Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Nie znasz mnie, zna mnie tylko mama, siostry, jedna ex
przyzna się, że nie umiem chodzić obok nogi jak pies.
Bóg stworzył mnie, bym dał Ci siłę, masz ją w muzyce
I dumny jest gdy przekraczam linię, niszczę granice.
Bo kocham to a miłość nie zna granic, weź się pogódź z tym,
Albo zostaw to, daj mi żyć i szukaj czegoś co pokochasz Ty.
Choćby opuścili mnie wszyscy mam coś co zdziwi ich,
Wewnątrz siebie mam świat ukryty jak drzwi do piwnicy.
Źródło mądrości, której na co dzień nie czuję,
Mój system świadomości jest zbyt płytki by zrozumieć.
Program przynależności, zamysł Boga żeby mu ulec
Bez wątpliwości, które cechują moją naturę.
Czasem wchodzę tam i czuję jakbym doznał oświecenia
W chwilę poznał świat, spada na mnie grad podniecenia,
Jestem ponad (ta!) i coś zmienia mój stan skupienia
Wlewa czystą miłość choć to stan ulotny jak złudzenia.

Ref:
Wchodzę w drugi świat bo pierwszy staje się zbyt kruchy,
Gdy się czuję mądry, tam widzę jaki jestem głupi.
Zamykam oczy, wchodzę tam, zawsze będę się uczyć (zawsze!)
Nieważne jak mnie zranisz (nie!), wiedz, że mam gdzie wrócić.

Wchodzę w drugi świat bo pierwszy staje się zbyt kruchy,
Gdy się czuję mądry, tam widzę jaki jestem głupi.
Zamykam oczy, wchodzę tam, zawsze będę się uczyć (zawsze!)
Nieważne jak mnie zranisz (nie!), wiedz, że mam gdzie wrócić.

Nie wiem co to jest ale pod powiekami widzę rozkosz, wiesz.
Gdy jestem pozamykany czuję prostote jakby świat sam się naprawił i popchnął mnie
W jakieś inne wymiary gdzieś w kosmosie, żebym pojął, że nie ma żadnych faz, granic
Ludzie sami tworzą je bo boją się tajemnic poza celami.
Zamiast odkryć je, siedzę w ciszy jak nieporuszona tafla wody,
Tylko na spokojnej wodzie możesz dojrzeć dna, pomyśl.
Czuję myśli, które zgubię z początkiem rozmowy,
Słowa chcą wypełnić pustkę gdy miłość odchodzi.
Mam zbyt płytki umysł, żeby rzucić tym na dobre
Bo gdzieś na dnie tej studni coś nie pozwala mi odejść,
Może to najważniejsza z różnic, która cechuje nasz związek
Lub jestem kolejnym z durni co chce dolecieć na słocne.
Ah...
Właśnie tak, joł.
To jest drugi świat.
Drugi świat.
Nowy świat.
Je.

Ref:
Wchodzę w drugi świat bo pierwszy staje się zbyt kruchy,
Gdy się czuję mądry, tam widzę jaki jestem głupi.
Zamykam oczy, wchodzę tam, zawsze będę się uczyć,
Nieważne jak mnie zranisz, wiedz, że mam gdzie wrócić.

Wchodzę w drugi świat bo pierwszy staje się zbyt kruchy,
Gdy się czuję mądry, tam widzę jaki jestem głupi.
Zamykam oczy, wchodzę tam, zawsze będę się uczyć,
Nieważne jak mnie zranisz, wiedz, że mam gdzie wrócić.
Pozostańmy tacy sami

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

Pozdrawiasz potem wznawiasz nawias razy kilka
pozostawiam mile i pozdrawiam wszystkich swietych
a teraz damy cudzyslow 2 9 9 na 300
tylko chrystus mogl przyjsc tu i odejsc po tafli
tak by nie slyszeli diabli zycie nagli
rzada dzialan rzadza dziala chcemy rzadzic
bic i pic nie robic nic rzadzic
co popadnie to poprawnie zawsze wyjdzie
gorzej z tym gdy wyjdzie troche w horyzont
gorzej gdy procenty komorki gryza
moze ci na gorze tego nie widza
przez chmury a raczej
patrza co dzieje sie na planszy
w planszy na poziomie kazdym
kazdy z nas ma glos wewnatrz
czesto nie slysze go pedzac z predkoscia swietlna
kazda jedna latwo okazje zlapac
kazda jedrna polke wzrokiem zbadac
nauczylem sie rozrabiac ze swa swita
kilometry bylo ich sporo
punto vito t4 galaxy 406 audiana
pkp w warsie browar i piana
5 lat hulanek juz za plecami
tacy sami pozostanmy tacy sami

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

Uzbrojony w bron zasad przypieta jak do pasa
ruszylem w mrok gdzie swiatlo przygasa
trasa mlodych kazdy hasa nia samopas
szybka kasa i cos co daje kopa
ekipa co weekend jakis wypad na typa
co nie przypadl nam do gustu nie ma upustow
gabki zamiast mozgu chlona syf
nie odmowisz zioma? tez nalezysz do tych
(...) puder w nosy pizgaj wode nie mow dosyc
nic do stracenia losy z tej samej loterii
ja nie wzialem inni wzieli sie nacieli
ile zdrowia i pieniedzy poszlo przelicz
ja nie bede zycia dzielic z czyms co mnie zjada
pytaja po chuj tak gadasz ze czujesz sie lepszy?bo nie musisz?
lepszy nie ale silniejszy gdy wygrywam z tym co kusi
az mnie dusi czasem w klacie
mowie pacierz w chacie
bym nie oszalal
rzeczywistosc jest jak kara
gdy przyjmujesz ja na trzezwo
ja ja biore chocby wszystko szczezlo
chocby wszystko szczezlo
ja ja biore i zwyciezam

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

To tylko browar woda lycha haszysz jaranie
eskorta w weekend to orgazm na sniadanie
wieczorem balet obok swieza sarenka
ciagnie z toba koks do nosa
ty nie wymiekaj
snieg sypie w oczy
daleko od szosy
dalej si enei da wyjeb ja
nie staje? e tam
przywal jej speeda
potem zawiez na hotel
szybko wez na szybko bo wixa pusci
patrz ma ochote rano przy scianie placz
moze pomyslisz o swojej dupie o matce o siostrze o bliskich
pozniej uderzysz na miasto na pelnek kurwie
melanz po polsku w roli glownej
sie poprierdolisz w koncu tak bedzie zobaczysz
feta na raty tabsy coraz czesciej
dwie malolaty z hivem z ruskim akcentem
walone w aucie na lesnej drodze za zakretem
ja jestem obok tylko notuje zapisuje
jaki masz nokaut czy po chlaniu masz bloka?
czujesz? czy sie podniesiesz? tego juz nie wiem
pierwsze piec slow tykam reszty nie dzierze
bog dal mi szanse dal mi wolna wole
sam mam swoje getto (szczerze?)
reszte pierdole
nie jestem pojeb i juz nie raz sie naciolem
za duzo widzialem zeby spieprzyc sobie dole

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku

Nauczyłem sie odmawiać nie brać
pozostawiać by nie przegrać
walka z samym sobą trwa w środku
nie można jej przerwać to zmagania rozsądku
z rzeczywistością która nie była w porządku
Wychyl, to chore gówno, to DGE alibaba
Gural wali braga, bo to jest PDG Saga
I do całej sali gadam
Uwaga, Gural wchodzi na track
A ? bang-bang jak Sinatra
Krąży karma stale
Ej, yo, barman nalej
Trwa karnawał, PDG balet
Ciągnie się dalej
Jedziesz z Guralem dalej poprzez różne dziwne stany
Łychy wychylamy, mamy kany kilogramy
Gramy, mamy zamysł i szósty zmysł
I tłusty bit
Trafiamy w gusty tych, co mają swój styl
Łyk łychy, do bitu łeb wychyl
To te typy, kup ten krążek za jedyne dwie dychy
Biorę dwa machy, dwa wdechy
Dziś mam dechy, zimne mam Lechy
Na wokalu mam ściechy
Będę chlał niechy
Bnie po blady świt znowu
Taki klawy bit ziomuś
Puść ten hit komuś
Będzie alko, będzie porno, będzie parno
Wszystko nam wolno
Biegnij, dzwoń po straż pożarną
Ja gadam twardo, bardzo chropowato
Do bitu wychyl łychy galon
Chłopaki dużo palą
Chłopaki tak mają, że bajerują dupy
Przy barze tworzą grupy i robią siupy w chuj
I piją ? znów, ja jadę jak w gorączce
Weźcie to włączcie u siebie na boomboxie

I wchodzę, na swojej drudze widzę paru kumpli, tej
Jak na klej, przyklejone do butli, chlej
Jak ? i całe ?
Nie chcesz oberwać, to przestań człowiek ściemniać
Szelma, do twarzy mi bez wątpienia z flaszką
Rozgrzewa mnie ?, dziś nie mam zamiaru zasnąć
Znasz to uczucie, moi ludzie przy grudzie
Tamte świnie w klubie chyba liczą na kłucie
Jak ja to lubię, i tu nas właśnie spotkasz
Te dewotka, prosisz o nas codzień w modłach
Poznań opętane miasto jak Emily Rose
Wychyli na afterze jak ? i ?
Cierpiąc na brak sensu życia opowiem com żem czuł
Sukces niesie za sobą jedynie ból
Pieniądz i popularność w jakimś stopniu zmieniają
Zyskujesz nową tożsamość, ludzie widzą tylko siano
Tu gdzie każdy zły interes kłóci się ze zdaniem fanów
Stąpasz po cienkim lodzie, weź dwa razy się zastanów
Jeśli dupę twą sprzedano i nie miałeś na to wpływu
To i tak masz *****y tytuł, *****na pipo
Znam temat kasy, nie jestem hipokrytą
Mówiłem o pieniądzach, chwaliłem się złotą płytą
No pewno, że przeliczam, a ciebie ***** strzela
Bo masz przestój w koncertach cały rok, nie jak Peja
Gram w Czwartki, Poniedziałki, zapełniam hale, salki
Nie jak Ty podupadły gwiazdorku tandetnej farsy
Działam niezależnie, prężnie, zgarniam premie pieniężne
Bo sięgam znacznie wyżej – tam gdzie Ty nie sięgniesz
Chciałeś cały szmal zgarnąć? Wpadłeś w komercyjne bagno
Gdzie szacunek, kariera? Wszystko to z czasem przepadło
Jak Zack de la Rocha, ja tę muzykę kocham
Pieniądze przyszły z czasem, a i bez nich bym próbował

Ref.
Nie mam czasu na refleksje, chcesz to krzycz, że robię forsę
Nie mam czasu na rozkminy, ziomuś jestem Rolling Stones’em
Nie zamierzam się tłumaczyć, że wychodzi nam to wszystko
Nie zamierzam Cię pognębiać, robię swoje, Tobie przykro
Wyczuwam Twój wstręt zanim zdążę Ciebie dojrzeć
Świat fałszywych gestów, uśmiechów i spojrzeń
Ty ściskasz moją rękę, coś jakbyś chwytał gówno
Czy dlatego, że odnoszę sukcesy Tobie smutno?

Zanim spytasz mnie z dupy gdzie się podział stary Peja
Ja zapytam „Ile lat rapu słuchasz by oceniać?”
Tak to ten cwaniak, nie rozmieniam się na drobne
Te na te drobne, głodny, tak wiem, że masz z tym problem
Teraz odpocznę, już nie zagram za pół stawki
To jak zamówić przystawki i wycofać się do szatni
Masz zbyt dużo kompleksów, to Twe praw***** oblicze
Jak Megadeth Metallice chcesz dorównać mi w muzyce?
Uwierz mi ćwiczę, nie ścigam się, piszę
Złość czuję, wykrzyczę, powiem ziomek – takie życie
Tu chodzi o emocje, chcesz nazwij złotym chłopcem
Jestem hardcorowcem jeśli nie wiesz, choć dorosłem
Solidnego rapu porcje lubię fundować mym fanom
Ty zawsze będziesz widział tylko to, że robię siano
Mam do popisu pole, Ty se ze zgryzoty polej
Twoje nosy *****e, bo wciąż będę robił swoje

Ref.
Nie mam czasu na refleksje, chcesz to krzycz, że robię forsę
Nie mam czasu na rozkminy, ziomuś jestem Rolling Stones’em
Nie zamierzam się tłumaczyć, że wychodzi nam to wszystko
Nie zamierzam Cię pognębiać, robię swoje, Tobie przykro
Wyczuwam Twój wstręt zanim zdążę Ciebie dojrzeć
Świat fałszywych gestów, uśmiechów i spojrzeń
Ty ściskasz moją rękę, coś jakbyś chwytał gówno
Czy dlatego, że odnoszę sukcesy Tobie smutno?

Zarabiam ten pieniążek, bo muzykę ktoś docenił
Gdyby szmal był najważniejszy mym wydawcą byłby Remik
I choć nie dostanę Gramy, nadal w doborowym gremium
Oto jakość marki premium - SLU, chcesz to hejtuj
Jeśli stówa to krzyż, to w portfelu chcę mieć cmentarz
Ty nie bądź taka spięta, pamiętaj nie jesteś święta
Byś mogła odsłonić twarz jak Hissa Hilal
Nie w*****iaj mnie, chwila, nie rób ze mnie debila
Opcja bez rozgłosu nie pasuje do nas raczej
Mój interes jest legalny *****y, Wy się spinacie
Za to, że awansowałem do lepszego świata z rapem
Rap był tą jedyną szansą, więc zamknij japę
Masz poważne wątpliwości jeśli chodzi o Twój talent?
Więc podkładasz ludziom świnie, tym co lepsi są – wspaniale
Ty masz sezon ogórkowy, dla mnie ludzie na koncertach
Różnica jest znacząca weź to chłopcze zapamiętaj

Ref.
Nie mam czasu na refleksje, chcesz to krzycz, że robię forsę
Nie mam czasu na rozkminy, ziomuś jestem Rolling Stones’em
Nie zamierzam się tłumaczyć, że wychodzi nam to wszystko
Nie zamierzam Cię pognębiać, robię swoje, Tobie przykro
Wyczuwam Twój wstręt zanim zdążę Ciebie dojrzeć
Świat fałszywych gestów, uśmiechów i spojrzeń
Ty ściskasz moją rękę, coś jakbyś chwytał gówno
Czy dlatego, że odnoszę sukcesy Tobie smutno?
Masz tu najlepsze wersy, które spalasz jak towar
Słowa zawijam w myśli, myśli zawijam w słowa
Nie chcę znać Cię człowieku, lecz i tak bywaj zdrów
Tą znajomość przeliczam dzisiaj na kilka stów
Już Ci mówię, jak widzę to co udowodniłeś
Miałeś we mnie to wsparcie, ale wszystko pokpiłeś
Ja tą część syndykatu, związek prawdy i starań
O to by miłość z bólem nie szła już więcej w parach
Słowa pisane nocą, dobra passa wciąż trwa
Warte dwa razy tyle im wiszę w ciągu dnia
Nie mam planów na przyszłość, wie o nich jeden Bóg
W sumie miewam, lecz Bratku jeden dzień w przód
Miewasz parcie na szkło, tego to jestem pewien
Zanim wskażesz mnie palcem, najpierw zacznij od siebie
Kolejny sztylet w sercie, Ziomek wiesz o czym mowa
Ten Twój rozwój to chyba dawno już przystopował

Ref.
Już Ci mówię Twoje słowo dzisiaj gówno jest warte
Myślisz, że jesteś na górze, tak naprawdę to parter
Mówisz: sprzedam to co mam i już zażegnana bieda
Ale zapomniałeś, że przyjaźni kupić się nie da x2

Już Ci mówię jak to widzę i gdzie mam swe korzenie
Na raz głęboki oddech, słuchaj ze zrozumieniem
Na dwa zaciśnij pięści i ręce unieś w górę
Już wiesz kto czyści buty, a kto jest życia królem
Mówisz, że nienawidzisz, doprawdy? Ale przykre
Lecz słuchasz tego syfu i gwałcisz przycisk replay
Jak wtedy WGW, dziś towarzysze broni
Na wieki w moim sercu wyryty ten agronim
Masz oprzeć się pokusie, a nie kurwa jej ulec
Ja widzę to na wylot, niemal w każdym szczególe
Tu ludzie mnie szanują, słuchają mojej prawdy
Ziomuś nie jestem wszyscy, nie mam na imię każdy
Nikt nie zna mnie tak dobrze, wybiórczo kminisz wersy
To nie ironia losu, że kocham prawo zemsty
Ty chciałbyś się tu znaleźć, lecz wpierdala Cię trema
Ciężko Ci przynieść prawdę, jak po prostu jej nie masz

Ref.
Już Ci mówię Twoje słowo dzisiaj gówno jest warte
Myślisz, że jesteś na górze, tak naprawdę to parter
Mówisz: sprzedam to co mam i już zażegnana bieda
Ale zapomniałeś, że przyjaźni kupić się nie da x2

Już Ci mówię co jest cięte, czemu tego nie dźwigniesz
Jak szukasz włosa w zupie, to zupa Ci wystygnie
Gdy ktoś tu błogosławi, Ty plujesz na tą ziemię
To kurwa nie w porządku, proszę Cię o milczenie
Posłuchaj to do Ciebie, jak również Twoich synów
Muzyka budzi w sercu pragnienia różnych czynów
Gdy mówię to co myślę, Ty znowu krzywisz gębe
A dane na mój temat jak zwykle masz niepełne
Nie odfiltrujesz tego, co prawda, co nieprawda
To nie jest tak, że cisnę tu na św. Pawła
Już wiem kto to przyjaciel, a kto parszywy wróg
I będę o tym mówił, jak długo będę mógł
Dzieciaki na ulicach poznają co to honor
A duma nie pozwala im zwrócić się o pomoc
Przyjdzie zapłacić słono, powiedzą że to drobiazg
Wolą w kieszeni pieniądz, niż w sercu nosić Boga

Ref.
Już Ci mówię Twoje słowo dzisiaj gówno jest warte
Myślisz, że jesteś na górze, tak naprawdę to parter
Mówisz: sprzedam to co mam i już zażegnana bieda
Ale zapomniałeś, że przyjaźni kupić się nie da x2
Ostatnio gdy pisałem, to nie napisałem sporo,
pięćdziesiątka na biurku, miałem w kubku razem z colą,
tak jak przedostatnie solo, dałem z siebie 200 %,
40 to alkohol, reszta nieprzespane noce,
mam ochotę kurwa odejść z miejsca,
spalić wszystkie mosty, wyjść i tu nie mieszkać,
piznąć telefon o chodnik, widzieć go w drobnych częściach,
nie mam miejsca na mapie, gdzie mógłbym wszystko zmienić,
pierdolony hajs jak szmate, wycisnąłem z tych kieszeni,
czas coś zmienić? czy może za późno na zmiany?
wczoraj chciałem się ożenić, miałem kurwa jakieś plany,
dziś już nie mam prócz niż, że nic większych od miedzianych monet,
przecież wiedziałem co robię! gdy rozpierdalałem flote,
brałem te niunie na hotel, kurwy jak miałem ochotę,
miałem w sobie wtedy ogień, one moje jaja na brodze,
i kłamałem tylko Tobie, ale nic już z tym nie zrobię, bo...

REF:
niewiele mogę, sam się nie zmienię,
niewiele mogę, wciąga mnie otoczenie,
to tak jak rzeka z prądem, płynąłem nią bez Ciebie,
wtedy niewiele mogłem, dziś też, lecz mam nadzieję...
niewiele mogę, sam się nie zmienię,
niewiele mogę, wciąga mnie otoczenie,
jako dobry czy ten zły, chcę być głównie dla Ciebie,
i chcę byś była nim, mym całym otoczeniem.

Sukces uczy nas porażki, byśmy mogli go docenić,
niezależnie od obydwu, każdy z nich potrafi zmienić,
nie zapomnę nigdy w życiu, jak mówiłaś, że mnie cenisz,
i że jestem najtroskliwszy i najczulszy na tej ziemi,
zapomniałem o tym, kiedy wychodziłem z nią do klubów,
piłem wódkę tam na umór i stawiałem dla tych szmuli,
które nie stawiały chujów, póki za nie nie zabulisz,
miałem szminkę na koszuli, taką której nie używasz...
a na kurtce czuć perfumy, tych którymi się nie psikasz,
ile znaczy słowo wybacz przy tym co zrobiłem z nami?
potrafiłem łatwo zranić, nie tak łatwo to naprawić,
chciałbym wrócić jako człowiek nie odzwierciedlenie szmaty,
jak się bawić- tylko z Tobą, po całości, nie na raty,
już nie jestem tą osobą, którą poznałaś sprzed laty...
zwykły skurwiel, cham, romantyk,
człowiek przesiąknięty gniewem, ja i moje drugie ja,
jeden człowiek tyle wcieleń,

REF:
niewiele mogę, sam się nie zmienię,
niewiele mogę, wciąga mnie otoczenie,
to tak jak rzeka z prądem, płynąłem nią bez Ciebie,
wtedy niewiele mogłem, dziś też, lecz mam nadzieję...
niewiele mogę, sam się nie zmienię,
niewiele mogę, wciąga mnie otoczenie,
jako dobry czy ten zły, chcę być głównie dla Ciebie,
i chcę byś była nim, mym całym otoczeniem.

Chcę zadzwonić, lub przyjechać, stanąć u progu Twego domu,
spojrzeć prawdzie prosto w oczy, raz zachować się w porządku,
ten jeden raz, jeden, jedyny kotku,
jeśli mogę tak Cię nazwać i dostrzegasz jeszcze szanse?
? nadziei topi w szklance, prawdy w kolejnym kłamstwie,
dorobku w łatwym hajsie, wierności w koleżance,
odpłatnie w agenturach, może byłoby mi łatwiej,
wejść na dach i stać przy chmurach?
trzymać zaciśniętą dłoń, spojrzeć w oczy prosto niebu,
spuścić głowę, potem wzrok, tak jak wodę z krwią do zlewu,
? ? ? ? w której byłbym bez oddechu i nie widzieć już twych łez, nie,
nie słyszeć Twojego śmiechu, z uśmiechem przywitam kres,
w którym jest mi nie do śmiechu.
Oczekuj kiedyś mnie, tam po drugiej stronie brzegu,
bym mógł z Tobą wyrwać się, wbrew całemu otoczeniu.
Nie chce znać szczegółów
Ale chciałbym jedno-
To, że będzie kiedyś ze mną dobrze
Mieć tą pewność
Wiem, że wszystko jet już z góry przesądzone, niby
Bo jeśli pójdę w drugą stronę
Czyżby tak być miało ?
Co sie stało, że się nie udało
Co spowodowało, że poszło lepiej
Pewność siebie ?
Czy ta kradzież w sklepie a może jej brak
Co będzie jeśli ....
Przyszłość jest jak fama na łuku
Myslę jak to się skończy
Czy po jednym buchu, czy kolejnym
Jutra jestem pewny tylko tyle
Że poniedziałek po niedzieli, wtorek po nim
A czy będe hajs trwonił
Czy odłoże, czy bedzie w ogóle
Może nie, kto to wie
Gdzie on jest ?
Mój scenariusz, kto go pisał ?
Ty nie wariuj, coś usłyszał
To zapisał na nim
Czy bedą wciąż swoim sami ?
Czy sami będą ? Czy z nami, ze mną ?
Niby wszytsko jest to w losu rękach
Ale czasem wybierają gdzie mam iść wymiękam
Przyszłość tak niepewna jak nieznana droga jest tak (jest tak...)

[Ekonom]
Nieznana przyszłość
Jak horyzont, który trzeba odkyć
Nieznany jak kolejny dzień,
Ląd do którego dążysz
Nasza droga przez nieznajomy teren
Przez wszytsko co jest nam blisko, co jest dla nas celem
To samo życie, nie bestseller
Tutaj autorem może los być
To ty stoisz za sterem
Uważaj, żeby się nie rozbić
Wiele takich historii pisała przyszłość
Znienacka ginąć przyszło
I tak nic nie przewidzisz,tak już wyszło
Niepewność ,lęk
Chciałbyś wiedzieć więcej wiem
W tym jest lęk, nie przewidzisz jaki jutro bedzie dzień
Nie wiesz co przeznaczone jest dla ciebie
Nie znasz koleji losu
Kto ma sposób, żeby życia nie przegrać
Widzisz świat jakim jest,
Tak to jest, codzienne życie
Tak samo jak ja, wy wszyscy tutaj tkwicie
To jest jak temat tabu
O którym nie mówicie
Przyszłość jak nurtujące, niezbadane tajemnice
W czterech ścianach mętności o kartki oparty
między poezją a światem trwam
aby walczyć trwam czując ciągle bicie dwóch serc
radosny gdy słońce ukryty kiedy deszcz
schowany w dłoni wrażliwy na powietrze
tam gdzie mój azyl własne chmury kreślę
ideologia niczym złote liście jesienią takie jakie są tak się nigdy nie zmienią
buduję azyl tworzący sztuki mej wymiar
gdzie złoty pamiętnik tam kryształowa skrzynia
tam przepis na szczęście
recepta na wieczność być zapamiętanym tworząc nieśmiertelność
więc wnioskuje jedno jakże dla mnie istotne
ta jedna myśl o która się gorąco modle
ideały i wartości dla mnie tak ważne niech znajdą azyl i trwają aż zgasnę

Poszukaj swojej gwiazdy
co jasnym światłem lśni
Ta gwiazda cię nie zwiedzie
przez wszystkie twoje dni

Poszukaj swojej gwiazdy
i sięgnij po jej blask
Tej jednej tylko gwiazdy
z miliarda innych gwiazd

Moja wolność drzemie spokojnie w kartkach
A jestem sobą słysząc bit na słuchawkach
Ze sobą walka
Bo presja i Ambicja każą biec
Nie umiem stać i się namyślać
Mam pomysły, jestem odpowiedzialny za nie
A najwyższa forma inteligencji jest działanie
Eviva larte!
Nawet jeśli jestem sam
I nikt nie rozumie o czym gadam ... kropka
Nie musze spełniać oczekiwań które masz wobec mnie
Z pokora chce oczekiwać, nawet gdy nie boli mniej
Ryza za ryzą, myśl za myślą, po przyszłość z dumą
Bo to co mam to dla mnie wszystko
Po raz kolejny twoje piękne rumieńce dziś pokocham
kiedy tu wrócisz z pracy w koszuli, ciemnej sukience i pończochach
zrobiłem obiad, czeka na ciebie w kuchni
co, znowu piłaś w pracy? nie, znowu Ci nie wierze, chuchnij
lubię cię rozśmieszać, to uwydatnia twoje dołeczki
poza tym za to ty później pozwolisz mi posmakować twojej, hmm
ale to gdy zasłonimy atłasowe kotary
w ogóle jest rachunek za telefon, don't worry I got it
w ogóle to zawiasy w desce od kibla są bolączką
już drugi miesiąc, hee, nie jestem złotą rączką
ale naprawiłem je dla Ciebie, nie mów tego nikomu
wkurwiała już mnie reklama "zostań bohaterem w swoim domu"
nie śmiej się, wiem że i tak jesteś dumna tak ze mnie
że wieczorem będziesz we mnie się wtulać bezwiednie
a ja kocham gdy to robisz nawet wtedy
gdy robimy to codziennie, kocham Cię, ale kiedy

Przychodzi weekend to dzwonie po kumpli
trzeba tu wyjebać całe morze tej wódki
jedna, druga, ósma, niech on zapakuje tutaj worek pół uncji
jebła, bomba, i znów idziemy tak sami wszyscy na miasto
masz to, tylko nie wysyp tego na raz
żeby żaden z nas tutaj szybko nie zasnął
szerokimi ulicami popierdalamy w okoliczne bary
jeden, drugi, ósmy, kurwa mać jak zajebiście stary
drzemy japy najebani i stukamy tam kieliszkami
jak Bang Bang Bang Bang

Dziś w pracy mój szef miał urodziny, nalał każdemu kubek burbonu
i tylko non stop przy biurku myślałam co ze mną zrobisz kiedy wrócę do domu
a ty zrobiłeś obiad, chcesz bym utyła jak Fiona?
lepiej się ciesz chłopcze, że zupa nie była za słona
lubię Cię rozśmieszać, śmiesznie marszczysz skronie
i wiem, że to twój afrodyzjak, w łóżku później tak strasznie płoniesz
w ogóle dziś dzień babci, nie wiesz? zawsze to zjebiesz
nie martw się, już wysłałam jej kartkę za Ciebie
mimo że jestem roztrzepana możesz na mnie liczyć
speaking of which, przyniesiesz do kuwety piach z piwnicy?
naprawiłeś kibel? to wspaniale
ale nie działa mi prostownica, nie będe mogła włosów układać w fale
ale i tak wiesz, jestem dumna z Ciebie
tak dumna, że dziś wieczorem znowu będę się wtulać w Ciebie
i wiem, że ty kochasz gdy to robię, nawet wtedy
gdy robimy to codziennie, kocham Cię, ale kiedy

Przychodzi weekend to dzwonię po siksy
trzeba tu wyjebać całe morze tej whisky
jedna, druga, ósma, niech ona zapakuje tutaj worek, pół dyszki
jebła, bomba i znów jedziemy tak same wszystkie do miasta
masz to, tylko nie wysyp tego na raz
żeby żadna z nas tutaj szybko nie zgasła
szerokimi ulicami tu poginamy po okolicznych barach
jeden, drugi, ósmy, kurwa mać jak zajebiście, stara
znów piszczymy najebane i stukamy tam kieliszkami
jak Bang Bang Bang Bang

Dlaczego tak jest, dlaczego tak jest?
nie chcemy żeby między nami tu wynikła wojna
więc dlaczego tak jest? dlaczego tak jest?
że pijemy oddzielnie, kiedy do tanga potrzeba przecież tylko dwojga
kochamy się wciąż, kochamy się wciąż
nie od dziś już swoje weekendowe znamy potrzeby
i nadal kochamy się wciąż, kochamy się wciąż
nie chcemy tego zniszczyć za żadne skarby, dlatego kiedy

Przychodzi weekend, to budzę Cię, bejbi
trzeba tu wyjebać jakąś lufę tej JD (Jack Daniels)
jedna, druga, ósma, niech ktoś samare tutaj kurwa napełni
jebła, bomba, i znów jedziemy taksówką razem na miasto, masz to
tylko nie wysyp tego na raz, żeby żadne z nas tutaj zaraz nie padło
szerokimi ulicami tu poginamy przez okoliczne pijalnie
jedna, druga, ósma, kurwa mać jak zajebiście, kochanie
całujemy się najebani i stukamy się kieliszkami
jak Bang Bang Bang Bang

-ha, nie wczuwaj się, to pijackie love story
nie próbuj tego w domu.. V!
Wigor:
Bądź mądry i wtocz ten głaz na sam szczyt,
trzeba mieć pare w łapach i olej w głowie, to żaden mit.
Tylko nasza intencja, żelazna konsekwencja,
dają nadzieję na to, że w końcu będzie git.
Chcemy realizować się, i spełniać swoje sny,
szczęściu trzeba pomóc wiem, reszta to już tylko my.
W rękach mamy swoje dni, uwierz użyjemy ich,
by w końcu złapać za chabety ten właściwy rytm.
Zamiast rzucać swe marzenia w przepaść, by ze zmęczenia nie paść,
rzućmy głaz, by na dobre przepadł.
Dziś nie czuję już psychicznego obciążenia,
może dlatego, że separuję utrapienia.
Człowiek z czasem zagląda w rozum coraz dalej,
a świadomość przypomina, nie żyjemy za karę.
Uwierz wiem co znaczy przejebany kryzys,
któż z nas nie miewał, choć na krótki czas, na drugie Syzyf.

Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się,
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy.
Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się,
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy.

KaeN:
Coraz lepiej się układa, załamanie znika,
coraz więcej się wymaga, planowanie życia.
Przeczucie tego, że to co złe powoli mija,
masa złudzeń, dopada Cię niedoli chwila.
Moja skóra to poczuła wiele razy już,
wiele razy tu, objął moje plany kurz.
Byłem pewny, że w końcu dotykam marzeń,
nagle znowu z góry spadł Syzyfa kamień.
I tak w kółko i w kółko życie uczy mnie,
znowu pudło mi smutno robi w duszy się.
Źle się działo, bo byłem egoistą, i ,
jakby należało się na świecie wszystko mi.
Widziałem winę wszędzie, tylko nie w samym sobie,
poznałem przyczynę, czasem mało mamy w głowie.
Może nigdy się nie uda, żebym wtoczył kamień na szczyt,
wiara czyni cuda, każda próba dla mnie zaszczyt.

Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy
Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy

KaeN:
Nieważne co by się działo,
nieważne, ile przeszkód by się pojawiło.
Na naszej drodze, dopóki mamy zdrowie,
możemy wszystko, możemy wszystko zmienić.
Zacząć od nowa, nie ma rzeczy niemożliwych,
i tylko śmierć może nas zatrzymać (tylko ona).
Mamy jedno życie (jedno),
i to od nas zależy jak je przeżyjemy, zrozum.
Prywatnie poniosłem i nadal ponoszę serię porażek,
to jest mój pierdolony kamień Syzyfa.
We mnie mam muzykę, która daje mi siłę i wiarę (kocham to),
w pogoni za marzeniami, trzymam je przy życiu, ty matole.
Zrozum, wierzę, że każdy z nas w końcu wtoczy,
ten kamień na sam szczyt, z Bogiem.

Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy
Cały czas, Syzyfowy ten oto głaz, toczy w górę się
nowy dzień szansą na zmiany, szansę zawsze mamy
Ilekroć mijam próg tych drzwi , Twój wzrok czuję na sobie
W taki moment wiem , że muszę jak najszybciej biec s powrotem
Z windy do klatki schodowej , z klatki znów pod blokiem
Ten hajs , który zarobię utorować może drogę
Inna , od reszty kobiet czuję
Miłość i ogień czuję , że to co mamy spełnia się z każdym rokiem
Tu bez mydlanych oper
Budzę się z Tobą rano , uśmiech na Twojej twarzy i wiem , że się udało
Inaczej być nie mogło
Z resztą , niech inni piepszą
My mamy siebie , szarość tutaj zamieniam na piękno
Wiążę z Tobą codzienność
I tak bez końca balet , czy Hawaje , czy Szczecin , czy dom , czy inne kraje
To jest Moim zwyczajem [?]
Jestem tym typem z bloku
Kochasz ten styl [?]
Przeszywam Cię wzrokiem
Rozbieram Cię wzrokiem
Pójdę gdzie tylko zechcesz , tylko pokaż MI drogę
Niech inni patrzą z boku łapczywie na Nasze szczęście
Poznałem Ciebie
Jestem z Tobą
Nareszcie

Ref ...

Kiedy jesteś ze Mną , w sercu czuję ogień
Męczę się bez Ciebie
Odpoczywam przy Tobie
Gdy z domu wychodzę najczęściej myślę o tym , że nienawidzę rozstań , a kocham powroty
To Mój główny motyw
Mam cel w swych działaniach - szczęście dać kobiecie , nie dopuścić do rozstania
Wspominam wyznania , radość i niezgodę
Bo sztuka kochania , to znaleźć wspólną drogę
Uwielbiam Cię pieścić
W potrzebie Cię wspierać
Kocham Cię przytulać , całować i rozbierać
Gdy przychodzi niedziela i leże z Tobą w domu
Uwielbiam to , że mogę nie odbierać telefonów
Nie mówiąc nic nikomu skupiam się na relaksie , na zapachu Twej skóry gdy w Twoje oczy patrzę
Kocham ich blask , tak szczery jak u dziecka
Największa miłość to ta , która przetrwa
Zamknij oczy, czy teraz widzisz to co ja?

Poduszka zakrywa Ci szczelnie Twarz,
jesteś owadem na szybie rzeczywistości,
jak werniks kruszy się krótkiego życia blask,
to miasto jego zbrodnie z namiętności, CO,
pozbawiło nas woli, szelest, esperanto łakomych,
nie ludzie robią pieniądz, tylko pieniądz robi z ludzi,
szpiegów, gnidy, zdrajców, kurwy.

Drzwi bez klamek, schizofrenicy, zakład psychiatryczny,
to miejsce gdzie wolą strugać trumny niż kołyski,
niektóre matki, w ich duszach cmentarna cisza,
piją własne mleko i zjadają łożyska.
Chcą piękno i czas w miejscu zatrzymać,
ten fetor to ich strach, epinefryna,
czernina zupą dnia, krew, spływa po brzytwie,
swastyka na czole, zgnielizna w modlitwie.
To dom czerniaka, wirusów, gadów, owadów,
odpędzasz się od roju, lepkich komarów,
w tym raju masz wybór, wybór rodzaju śmierci,
prawo głosu, masz prawo jęku, jęczysz.
Tonący brzytwy się chwyta, chcesz na to świadka?
nadzieja idzie szybko na dno jak meduzy tratwa,
czujesz się jak ofiara, zęby wybite, nogi skrepowane,
podwieszone pod sufitem, wokół ciebie,
skorumpowani urzędnicy, ci bezwstydni i ci subtelnie skryci,
człowiek jak niewolnik, uwięziony w sztolni,
zwykły rzeczownik którym rządzą przypadki,
zmęczony, od prądem dozowanych mu bodźców,
zamknięty jak szczur, w swoim ciasnym kojcu.
Tym syfem rządzi król, strachu, cierpienia,
rachunek w banku nie równa się rachunek sumienia.

Poduszka zakrywa Ci szczelnie Twarz,
jesteś owadem na szybie rzeczywistości,
jak werniks kruszy się krótkiego życia blask,
to miasto jego zbrodnie z namiętności, CO,
pozbawiło nas woli, szelest, esperanto łakomych,
nie ludzie robią pieniądz, tylko pieniądz robi z ludzi,
szpiegów, gnidy, zdrajców, kurwy.

Skalpel, szczypce do żeber, piły do kości,
symbole czuwania w mieście dziwnych intymności,
opuszczone głowy, zwieszone ramiona,
szpital, salowa, pacjent, odleżyny, kona,
on patrzy znad framugi zmęczonymi oczami,
wisi tak przybity, nienawiści rękami,
w okół, konowały z akcji brutalność bez granic
i ludzie przywiązani do życia kablami,
każdy niesprawiedliwy życia wyrok,
jak lanca przebija jego bok znów na wylot,
nagie bezlitosne skały, dzisiejszej Golgoty,
Temida ze wstydu przewiązuje oczy,
gołębie pokoju łkają schowane w drzewach,
skrada się hiena, łże pod nimi w krzewach,
wszystko co żyje to i umiera,
kochankowie pogrążeni po uszy w złudzeniach,
metal koroduje, tu,
kamień wietrzeje, tu,
diabeł mężczyźnie, kobiecie w twarz się śmieje,
zdradzeni wcześnie, wychodzą dziś po raucie,
wdychają spaliny zamknięci w aucie,
całe ich życie to była senna mara,
jest tylko on, ona, na odludziu garaż,
puste pokoje, pustych domów,
kolejne co dnia, do snu nie skłonna nekropolia.

Poduszka zakrywa Ci szczelnie Twarz,
jesteś owadem na szybie rzeczywistości,
jak werniks kruszy się krótkiego życia blask,
to miasto jego zbrodnie z namiętności, COO,
pozbawiło nas woli, szelest, esperanto łakomych,
nie ludzie robią pieniądz, tylko pieniądz robi z ludzi,
szpiegów, gnidy, zdrajców, kurwy.

Autostradą armagedonu suną konwoje śmierci,
gdzie przed rozdarciem nieba, umieramy z nędzy,
wchodzimy na grzązkie wody, wściekłej agresji,
roztocze, muchy ściernice, zastępy śmierci,
zwłoki kobiety, bez piersi, rany niemo krzyczą,
kauteryzowane, przez bestie lutownicą,
usta milczą, przykrył je wieczności ?blet?
po policzku liże ją bezpański pies,
czarny scenariusz ciągle się powtarza,
a każdy dzień wstaje jak Łazarz,
nie pomagają na sen prochy, zabrane od matki,
do świata przemocy, stoisz na moście,
widzisz zachodzące słońce,
ten widok wcale cię nie odpręża,
rzeka jakby spływa krwią, miasto zło,
zepsucie, jabłko zdarte, przez biblijnego węża,
tu ulica gwałtu wychodzi na skwer awantur,
za nim rozpusty park, plac Markiza de Sade,
stoją przy ulicy bezzębne stare,
zagłębie popsutych, zużytych lalek,
te twarze gwarantują więcej wrażeń,
wyniesiona na ołtarze agonia idzie z tym w parze,
razem z rozkładem w parze, z powrotem do śródmieścia,
do przepełnionych klubów,
gdzie swoje nocne żniwo, zbiera inkubus,
choroby spod znaku wenery, Boski sąd,
kara za grzechy, ciała w strupach zżera trąd,
ona pyta się jak lubisz, chce wiedzieć jak lubisz,
jest gotowa kręcić dziś z padliną Snuff movies,
śmierdzi jak winda zalana uryną, przypadek?
one nie nucą już piosenek swoich matek,
GHP w drinkach, nie chcą znać planów,
ktoś obcy, sakrum, zrobi dziś profanum,
przylądek strachu, a w kalendarzu dla tej gwiazdy,
dziś specjalnie, jest trzynasty,
dziś specjalnie, jest trzynasty...
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo