przestań łączyć pasję z karierą
to mój rap dla mnie herą, nie jebany obiektyw
robię to kolejny sezon, choć nie miałem perspektyw

Odstawałem od reszty, nikt nie kumał tych treści
teraz kurwa mają gula tu jebane beksy
pierdolę ekstrawertyzm, mam przejebane teksty na pętli
jestem zamknięty na ten syf, zawsze otwarty dla werbli

Ref.
Po pierwsze - skończ już pieprzyć o fejmie
oddałem serce i krew na te werble
Po drugie - robię tylko to co robić lubię
więc nie mów już więcej, że kogoś kseruje
Po trzecie - to masz chujowe pojęcie
ile przytulam kiedy bujam na koncercie
Po czwarte - wszystko to jest chuja warte
Miej to na względzie - evviva l'arte.
Bezczel:
Leże tutaj sam sam sam w samotności
wrażenie mam jakbym leciał w otchłań ciemności
to skomplikowane jacy jesteśmy prości
anioły i demony walczą we mnie dwie skrajności
aniołowie strzegą za dnia diabeł kusi nocami
przewracam się z boku na bok i szpachluje sufit oczami
zimnego potu krople spływają mi po skroniach
stary różaniec trzymam mocno w dłoniach

Próbuję rozmawiać z Bogiem, lecz on mnie nie chce słuchać
bo kiedy on miał czas dla mnie, niestety mnie nie było mnie tutaj
patrze na wskazówki, one stoją w miejscu
ja uwięziony w dwóch światów obrotowym przejściu
każda sekunda to wieczność, kurtyna nocy
nie potrafię się wyrwać ze szponów nie mocy
rozchodzi się ciche echo w ciemnych agonii ulicach
brakuje tchu, snu nie mogę oddychać

Ref. x2
Jedne chcą mnie dusić, drugie reanimować
jedne chcą dręczyć mnie, drugie ratować
dobre chcą mnie chronić, złe zaciskają szpony swe
czuję ich obecność, anioły i demony

Słoń:
Ciężar myśli mnie przygniata, wolno zapadam się w łóżko
ledwo widzę na oczy, choć nadal nie mogę usnąć
nadal oddycham wódką, choć nie mam czym już rzygać
leże po ciemku jak w trumnie i przytula mnie strzyga
połykam coś na sen, bo to nieraz mi pomogło
ciśnienie gniecie mi czaszkę, jak ocean łódź podwodną
przez zasłonięte okno wpada jasny promień słońca
mam wrażenie, że zatracam z rzeczywistym światem kontakt

Sheller:
Zmęczony wzrok wbity w sufit, zimny pot, prąd w duszy ucisk
nie mogę siebie znieść a co dopiero ludzi
w głowie głos co nie umilkł, chory umysł, chore myśli
nie potrafię przestać niszczyć, ranię bliskich
autodestrukcyjny instynkt, podlewany wódką
łatwo stracić grunt ziom, choć może już za późno
nie mam kontaktu ze stwórcą, w pierś wbite szpony strzygi
w zakamarkach psychy uczę się jak nienawidzić

Ref. x2
Jedne chcą mnie dusić, drugie reanimować
jedne chcą dręczyć mnie, drugie ratować
dobre chcą mnie chronić, złe zaciskają szpony swe
czuję ich obecność, anioły i demony

Bezczel:
Lękowe stany przeważnie miewamy nocą
kiedy zostajemy sami z myślami, ręce się pocą
miliony myśli czarnych, kłębi mi się w głowie
niech najgorsza z nich nigdy nawet nie przyśni się Tobie
moja rodzina modli się o mnie codziennie,
a mi się zdarza zapominać, nie myśleć o nich zupełnie
zapłakana mama przez łzy mi powtarza 'proszę cię synu
weź bardziej na siebie uważaj, może się w końcu ogarniesz
zatroszczysz się o siebie, jeśli Ty nie
skończysz z wódką, to wódka wykończy Ciebie'
matki marnotrawnych synów mają najgorzej
gdy synowie płyną z prądem, a w okół pływają węgorze
ta droga w jedną stronę prowadzi do zatracenia
człowiek jest głupi, bo póki nie straci to nie docenia
robi się jasno już, budzi się miasto ze snu
światła miasta gasną tu, ja nie mogłem zasnąć znów
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo