Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Zabrać wolności, rozdąć odpowiedzialności
Nie ma winnych i nie może być innych od nas;
Istnienie innych od nas nie ma przecież podstaw;
Będą nielegalni, palcami wytykani
Gryf stoi na straży, by nikt się nie odważył
Mówić wprost o rzeczach które są:
Homoseksualizm to nie jest choroba,
Aborcja nielegalna, i tak da się ją wykonać
Burdele są i każdy to wie,
Lecz legalizować prostytucji tutaj nie da się
Budżet lepiej łatać z kieszeni podatnika
Za te pieniądze byłaby tu Ameryka...
Zabrać innym, przecież sobie nikt nie weźmie
Weź mnie ze sobą, ja też chcę mieć nieźle;
Mieć służbowe auta, jak panowie posłowie
Czytać gazetę sobie w ławie sejmowej
Kupić sobie za pieniądze państwowe
Nowe dębowe meble urzędowe
Mieć dietę, a nie być na diecie
Być radnym, a nie być nieporadnym
Być ważnym, ale niezbyt odważnym
Myśleć indywidualnie, tylko nie formalnie
Tak jest bezpiecznie i tak jest bezkarnie
Oportuniści i konformiści odnoszą korzyści, bo są w oczach czyści
Wybudować pomnik, najlepiej papieżowi
Trzeba być mądrym, każdy mądry tak zrobi!
O Kościele, jak o zmarłym, mówić tylko dobrze
Dziewięćdziesiąt procent ludzi może cię poprze
Indywidualność jest jak choroba
Indywidualność jest tutaj tępiona
Jedynie słuszna ideologia i słuszne wyznanie
Jeden jedynie słuszny Kościół
Zlituj się nad nami, Panie
Ksiądz jest bezkarny, ksiądz jest święty
Wrogowie Radia Maryja niech będą przeklęci
Dziecko głoduje, nowy kościół się buduje
Dziecko głoduje, pan Premier współczuje
Niech umiera, proboszcz skasuje za pochówek
Niedrogo - pogrzeb w promocji, to nowość!
Trzy msze, liczone za zmarłego
W pakiecie abonament, jakby było mało tego
Trzy lata darmowego spoczynku wiecznego
Każdy wie, że każdy bierze w rękę
Każdy wierzący ma to na względzie
Dla każdego w rządzie to jasne jak słońce
W każdym gabinecie, u każdego senatora;
W każdym urzędzie nadeszła już pora
I w każdej kościelnej kancelarii parafialnej
Zamontujmy wszystkim kasy fiskalne!

Powiem liberalizm, kiedy przy mnie odpalisz to zioło
Kiedy zniknie stąd ZOMO
Powiem, że żyję w świeckim państwie
Kiedy stąd znikną wpływy watykańskie
Powiem logika, gdy zamiast pomnika
Zobaczę na ulicach, że nikt już nie zdycha
Powiem demokracja,
Gdy demonst* będzie miała ją faktycznie,
Nie teoretycznie, tak
Powiem, że prawda tutaj się liczy
Kiedy z mównicy znikną obłudnicy
Powiem, że żyję w państwie prawa
Kiedy ich wszystkich uda się skazać
Powiem, że przemoc** kończy przemowy
Kiedy z Polski znikną święte krowy
Powiem, że słowa mają tutaj wartość
Kiedy karalność obejmie podwójną moralność.

Państwo policyjne, państwo wyznaniowe
Masz tu wolność słowa, lecz uważaj na swą mowę...
[Ref.: Kajman]
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu w pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Sam pojmiesz, że to nie jest łatwe,
Marzenia na bok, trzeba zarobić, by żyć dalej...
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Marzę o nim wciąż...
[Ferrari...]
Jadę po lepsze dni!

[Kajman:]
Kiedyś marzyłem o Ferrari, kiedyś chodziłem wtedy z gumami 'Turbo' w kieszeni,
Kilogramami łykaliśmy oczami wszystko jak hieny,
Uciekałem od biedy myślami do świata fantazji,
Tak mijały dni, jak sen czy lekki film,
Jak byłoby to dziś pamiętam każdą z tych chwil,
A finał mignął mi, zanim zrobiłem pierwszy deal,
Jeden zginął pod kołami, drugi wyjechał po kwit gdzieś,
[Ferrari...]
Śpiewam sobie pod nosem,
Nie myślę 'drogi mój Boże dzięki za drogę Ci',
[Ferrari...]
Nie za to czym jadę po niej, to nie istotne, gdy trzymam sie w siodle,
mamona wciąga jak koka, każdy kot się przekona,
że w blokach żyć nie sprawa prosta, jak myśli ktoś z okna,
Limuzyny, chcą nas zakopać sukinsyny, a my wciąż tu marzymy o sportowej linii maszyny taa..

[Ref.:]
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu w pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Sam pojmiesz, że to nie jest łatwe,
Marzenia na bok, trzeba zarobić, by żyć dalej...
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Marzę o nim wciąż...
[Ferrari...]
Jadę po lepsze dni!

[Borixon:]
Przerabiałem ten temat w ch*j czasu,
W marzeniach miałem już w ch*j hajsu,
Obdzieliłem nim dawno całą rodzinę,
Kupiłem dom, działki i trochę lasu,
Pożyczałem pieniądze na prawo i lewo i czułem się z tym naprawdę dobrze,
Jechałem swoim czerwonym Ferrari,
Lubiłem to i grałem w tą grę,
Ciężko zejść na ziemię z powrotem, po takim filmie w pseudo mafii,
Ale jest szansa jedna na milion, że coś takiego się w końcu trafi,
Tymczasem lecę ze swoją rodzinką do Leviatana na skromne zakupy,
Pakujemy potem to wszystko w swoje prywatne bezcenne brzuchy,
Życie kolego, to nie Ameryka, która mieszkała kiedyś w tych głowach,
Zanim się w końcu tam wybrałem, wierzyłem w te wszystkie puste słowa,
Chcę tylko shopping z New York City, a nie być tylko Window Shopper,
Wyłożyć karty prosto na stół bez zająknięcia mówiąc 'POKER',
Nie nabiorę się, biorę prawdę i szczerze mogę do tego przyznać,
Że mam wiarę i tylko z nią mogę tu grać, żeby w końcu wygrać,
W końcu wybrać moje Ferrari, mam na nie j*baną ochotę,
I zapiąć do niego złote fele, a niedowiarków obryzgać błotem!

[Ref.:]
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu w pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Sam pojmiesz, że to nie jest łatwe,
Marzenia na bok, trzeba zarobić, by żyć dalej...
[Ferrari...]
Nie nabiorę się, biorę prawdę,
Kolejny rok, tu pogoni za lepszym hajsem...
[Ferrari...]
Marzę o nim wciąż...
[Ferrari...]
Jadę po lepsze dni!
[x2]
Twój prywatny wróg, wróg u bram, wróg u wrót
Zgiełk i brud, gniew i trud, krew i brud
trefny punkt, wróg siedzi w twojej głowie
nie wierzysz w niego? nigdy o nim sie nie dowiesz

Jestem komornikiem co nawiedza blokowiska
wsiada do windy, w spisie sprawdza nazwiska
pobiera haracz dla antychrysta
z rozporządzenia ministra
a blady strach pada na mieszkańców mrowiska
Jestem jak stenotypista na sądowej sali
gdzie wina jest oczywista
jestem czernią w nocy, korytarzem odrapanym
najpierw zaobrączkowanym, a potem przesłuchiwanym
Jestem szokiem, jestem blokiem, jestem szotem
Uciekających potem i nieprzytomnym mrokiem
Jestem czarnym kotem przebiegającym przez drogę
Jestem dwóch ulic wrogiem, jestem twoim wrogiem

[x2]
Twój prywatny wróg, wróg u bram, wróg u wrót
Zgiełk i brud, gniew i trud, krew i brud
trefny punkt, wróg siedzi w twojej głowie
nie wierzysz w niego? nigdy o nim sie nie dowiesz
[tylko tekstyhh.pl]
Jestem tym zwierzęciem co wciąż goni za bilonem
jeżdżę karetką, morduję ludzi pawulonem
jestem pawilonem, pełnym szmat i blichtru
Babilonem pełnym krat, działam po cichu
Jestem cichym szeptem, donosem na sąsiadów
stróżem prawa, jak bije nie zostawiam śladu
jestem cichym kotem, biegam, handluję towcem
jestem zimnym blokiem, szarym dziesięciopiętrowcem
Ja to postęp, ja to prawo i sprawiedliwość
Idę na ilość, każę litość i premiuję chciwość
Jestem zamiataczem, pracuję miotłą
Spłukuję do kanału ludzką zazdrość i podłość
Jestem wieszczem, moje słowo spada z nieba z deszczem
Jeszcze i jeszcze

[x2]
Twój prywatny wróg, wróg u bram, wróg u wrót
Zgiełk i brud, gniew i trud, krew i brud
trefny punkt, wróg siedzi w twojej głowie
nie wierzysz w niego? nigdy o nim sie nie dowiesz

Jak trwoga to do Boga, szukają wroga stale
otwórz oczy i zobacz, oni nie widzą go wcale
miejski zalew syfu, wyścig sprytu
tanich chwytów, chytrych knyfów
lecisz w dół, idzie wielki chłód
Niech dobry Bóg czuwa nad nami
nad moimi braćmi i siostrami
nad tymi szarymi lasami
gdzie dniami i nocami ludzie zaganiani
biegną, niewolą się sami
pędzą, emocje męczą, demony nęcą
szarpią, się chcą zerwać w tą sieć pajęczą
Całe życie tęsknią, sami nie wiedzą za czym
męstwo i tchórzostwo, pogoń w kieracie pracy

[x2]
Twój prywatny wróg, wróg u bram, wróg u wrót
Zgiełk i brud, gniew i trud, krew i brud
trefny punkt, wróg siedzi w twojej głowie
nie wierzysz w niego? nigdy o nim sie nie dowiesz
Możesz mieć nawet dwa metry a i tak być małym człowieczkiem...

Mały człowieczek wciąż kitrał swe kompleksy
Wchodził szeroko jakby czuł się najlepszy
Zawsze kupował sex nie miał wspomnień z szybkich akcji
Z dziwnych miejsc ze swoją ex bo nigdy nie miał ex
Miał gest i souveniry dla silniejszych
Miał też cięty język i na oriencie zmysły
Jak wyczuwał słabość był pierwszy do robienia krzywdy
Mocno dbał o jej jakość i nie odpuszczał nigdy
Mały człowieczek kręcił swoją karuzelę
Cale życie udowadniał światu, że nie jest frajerem
Nie było celu bo tylko to było celem
Prawdy nie było też tylko totalne złudzenie
Wciąż próbował zachować twarz jakoś...
Lubił atakować by maskować własną słabość
Miał pogardę kurewską dla samego siebie w oczach
Bo kto nienawidzi świata sam siebie nie pokocha

Co ty komu tutaj chcesz udowodnić?
Od lat wielu, miesięcy, tygodni
Ten co robi to, na co ma ochotę
I ma za to sos dla ciebie tutaj jest niewygodny?
Nienawidzi go za to z musu
Nie ma oczu, nie ma ust, nie ma uszu
Mały człowieczek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu

Co ty komu tutaj chcesz udowodnić?
Od lat wielu, miesięcy, tygodni
Ten co robi to, na co ma ochotę
I ma za to sos dla ciebie tutaj jest niewygodny?
Nienawidzi go za to z musu
Nie ma oczu, nie ma ust, nie ma uszu
Mały człowieczek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu

Tropiciel fermentu, entuzjasta kpiny
Harcerzyk ulicy i listonosz złej nowiny
Wypociny wizerunku pochłaniały godziny
Nieważne kim był, ważne kim był w oczach innych
Mały człowieczek lubił słabość wykorzystać
Wszystkich zjebać by samemu twardo wypaść
Niszczyć lepszych kochał z nieopisaną pasją
Łapał ich za słowa by ukoić swoją zazdrość
Taka rasa - strażnik zasad w tamtych czasach
Był moment, że uśmiech kutasa wkurwiał całe miasto
A on był sprytny, jak nikt rozgrywał innych
Napuszczał ich na siebie sam stając się silnym
Mały człowieczek bał się świata niczym dżumy
Z tego strachu sam na huki brał tłumy
W kalendarz kopnął na serce
Kiedyś ściął się wreszcie,
Że zmarnował życie
Będąc wciąż małym człowieczkiem

Co ty komu tutaj chcesz udowodnić?
Od lat wielu, miesięcy, tygodni
Ten co robi to, na co ma ochotę
I ma za to sos dla ciebie tutaj jest niewygodny?
Nienawidzi go za to z musu
Nie ma oczu, nie ma ust, nie ma uszu
Mały człowieczek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu

Co ty komu tutaj chcesz udowodnić?
Od lat wielu, miesięcy, tygodni
Ten co robi to, na co ma ochotę
I ma za to sos dla ciebie tutaj jest niewygodny?
Nienawidzi go za to z musu
Nie ma oczu, nie ma ust, nie ma uszu
Mały człowieczek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu

Nie mów... Nie mów... Nie mów... Nie mów...
Nie mów... Nie mów... Nie mów... Nie mów...

Nie mów nigdy mi, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy, nie mów, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy mi, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy, nie mów, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy mi, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy, nie mów, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy mi, że nie lubisz żyć
Nie mów nigdy, nie mów, że nie lubisz żyć
Odstawiam na bok te wszystkie lyche sprawy
Zarzucam kurtkę i Śródmieście Warszawy wita mnie
Choć mało czasu, zawsze coś znajdę
By z koleżkami ruszyć na lokalną knajpę
W środku to samo, zawsze te same pyski
Ręka do góry i ogólnie cześć wszystkim
Mamy swój stolik co ma jedną nogę mniejszą
Wkładamy pod nią klapkę od szlugów zgiętą
Jak ktoś go zajmie to ewentualnie drugi
W rogu sali zawsze siedzi Adaś co ma długi
Pani Tereska przynosi po herbacie
Szefunio coś zagaja - jak chłopaki gracie?
Dzisiaj pas staruszku, nic nie mam
Wczoraj wyłożyłem się na trzech pod rząd rowerach
Pierdolę hazard, każdy to powtarza
Jak przegra, a jutro znów do tego wraca
Szczupła Lucyna niedostępna niczym zjawa
Niezłe imię w dwa tysiące siódmym, Warszawa
Ktoś za nią zerka przez ten dym, co i rusz
Niejeden już, chciał jej stamtąd zdmuchnąć kurz
Raz Bogdan, stróż, kupił jej bukiet róż
Taka świetlica, poczekalnia dusz
Weź lód krusz, daj tuzin szklanek barmanie
Maniek zrobił flaszkę, bo mu wszedł kupon na sześć baniek

Ta lokalna dziura, ta która dla żula to kolebka
Tu pełen wirtual hula, tutaj jest z nas setka
Tłum zamula, wkraczasz okular, zachodzi mgła tu jak rytuał
Formuła od rana lana jest do szkła pełna kultura ta
To jest natura tego miejsca, nie?
Niejeden akurat w tych murach swe życie przespał
To piedestał do pokera dobiera pan - starczy
Walczy aż w końcu do zera zaczyna maszyna karcić go
Nie starczy, to jak matka, krecha w zeszycie
Cała aż się marszczy, walczy tak przez całe życie
Picie, spanie, wstanie, zostaje granie i chlanie
Nie odstaje go ani na krok, kombatant powstanie
Co czekanie aż nastanie pro schyłek pomyłek
Bo granie na banie tego to za duży wysiłek
To jakby wziąć i żyłę sobie chlasnąć
To jakby poczekalnia dusz co chciałaby już zasnąć

To poczekalnia, gdzie wchodzisz by zabić czas
To przechowalnia, którą zaliczył każdy z nas
Póki wybranka nie da szczęścia ci w całości
Będziesz tu w oparach dymu gościł [x2]
K2-wiem że spełnię ten sen idę
U podnóża góry ten jebany szczyt widzę
Od mrozu go pokryła ta biel
Ale widzę ten cel jak Wilhelm Tell
Chwila zadumy, milknę w niej
Taki film mam kiedy lawina spadnie na stok
Może zginę bo zniknę w niej
Wejdę tam do pewnego dnia będę żył wiecznie
Więc pieprze to że przedsięwzięcie jest niebezpieczne
Ośnieżone skały mijam i poluzowała się lina mi
Ale chuja w to wbijam i
Idę dalej mimo że w oczy tu strach mi patrzy
Znam to uczucie bo jest ludzkie jestem taki jak Ty
Wchodzę na teren lodem i złem skuty,
Zepsute mam podeszwy, wchodzi mi śnieg w buty
Nagle melodia góry zagrała mi złe nuty
To niemożliwe jak 31-szy dzień w lutym
Ale prawdziwe, bo leci lawina ta
Obawiałem się tego blednie mi mina
Ja nie mogę zginąć choć straszna jest siła ta
Ja i moja odwaga, dziwko Ty nie zatrzymasz nas
Lecą zwały śniegu ile sił mam w nogach
Do szczeliny w skale tam się przed nimi schowam
Góra myślała, że upadnę i prysnę
Ale to co nas różni to jest to że ja naprawdę myślę
Szczelina schronienia mi daję, kiedy umilkły huki
Pewnie na skalę staję trzeba iść dalej
Słońce wzeszło wnet blask odsłania szczyt i jego pięknotę
Teraz jeszcze bardziej wiem że chce to mieć
O tak długiej wyprawie nawet tu nie śniłem
Gdy wrócę przyjaciele spytają mnie -gdzie byłeś?
Na drodze mam jaskinie pewnie wchodzę w nią
Nie mam pochodni ale smak sukcesu rozgrzał moją krew
I polał ogniem ją po ciemku idę z lodu słupy koną
Ale gdy dotykam ich lodowate kolumny płoną
W końcu wychodzę, czuję przestrzeń, lodowate powietrze
Jest rześkie, zostało parę kroków w górę jeszcze,
Na dole zostawiłem wszystko to fakt,
Rodzinę, miasto i ten jebany hajs,
Ale teraz nie obchodzi mnie on, ej, w ogóle tu mnie,
Jestem na górze na szlaku, po czek pójdę później,
Palce mi zamarzły, zesztywniał cały kark mi,
Nie martwi mnie, że do krwi zdarte całe barki,
Bo szczytu mnie korona woła, wszystko co przeżyłem
Na dole, to szkoła życia, to jest nowa szkoła,
Stawiam nogi na K2, w dole majaczą coś małe widma,
Rozkładam ręce, jakbym rozpościerał białe skrzydła
I nie czuje już trudu tych kilometrów,
Jest następnym najlepszym, który wszedł tu
I wyjmę coś co ma zimny kształt, usłyszysz szybki strzał
Zrobię cziki blaau! blaau!
I poczujesz jakbyś sam stał, jaki ma smak stal
I tylko cziki blaau! blaau!

Co jest chłopaki? wjeżdżam jak Maserati z hałasem takim
Że myślą, że rozdaję fazę gratis
Te przekozaki to przy mnie resoraki
Wiem czego można się spodziewać w grze po takich
Jadę dla sztuki ciągle, to jakbym rzucił klątwę
Był długi longplay, Trzeci to duży problem
Nie wróży dobrze, jak w burzy okręt
Śmierdzi mi dużym sztormem, na ***** ci gruby portfel?

Palec na cynglu złożę jakbym był Latynosem
Wciągam pół rynku nosem, nowe cytaty niosę
Kwestia treningu, doceń, nie kwestia kilku wiosen
Sieję w tym cyrku grozę jakbym był wirtuozem
Bóg dał ci palcem dar, kruchy jak marcepan
Fajkę po fajce pal, czuję pod palcem stal
Jak Jan Baptysta zmienię ten bajzel w raj
Iluzjonista znikąd jak Eisenhaim

[x2]
I wyjmę coś co ma zimny kształt, usłyszysz szybki strzał
Zrobię cziki blaau! blaau!
I poczujesz jakbyś sam stał, jaki ma smak stal
I tylko cziki blaau! blaau!

Żegnam hip-hop-chłopców, cienkich MC's, wasz czas minął
Na pętli Kut-A dźwięki bragga płyną lawiną
I ci co mylą katar z anginą z ręki kata zginą
Nullo skręci dla was kino niczym Quentin Tarantino
Zdolny Śląsk zawsze razem tak jak Persi z Kartaginą
Nie dasz rady jak w '45 Berlin karabinom
Mój skład to wiele imion, 3WKasta są rodziną
Nigdy o tym nie słyszałeś to przeczyść uszy parafiną
To bragga stilo buja, zrób miejsce mi do *****a
Bo na*****lam z łokci tak jak zwrotki do shure'a Gural
A więc bujaj stąd, to Nulla flow, mam uraz ziom
Robię to w kółko tak hula hop
Mówią o tym w nocy bloki Nullo na*****la tak jak walkie-talkie
*****ę doping koki obiboki
*****ę kopię kopi po kimś
A ty dalej ściągaj płyty z neta jak simlocki z Nokii

[x2]
I wyjmę coś co ma zimny kształt, usłyszysz szybki strzał
Zrobię cziki blaau! blaau!
I poczujesz jakbyś sam stał, jaki ma smak stal
I tylko cziki blaau! blaau!

Ten rap dociera nawet tam, gdzie nie dociera rumor miasta
Gdzie psy szorują dupą asfalt, mówią sukom basta
Gra start, my w maskach i kapturach
Czuć chłód miasta w murach, w kaburach stal shure'a czuwa
Robimy napad na bank, łapa na kark, klata na blat
Ten napalm to napad na bank, szykuj katafalk
Wapienie w kurtkach, na ziemię *****, to burda
Babka przy kasie, walenie durnia mnie w*****ia
Gdzie jest dyrektor? święty ojciec tego banku
Widzę jego piękny portret na wprost wejścia przy barku
Gdzie jest ta tłusta, czarna, spocona świnia?
Pewnie tam gdzie jego szósta fajna, złocona willa
No bo to skład co wbrew opinii nobilitowany przez rymy
By nimi w linii szyli te Kilimandżaro styli, czyli
Boom Terere, Flow Everest, bo w porę jest Pores ej Porerereres
Raz, dwa.
To jest Pelson, solo!
Molesta Ewenement!
Łoooł!
To jest tak brat! Warszawski styl!
jesteś tu?!

Ref. (x2)
Ej - to są moje wolne myśli.
Wiesz? Dla tych, którzy dziś tu przyszli.
Chcesz? Jeśli nie, to nic nie rób,
to Twoje życie, twoja kartka papieru.

Znów nagrywam rap pełen wiary i nadziei,
choć świat wokół to absurd jak w filmach Barei.
system karci gołębie, wybacza krukom,
elita bluźnierswto nazywa sztuką.
Góra, ustalili zasady kopertami,
cudze winy mają w oku, swoje za plecami.
Potyczkami na brudy pną się po szczeblach,
to festiwal obłudy? Raczej rezerwat.
Gubimy się wśród ludzi, szklanych prostokątów,
dokucza nam samotność, choć przyjaciele są tu.
Wyznaczamy okrąg, żyjemy wewnątrz,
gdy przetniemy linię, to się zmieni na pewno.
Nie rezygnuj z marzeń w obawie przed przegraną,
to samo mówię sobie co dzień rano,
Odnalazłem siebie, nie w tabletkach czy proszku,
to jest sztuczne niebo, pełne zdradliwych bożków.

Ref. (x2)
Ej - to są moje wolne myśli.
Wiesz? Dla tych, którzy dziś tu przyszli.
Chcesz? Jeśli nie, to nic nie rób,
to Twoje życie, twoja kartka papieru.

Znów nagrywam rap, wiesz brat? Bawię się rytmem,
a świat chce rozwiązać problemy konfliktem.
Super armie demonstrują siłę.
Idą na wojne żołnierze, giną cywile.
Przetarg w imię Chrystusa i Mahometa.
Ile baryłek ropy jest warte życie człowieka?
Nie szukam w tym sensu, bo go nie znajdę,
bardziej niż sens chcę znać prawdę.
Często szukając jej samej przegrywamy z lękiem,
nie chcemy jej znać, jeśli nie jest nam na rękę.
Tak walczymy sami ze sobą,
szukamy drogi do szczęścia, a szczęcie jest drogą.
"Świat zwariował" mówią ludzie, którzy są światem, oni pewnie już znają datę.
Dziś walczę o pokój i to jest mój apel,
bo stoimy na krawędzi, patrząc w krater.

Ref. (x2)
Ej - to są moje wolne myśli.
Wiesz? Dla tych, którzy dziś tu przyszli.
Chcesz? Jeśli nie, to nic nie rób,
to Twoje życie, twoja kartka papieru.

Znów nagrywam rap, choć go często miewam dość.
Nagrywam, potem Tobie to sprzeda ktoś.
moje serce mi mówi - dalej rób to Pelson,
a ekonomia krzyczy - weź rzuć to - często.
Najlepiej w przepaść, z jakiejś skarpy.
Rap gra, zagrajmy dziś w otwarte karty.
Rap gra tu trwa, nieustający wyścig
i niejeden wyparł się idei dla korzyści.
Dziś nie wystarczy, że wychował Cię beton, wiesz?
Żeby ludzie okrzyknęli Cie poetą.
nie każdy MC kto nagrywa na bity,
jak nie każdy napis na murze to graffiti.
Znam kozaków, wychwalają wersy,
a przed wyjściem na scenę zakładają pampersy.
Możesz kupić listę przebojów, wywiad,
lecz nie kupisz mojego szacunku, wybacz.

Ej!
Dzięki, dzięki ludzie!
Pokój!

Ref. (x2)
Ej - to są moje wolne myśli.
Wiesz? Dla tych, którzy dziś tu przyszli.
Chcesz? Jeśli nie, to nic nie rób,
to Twoje życie, twoja kartka papieru.
Szad:
Cztery pory roku snuję plany - po kryjomu!
Cztery pory roku obserwuje zmiany.
Spoglądam na te cztery ściany - mego domu!
Przez cztery pory roku mój rap jest we mnie schowany.
Wymalowany przez naturę tak jak szyby, na które patrzę tego wieczoru,
pełne wzorów - to listopad!
Za oknem biały opad rozsypany i błyszczący tak jak brokat.
Jak adwokat Szad skupiony na drobiazgach miasta, które tonie w zaspach.
"królowa śniegu" - paraliżująca ruch miejskiego krwioobiegu!
W tobie to kobieto topię smutek jak w wodzie Wenecja,
Doba po dobie robię w tobie - podoba ma się perfekcja!
Szadego przekaz jak nieraz kasa w Las Vegas właśnie teraz krąży w
miastach.
Rapu aromat unoszony jak owad tuż ponad ośnieżony asfalt. Asfalt miasta.

Nullo:
Cztery pory roku a tu!
Cztery pary oczu widzą cztery pory rapu,
przecięci na pół,
między nami stół i różnica tematu!
Cztery tysiące nowych ofert, demo - kopert, sterty płyt,
hip hop chłopie na topie bo to po to właśnie wiosenny świt.
Cztery miesiące każdy czekał na koncert jak na premie,
Premiera w plenerze - nowe pomysły zabłysły jak flesze na Wembley!
Do potęgi entej i więcej ludzi na chodnikach,
życie rozkwita jak pierwszy pierwiosnek. Witam wiosnę!
Wiosna to postęp dla ambitnych, wiosna dobra na bit i rym przy
spotkaniach,
wiosna oddana w ręce hip hopu, a to tylko jedna pora roku.

Pork:
...budzą się detektory ruchu w mieście,
budzi się Pork, "budzę się nareszcie!"
po mimo ruchów jak Kasparov padłem ofiarą gigant kaca jak Kilimangharo!
Samotny jak faraon wśród piramid, dalikatnie jak aksamit poruszam ustami,
strzelając cyframi nad utopionymi procentami.
Białka jak czerwona oberżyna - ranek - imprezy finał,
dwa pasy ja trasę naginam, a na zewnątrz parna sauna!
Wokół tłok jak Chinatown, niejedna panna, szał ciał na słoneczny kompres.
Po promenadzie niejedna Lochnes i jej wyeksponowany kompleks
w okres widoków topless. W te krótkie noce kreowany rap pijany,
zatapiany podeszwami w parujący asfalt,
niesiony echem ponad ulicami miasta!
Cztery pory rapu w cztery świata strony,
w cztery pory roku projekt skończony.

Largo:

...cztery roku pory,
cztery rapu kolory!
Teraz jesieni walory ten bogaty koloryt,
kiedy myśli tak płyną jak deszcz rynną -
to pozory tylko, że pusto i zimno jest, bo w głowie rodzi się tekst,
bo w tobie budzi się quest prowokowany przez deszcz,
powodowany jest, wiesz, przez kres wolnych chwil, słodkich chwil,
które płynęły latem, teraz dzięki nim tu temat za tematem.
Idę, patrzę na ten złoto - szaro - dziwnie mokry świat.
Tu zaznacze, że jesienny wiatr dla mnie jak brat.
W niebo patrzę, a rymy w głowie płyną jak ptak - od tak.
Łażę, płaczę, piszę, a wokół świat pogrąża się we wczesną ciszę...
Za daleki odlot, ciężki przekaz
Muzycznie to dla kumatych tych kategorycznie
To historia, słyszysz ją
Nie zapada w stan euforia, rozwinięta Z.I.P. teoria
Masz wybór tu jakby masz dostąpiennnia
Masz dobrą pozycję wybierasz abon srebrna folllia dwa
Cieszysz się coraz bardziej, przed siebie gna z czym
Takiego kroku nigdy nie podjął bym
Pierdoleni naiwniacy nie skończą z tym
Chłopak wybiera THC
Browar, sześciopak, zrzęd, pięć i osiem procent
Dobra postawa, nic na opak PHP
Znana ci kwestia stara
Przemyśl czy to męka czy to kara
Czy to prawda zawarta w chlebie, trzyma się ciebie
Jak na skórze dziara
Ważna nieustanna dobra wiara, w siebie
Bo jak nie nadajesz się to przystopuj
Nie dam rady dam se spokój
Zawsze mogę naprawić swój błąd
Chyba że nieodwracalny
Mimo to zawsze aktualny
Wtacza się w ciebie, jak świat wizualny
Za daleki odlot dla wszystkich nie kulisowych tylko normalnych
Co dla mnie żaden siuwaks nie krax nie grax przypuszczalny
Nie dla mnie tradycyjny, regularny
Nie ma mnie tu sen koszmarny
Myśląc tak suw konwencjonalny
Dla mnie temat przekonywalny
Po całości

Ref.
Znam odlot za daleki
Sam różne akcje miałem
Daj spokój z takim stanem
Daj spokój z takim stanem

Znam odlot za daleki minuta trwa wieki
Nie mogę w górze, utrzymać ciężkiej powieki
Znasz na to leki sześciocyfrowe czeki
Wtedy z gandzi opieki nie zostanę wyjęty
Przez społeczeństwo wyklęty za poparcie narkomiękkich
Odrzuć niepotrzebne lęki wiesz gdzie zaczynają się twe męki
Tam gdzie twarde zaciskają szpony
Uważaj będziesz odmurszony, poważnie zadłużony
Swej godności pozbawiony gonisz krople po srebrze
To w psychikę się wedrze
Potem żebrzesz mnie to nie dotyczy
Marihuana nie przeszkadza w niczym
Opanowałem sztukę palenia
Mój natury zew skrętów nie ma-pech
Są gdzie indziej u Koro Włodi trzech
On sam do nas przyjdzie
Do ludzi po przejściach ten kawałek stylu
Narkotycznego zejścia
Nie uważam się za ćpuna, choć hajs mi droższy od złotego runa
Może cię zgorszy gloryfikacja skuna

Ref.

Paranoja to ciśnienie to makabra uderzenie
Wciąga styl wciągasz mnie
Tracisz na tym w dekiel
Zaczepa zdziera wszystko z ciebie jak rzepa
Kontroluję swe zetknięcia ze stanem nadnormalnym
Za dużo bzdur to wzrost temperatur
Wkurwionych temperamentów cały zbiór
Nie krzywdź swego losu
Z przymusu wybieram ze stosu odpowiedni element ciosu
Żyję się raz to jest cenne jak cenny obraz
Albo odlatujesz albo trwasz
Zwróć uwagę że zdrowiem za to bekasz
W ciemności się szwendasz
Albo w życie grasz, albo cios w kalendarz
Wybór masz wybór masz

Za dalekie często niekontrolowane jazdy wygrzane
Do niczego nie porównywane
Przez przeszłość narkotyki lub inne rzeczy spowodowane
Sam różne akcje miałem daj spokój z takim stanem
Się z wirów krętu koszmaru wyrwałem
Dużo przemyślałem i zachowałem na przyszłość
Za dalekie odloty jeśli chodzi ci o ścisłość
Sam do siebie pretensje rość
Ty co cię pochłonęło zaśniesz albo już usnąłeś
Otwórz oczy i zastanów się weź, czy to pojąłeś
Twa dusza opętana czy to do serca sobie wziąłeś
Chora jazda wstrząs falą oczy brąz kolor oczopląs
No i wyobraźni stwór
To walka o przetrwanie niekończący spór
Za daleki odlot.
Wiele sytuacji kształtowało moje życie
Niewiele jest tych, tych, którymi się szczycę
Nie, wierz lub nie czasem szczęście czasem pech
Czasem dobry uczynek, a czasem grzech
Śmierć bliskiej osoby skłania do przemyśleń, wierz mi
Tak już jest, wiesz, w krew nawyki weszły
Kocham te nawyki, przez nie ludzie będą lepsi
Przynajmniej w to wierzę, to na tyle w kwestii
Druga sprawa teraz przyjemność nie dramat
Oprawiony w kilometr o gramach i zasadach
Podróżuję, zwiedzam, jaram, pozdro bracia
Pozdrowienia w europejskie miasta (miasta)
Trzecia akcja to ci bracia w tych miastach
Ci w areszcie i ci na wakacjach
Ci weseli i ci smutni wszyscy
Z ich doświadczeń też mam korzyści
Tylko głupiec nie uczy się na błędach
Jak dostanie kopa w dupę krótko ból pamięta
Bogaci są ci dla których one dużo znaczą
Ci co wiedzą o co chodzi w wiedzę się bogacą

Ja miałem tu szczęście, że od małolat
Nawet kiedy ojciec pochlał to do domu wracał
Rano wstawał i jak głupi zapierdalał byśmy mieli
Co włożyć do gara, matka mu wierzyła, wybaczała
Nawet kiedy była kasa, to się nie szwendała po zakupach
Tylko oddawała całe serce, ja miałem to szczęście
Gdy zaginął brat, odnaleźliśmy brata
I pamiętam jak niejeden z was wtedy nam pomagał
Miłość za spędzone razem lata, miłość i szacunek za to dla was
Choć ekipa coraz większa, to trzeba pamiętać
Życie nam pokaże, w jakim składzie będzie żyć nam dalej dane
Czas nie tylko zmienia twarze, ale także nasze serca
Czas i pieniądz to morderca ludzkich planów, ludzkich marzeń
Elo Dix, Dix na przetrwanie

Pamiętam te czasy, gdy nie miałem nic
Nie miałem z kim gadać za to miałem się z kim bić
Z zewnątrz tylko słyszałem - jesteś zły
Potem w domu musiałem skrywać łzy
Nawet nie wiesz jak świat podstawówki
Potrafi być dla dzieciaka okrutny
W domu przecież też nie było lepiej
Pytałem tylko Boga czemu taką biedę klepie?
Chcieli mnie oczerniać, ciążyła zła sława
Musiałem się stawiać, a potem dostawać
Teraz z perspektywy czasu dobrze widać
To była nauczka losu za zdeptaną przyjaźń
Potem nadeszło nowe życie, nowa szkoła
Zacząłem trenować oraz melanżować
Zacząłem pisać, wybrałem ten kierunek
Pięścią na ulicy zdobyłem szacunek
Dzięki tobie Tomek trenowałem boks
Zacząłem wierzyć w siebie i w lepszy los
Dzięki tobie Maciek zacząłem robić rap
Zacząłem wierzyć w ludzi i w lepszy świat
Życie to nauka więc się nauczyłem
Jedna prosta rzecz - wiara daje siłę
Dwa, póki cię nie pochowają w glebie
To kim jesteś zależy od ciebie

Od najmłodszych lat życie już mnie nauczyło
Pa-patrz komu ufasz, pa-patrz komu ufasz
Jedna szczera miłość, bez niej by mnie tu nie było
To rodzina, przyjaciele, to oto te podwórka
Co miało na mnie wpływ, przesłuchaj, daj Boże
Nie życzę nikomu takich chwil i wspomnień
Bóg dał, ale los tak chciał, że też coś zabrał
10 lat staram się być ojcem dla brata
Świat zaczął się obracać zupełnie innym tempem
Coraz szybciej, coraz gorzej, więcej
Podszedł by móc żyć normalnie w tym mieście
I sam już nie wiem czy to pech czy szczęście
Jest jak jest, co ma być to będzie
Jest jak jest, co ma być to będzie
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo