Popularne piosenki. Polski Hip Hop

Od lat 90 jestem MC, pamiętam jak,
usłyszałem pierwszy bit i nagrałem pierwszy track,
I to, że chcesz uczyć mnie jak żyć trochę mnie męczy,
Bo wiem lepiej co to rap i znam więcej płyt na bank.
I gdy robię mainstream mówią coś, że robię pop,
a gdy robię underground, jestem z tych, co robią to bo chcą.
Nie z tych którzy tam tkwią, bo wciąż muszą,
Wkurwiam ich bo mam flow, i płonie majk więc gram dużo.
I w głowie mam czas gdy DJ kładł cut na bit,
I słucham tych nowych sław i myślę, że czas na beef.
Bo grają rap tak jak ja 10 lat temu,
I czuje się tak, jakby ktoś mi wysłał moje demo.
I słucham takich gówno wartych prawd i wchodzę na ten bit,
Tak jak na boisko Van der Vaart.
I mają fart, że robię new school, bo gdybym robił old school rap,
Ich cały świat runął by jak domek z kart.

Ref: [ 2x ]
Czasem słucham Drum'n'Bassu,
Robię Dubstep i lubię Dub,
Ale nie wiesz lepiej niż ja co to rap.
I w moim ręku majk i jestem MC, zrobię tak,
Że każdy z was będzie przy mnie kiepski.

Te wasze podwójne rymy są tak wymuszone,
Jakby nagle składać je zaczęła Anna Samusionek,
I myślę sobie: spoko ziomek, idź w swoją stronę,
Ale nie ucz mnie rapować,
i jak składać słowa przed mikrofonem,
Bo o starej szkole wiem więcej niż każdy z was,
I nie chcę być idolem,
przestań też liczyć mój hajs.
Jestem ciekaw co byś zrobił na bicie,
Który nie brzmi klasycznie, i ma inną rytmikę i inny bas.
Pewnie miałbyś flow jakby gadał to Janusz Weiss.
Zostaw to, zróbmy tak
wyrzuć pretensje,I nigdy więcej
nie mów mi jak mam robić rap
Albo weź mój nowy bit i się ze mną sprawdź .
Zrobię to chętnie bo jestem MC,
I na bank lepiej znam całą esencję.
Jak wchodzę na bit to nieważne,
czy to DubStep, czy to grime,
Czy to sampel, czy to crunk,
To jest czysty underground!

Ref: [ 2x ]
Czasem słucham Drum'n'Bassu,
Robię Dubstep i lubię Dub,
Ale nie wiesz lepiej niż ja co to rap.
I w moim ręku majk i jestem MC, zrobię tak,
Że każdy z was będzie przy mnie kiepski.
Haha pustka haha każdy to wie rzecz oczywista
Liryka zawsze musi być zajebista
Zakochać się w rymach zakochać się w muzyce
Zakochać się kobiecie tego się nie wstydzę
Ale moja głowa pusta myśli nie docierają
Chaos w łepetynie rymy się nie układają
Nie umiem nie potrafię lub nie chce tego robić
Nie wiem dokładnie czy chce komuś zaszkodzić
Nie pouczam nikogo nie wymagam tego od was
Nie wymawiam do jednostki i nie zagaduje was
W dupie mam Układy i nie stałe tajemnice
Wiem również, że w tej chwili nikogo nie zachwycę
Świadomość tworzenia odpowiedzialność za słowa
Składanie układanki niczym Hip Hopowa mowa
Hardcorowy świat niepozbawiony wad rad, przykazań czy cytatów
Na każdym kroku spotykam cynicznych wariatów
Lirycznych poetów wierszokletów i wierszy
Nie mam pojęcia o ilu się powiększy
Pula rymów twórców i kto na tym zyska
Ja moi kumple a może ten, co właśnie tryska
Energia rymem jak zasrany terrorysta
Podkłada ładunek liryczny pakunek
Upycha rytmicznie cytuje dynamicznie
To wcale łatwe nie jest to wcale łatwe nie jest
Nie ponadczasowość tego gówna przetrwa i zasłynie
Chodź chwała za to wszystko z pewnością nie ominie
Bo gdy będę umierał to me dzieło się narodzi
A gdy mnie pochowają to się zacznie rozchodzić
Śmierć podaje dłoń tym, co tego chcą
Śmierć wyciąga rękę myślisz, że się zlękniesz,
Śmierć jest zagadkowa i bywa także nagła
Nie przewidzisz, co się stanie, gdy zobaczysz diabła,
Szatana Lucyfera czy jak ta kurwa ma na imię
Nie wypowiesz już nic, gdy śmierć Cię owinie,
Wokół swego palca swych kościstych dłoni
Zastanów się, co robisz, gdy powiedzą kurwa po nim
Więc ciągnę dalej to, co plotę głupotę
Nie mogę już przestać, więc teraz wymiotę
Wyrzucę wywalę te złości fale
Nienawiść ha tego niema tu wcale
Chce pozostać sobą pozostać prawdziwy
Mówić całą prawdę i nie istnieć na niby
Czy muszę umrzeć, aby ktoś mnie docenił
Czy musze stąd odejść abyś zdanie swoje zmienił
Czy musze zrobić klip, aby wszyscy zobaczyli,
Żeby wszyscy polubili i kupować zaczęli
Ten, kto jest w mediach jest znany poważany
A ludzie z undergroundu to zasrane chamy
Bo mówią nieładnie może przesadnie
Nie mówią dzień dobry niecodzienne mają hobby
I mało grają w ogóle się nie wychylają
Spotykają się w swym gronie całą scenę w dupie mają
A takich ludzi niezliczone są ilości
Lecz wszystkich ich olać jest zupełnie prościej
Głośniej już dzisiaj nie można przemawiać
Nie chce was buntować nie chce was namawiać
Sprawa jest prosta nie dojrzała do końca
Epizod będzie później i nie będzie to radosna
Pointa czy wspaniałe zakończenie
Nawet, gdy skurwielą opustoszeją kieszenie
Zawieszenie broni jest chyba niemożliwe
Każdy komuś wrzuca epitety krzywe
Prawdziwe czy nie tego nie dowiesz się
W sposób opisowy dzisiaj zabawie się
Bo lubię balety imprezowy sposób życia
Małe ruchanko jaranie coś do picia
Bez bicia też nieraz się nie obejdzie
Od tego dobrej sławy przecież mi nie przybędzie
W błędzie jesteście, jeśli o nas źle myślicie
Nawet, jeśli teraz naubliżam twej kobicie
Robicie, co chcecie sami dobrze wiecie
Co dobre, co złe, co w porządku a co blee
Każdy chce dobrze niekoniecznie bezpiecznie
Zdobyć coś by się poczuć zajebiście
Jedni przypalają inni ładują
Narkomania alkoholizm tak stare zgredy trują
Plują innym życie marnują
Swoje stracili, więc zatrują Cię po chwili
Mili byli tylko troszeczkę
Nie lubią, gdy rymujesz, gdy się kurwa dobrze czujesz
Kładź na nich chuj, czym ty się przejmujesz,
Margines muzyczny, do kogo ta mowa
Moja recytacja to i moje słowa
Co Ci się kurwo w tym nie podoba dynamizm realizm nie odlatuje
Za daleko przecież nie jestem kaleką
Nie narażam życia chodź niejedno przeżyłem
Nie w jedna kawale się w życiu wpierdoliłem
To nadal istnieje i nie mogę się schować
Dopóki jeszcze żyję będę nadal rymował
Nie zależnie od formy nie zależnie od stylu
Będę nadal składał rymy by nie pozostać z tyłu
To już koniec wynurzeń sentymentów fascynacji
Nie liczę na to wcale, że przyznacie mi racje owacje też nie
Bardzo mnie obchodzą
To, co zrymowałem nie jest przecież żadną prozą
W mowie ojczystej coś poukładałem
Jak wspomniałem na początku przecież pustkę w głowie miałem

Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Kompletna pustka w mojej pierdolonej głowie
Pusta pustka pustka w mojej głowie
Pusta pustka…
Zostaw mnie, nie kuś, nie mów, nie wołaj
Daj skołatanym myślom odpocząć, już pora
Oddaj choć moment, nie widzisz, że tonę
Pozwól mi usnąć, chcę wyrwać się, koniec
Nie chcę już o nie, me oczy zmęczone
Tętno zbyt szybkie, wysycham, płonę
Jak gąbka chłonę, choć nie chcę, bo cierpię
Boli mnie serce, łeb pęka, weź mnie
Wiesz nie odejdę, daj chwilę wytchnienia
Chwila nie zmienia twego stanu skupienia
Bez znieczulenia zabijasz mnie, nie mam
Szans na obronę więc wracam pochłonę
Wszystko co oddasz, mnie zmusić nie można
Do nie znienawidzonych doznań, rozczulasz, jak można
Tak żyć, weź mnie zostaw, daj spokój w końcu
Nie odbieraj wszystkiego, ja nie chcę tego
Zbyt wiele złego, nie chce być twym kolegą
proszę cię, kurwa błagam, nie rób mi tego

Są chwile gdy samotnie spadam w dół
To są dni kiedy nie mam sił świat pęka w pół i nikt
Nie wie kim jestem, dokąd idę czy jeszcze
Gdzieś samotny stoję przed tobą
Ciągle jeszcze żyję, wierzę i jestem

Budzę się z krzykiem, spocony w rozpaczy
Wciąż przerażony, wołać tak czy inaczej
Złe duchy znacie, ty twój przyjaciel
Straszne te stany, po ciemku sam w chacie
Ręce się trzęsą, dreszcze, gorączka
W oczach znów rozpacz, ratować nie można
Wszystko cię straszy, ty znów majaczysz
Znów słyszysz głosy, chcesz zagłuszyć je patrzysz
Nerwowo spoglądasz i kolejny kopniak
To już nawet nie działa, wszystko w środku ci siada
Wiesz że się nie nadasz, zawodzisz, nic nie zdziałasz
I znów rozczarowanie, szlochem dusisz ból na raz
Serwujesz piekło, szumi mi w głowie
Uśmiechasz się lekko, czujesz pulsujące skronie
Ponownie toniesz, idziesz na dno, to koniec
Przez cały czas milczysz, nazwę to monologiem
Już się nie boje, nic mnie nie czeka
Smutny finał człowieka, który zapada w letarg
Proszę pozwól mi żyć, ja chcę żyć, chcę doczekać
Wódko pozwól mi żyć, to ode mnie ten przekaz

Są chwile gdy samotnie spadam w dół
To są dni kiedy nie mam sił świat pęka w pół i nikt
Nie wie kim jestem, dokąd idę czy jeszcze
Gdzieś samotny stoję przed tobą
Ciągle jeszcze żyję, wierzę i jestem
Schodzę do klubu gdzie mam zagrać koncert
Ja i mój DJ, z postury podobny orce
Podeszwy mlaskają dotykając schody
Wokół naćpani ludzie, ludzie sowy
I już widzę bar, barmanka za sterem
Jest ładna, więc oczywiście pilnuję jej stery
I coś nie pasuje mi w tym podłym miejscu
Coś nie tak, coś wisi w powietrzu
Przyjechałem z miasta, które ma tu mało fanów
Ale rozkręcę najbę, nie dam za wygraną
I markotną mam minę patrząc w kiblu w lustro
Tylko ja? Nie, podobną minę ma Hubson
I on to już wie, i ja jestem pewien
Bo to nie pierwszy raz w polskim klubie, kiedy

[ref.]
Wali klockiem, no ***** wali klockiem... [x3]
Czy ktoś jeszcze to czuje? Czy ktoś się ocknie
Wali klockiem, no ***** wali klockiem... [x3]
Aż piesze mnie nos, pie-pie-piecze nieznośnie

Telefon, płaczesz kiedy pierwsza rysa się pojawi
Pamiętam czasy, gdy komórką mogłeś zabić
Rano do szkoły biegłem, bo czas mnie naglił
Pisać rymy w zeszytach, rzadziej spisywać z tablic
LO na Wiśniowej, wspomnienia mam w sercu
Czy zdam, zawsze dowiadywałem się w czerwcu
Dziewczęta, hardcore'owe dresiary, w nosach feta
Chłopak najczęściej o imieniu Darek
Jedna jakaś dziobata, druga piękna
Nie miały maila, dziś biorą śluby na NK
Przyznam, grzały mi jaja lepiej niż żelazkiem
Te stringi, jakby z żyłki wędkarskiej
Zagajam na matmie, podbijam na bioli
Długo zanim wsadziłem G-funk na OLiS
I na poruchanie w tym odcinku miałem widok
Czuję coś..., a to mój lewy Reebok

[ref.]
Wali klockiem, no ***** wali klockiem... [x3]
Czy ktoś jeszcze to czuje? Czy ktoś się ocknie
Wali klockiem, no ***** wali klockiem... [x3]
Aż piesze mnie nos, pie-pie-piecze nieznośnie

Cofnijmy się do czasów bardziej odległych
Zabawki były z drewna, a domy z cegły
Dziś dla dzieci masz plastik, a domy ze szkła
Wyrastają zamiast drzew w mojej WWA
Przedszkole, Śródmieście, czterolatki
Pierwsze przyjaźnie, pierwsze zajawki
Mam wrogów i mam też swoją ekipę
I pierwszą miłość, niższą niż kaloryfer
Gdy Słonko przygrzało szliśmy na plac
Szalałem za tamtą dzierlatką na maks
Jeszcze byłem nieśmiały, nie byliśmy parką
Wiem jedno – nigdy nie ciągnąłem za warkocz
I wśród bieganiny, z tą bandą dzieciaków
Jeden taki goni moją love, w kępie krzaków
Słyszę jęki, czy to zdrada, muszę mieć pewność
Podchodzę..., a tam ona w łeb go

[ref.]
Wali klockiem, no ***** wali klockiem
Wali klockiem, a wróg wali klockiem.. [x2]
Czy ktoś jeszcze to widzi? Czy ktoś się ocknie
Wali klockiem, a wróg wali klockiem... [x3]
A wtedy takim klockiem, to jak dzisiaj łokciem

Aha, 600V, Ten Typ Mes, nowe flow
czemu wali klockiem, ty powiedz mi
czemu wali klockiem tu, czemu wali dziś
uu-u...
A kto? A co?
A miałem sen, w którym zniknęli ci wszyscy,
co na karku noszą srogie miny.
Nie bez mojej winy ulotnili się jak para.
Szedłem ulica, która była pełna barw nie była szara
I pełno dźwięków, melodii wysypało się do… U-CHA!
Uleciały, wybijały rytm, a niskie tony
wskakiwały mi do brzucha…
Ponure gęby uleciały, jak ‘bzzzz’ mucha.
Mówię: „Ja jestem eFi”, a wszyscy mnie tu znają,
Gadają do mnie, rozmawiają, o czas nie dbają.
Ja idę przez środek ulicy, czas i pieniądz tu się nie liczy…
Miałem sen, którym nie było miejsca na poważne
dygnitarze, konstytucje, paplaniny,
inne pisma urzędowe inne popeliny,
które zaśmiecają łeb…
Facet krzyczy: „Kpiny! Kpiny!”
Nie wtrącaj się, to mój sen
I nie widzę twojej niezadowolonej miny!
Miałem sen, w którym nie mówiono głośno
o pieniądzach, bo pieniądze nie liczyły się wcale!
Ich nie ma!
Wszystko, co było niezbędne do życia,
ot tak, spadało z Nieba!
Wszyscy maja to, co trzeba: tlen, woda, gleba…
Miałem sen…
I szedłem ulicą, nogami nie sięgając chodnika..
Wszystko pływało, jakby grała muzyka…
A miałem sen…
Że ciągle jesteś tak blisko,
w zasięgu ręki mamy dokładnie wszystko!
Unosimy się wysoko, nie spadamy nisko.
Nikt się nie żali, nie chwali.
Wszyscy duzi, nie mali.
Porozrzucane dźwięki po całej ulicy…
Zbieram je, lepię… Słowa wpadają do głowy, ot tak…
Czuję się lepiej!
Ich nie ma! I nie ma tych co opowiadają bzdury!
Ich nie ma! Co szczerzą zęby ostrząc pazury!
Ich nie ma! Co próbują stawiać miedzy nami mury!
ICH NIE MA!
A miałem sen…
Miałem sen…
Miałem sen…
I głośnik ogromny, i pulsujące membrany…
Wyrzucają mnie dźwięki, odbijają od ściany!
I pływam, i lecę, i bujam się lekko, wysoko, lekko…
Wszystko kontroluję, na wszystko mam oko!
Bo miałem sen…

Miałem sen…
Miałem sen…
Miałem sen…
Miałem sen…
To moje życie, takie je pozostaw
Nie osądzaj bez podstaw, nienawiść na bok odstaw
Popatrz na mnie, ja nigdy się nie zhańbie
Historią prawdziwą z osiedla ciebie karmie

To moje życie i mój świat, łapy precz
Pare kroków wstecz, nic nie wiesz o nim
Nie ożenisz nigdy ognia i wody
Pało masz gestapowskie metody
Chodź pod bloki, przyjdź czeka cie porażka
Byłem, jestem, bedę zawsze dzieckiem miasta
Tego życia nie zmienisz, możesz pomarzyć
Twoje oczy, jak dwie puste dziury w twarzy
Patrzysz na mnie prawie zawsze widzisz jedno
Bardzo rzadko funkcjonuje na trzeźwo
Nie jest mi łatwo ale jakoś się trzymam
Co jakiś czas, za bliźniego swego…
Całe moje życie, poza nim nie mam nic
Do tyłu nie spoglądam, jutro trzeba dalej żyć
Chcesz mnie ukrzyżować, to szczyt twoich ambicji
Ja zawsze oddany sprawie na swojej pozycji

To moje życie, takie je pozostaw
Nie osądzaj bez podstaw, nienawiść na bok odstaw
Popatrz na mnie, ja nigdy się nie zhańbie
Historią prawdziwą z osiedla ciebie karmie [x2]

Mówie szczerze, tobie nie wierzę, wierzę sobie
Idę przez cień na warszawskim Grochowie
Prawdę odnajdziesz w każdym naszym słowie
Twoje zdrowie, koleżko dobrze ci życzę
Bolesne rany to codzienne oblicze
Znowu pobudka, czarne słońce wita
Jesteś kwita, czy w długach toniesz
To życie zna warszawski żołnierz
Wylej za kołnierz, pokaż, że cię stać
Zacznij na serio swoje życie brać
Taka jest prawda, każdy o coś prosi
Każdy ten ciężar na barkach nosi
Idę do przodu, choć mam już dosyć
Ciągły niedosyt, więcej i więcej
Związane ręce codzienności sznurem
Ktoś idzie w dół, a ktoś pnie się w górę

To moje życie, takie je pozostaw
Nie osądzaj bez podstaw, nienawiść na bok odstaw
Popatrz na mnie, ja nigdy się nie zhańbie
Historią prawdziwą z osiedla ciebie karmie [x2]

O mnie zapomnij, o mnie się nie martw ja sobie radę dam
Jesteś to jesteś a jak cie nie ma, nie bedzie wielki dram
Nie chcesz mnie widzieć to się nie wpraszam
Nie znam słów proszę i przepraszam
To moje życie, moje sumienie
Blaski i cienie, za późno się nie zmienie
Scenariusz nie ogranicza, niech światła zgasną
Popatrz na mnie, żaden ze mnie aktor
To moje życie, takie je pozostaw
Nie osądzaj bez podstaw, to do ciebie rozkaz
Każdy dzień rzuca inny cień
Znowu zawiści głos przerywa mój sen
To świat ten, tego już nie zmienisz
Pamiętaj zawsze twardo stój na ziemi
Ludzie zaślepieni pieniędzmi żyją tutaj
To moje życie więc posłuchaj

To moje życie, takie je pozostaw
Nie osądzaj bez podstaw, nienawiść na bok odstaw
Popatrz na mnie, ja nigdy się nie zhańbie
Historią prawdziwą z osiedla ciebie karmie [x2]
Elo, Elo Deszczu Strugi Mixtape Prosto 2006
WWO, Hemp Gru

Nie! nie przejdę obok obojętnie
Też podnieś glos, podnieś ręce
Chcę normalnie żyć i niewiele więcej
Chwilę się zakręcę, za przyjaciela ręczę
W końcu będę tam gdzie chcemy być
W końcu będę żył jak chcemy żyć
W końcu spełnię plan
i w końcu będzie tak jak powinno

Widząc to kurestwo wszechobecne i tych
Którzy wyśmienicie odnajdują się w tym
W zaistniałej sytuacji czują tylko zysk
Ziomek ja podniosę cię gdy padniesz na pysk!
O co biega? Złodziej okrada złodzieja
Chłopaczyna dyma pannę najlepszego przyjaciela
Świat stanął na chuju i tańczy sobie break’a
Kolega nalicza cię bo wie, że nie sprzedasz
Kolejny dzieciak za granicę wyjechał
Kolejny koronny na wspólników się rozjebał
Dzieci rodzą dzieci, śmieci generują śmieci
Jak leci?
Rządzą dziś analfabeci - kurwy w sejmie pierdolone
Piszą se ustawy, żeby było załatwione co trzeba
I o to biega
Powiesz mi, że tak jest wszędzie
Czy nie tak?
Prawda
Ale nie sra się do własnego gniazda
Podnieś głos, bo milczeniem się zgadzasz
Podnieś pięść, by im skalę pokazać
Widząc to kurestwo trzeba pilnować zasad
Z własnego otoczenia wszystkie szuje wymazać
By móc usłyszeć wtedy kiedy już nie zrobisz nic
”Ziomek ja podniosę cię gdy padniesz na pysk”

Nie! nie przejdę obok obojętnie
Też podnieś glos, podnieś ręce
Chcę normalnie żyć i niewiele więcej
Chwilę się zakręcę, za przyjaciela ręczę
W końcu będę tam gdzie chcemy być
W końcu będę żył jak chcemy żyć
W końcu spełnię plan
i w końcu będzie tak jak powinno

Beztrosko na Prosto z selektorem Deszczu
Nie można tu stać, że tak powiem, w przejściu
Określ się konkretnie - jesteś lub cię nie ma
Jak widzisz, że brat twój mentalnie umiera
W środkach nie przebieraj, jeśli szczerym mieczem władasz
Trzymaj się też tego, co pijany gadasz
Obiecanki cacanki, a głupiemu radość
Pierdolę to, co pierdoli jakiś gamoń
Wiem jedno, że o przyjaciół trzeba dbać
Tym bardziej, że często padają na twarz
Pomóż wstać bezinteresownie
Bezwonnie zaliczysz to do swych bezcennych wspomnień
To godne jest człowieka z charakterem
Jesteś świnią dla swoich, to dla mnie jesteś zerem
Na koniec tylko: ty szanuj to co masz
Paść na twarz nie znaczy ją stracić
Elo JLB! Nie traci się braci!

Nie! nie przejdę obok obojętnie
Też podnieś glos, podnieś ręce
Chcę normalnie żyć i niewiele więcej
Chwilę się zakręcę, za przyjaciela ręczę
W końcu będę tam gdzie chcemy być
W końcu będę żył jak chcemy żyć
W końcu spełnię plan
i w końcu będzie tak jak powinno
Mój dom, to nie blok, to nie ceglane ściany.
To my, którymi je wypełniamy.
Wracasz do domu z pierdolonego obowiązku,
z pierdolonej pracy, z pierdolonego rozsądku.
Rzuć to. Idź się nachlaj w jakiejś spelunie,
gdzie barmanowi, jak księdzu, zrobisz sumienia rachunek.
Więcej grzechów nie pamiętasz, bo nie chcesz pamiętać, bo
wkurwiasz się, że znowu zawieszasz nowy kalendarz.
Pomyślałeś, że jest piąta, jest dziewiąta,
a nieuchronność przemijania jest tak okropna.
Po dzieciakach widać, że rosną, po nas niewiele.
Starsi odchodzą. Nam coraz bardziej ciąży doświadczenie.
Kredyty, pity, raty, melanże.
Ci, co piją co dzień, wyglądaj coraz mniej zabawnie.
Nie mamy paręnaście lat, już parędziesiąt.
Kiedy ten czas uciekał zrozumiałem jedno.
Miałem hajs, go nie miałem , byłem w niebie,byłem na dnie.
Piłem szampana w knajpach, szamę z dyskontów jadłem.
Ale najważniejsze, chociaż cały czas czas ucieka,
kiedy skądś wracasz, ktoś na Ciebie czeka.

Mój dom, to nie blok, to nie ceglane ściany.
To my, emocje, którymi je wypełniamy. 4x

Mój dom, to nie blok, to nie ceglane ściany.
To my, którymi je wypełniamy.
Ludzie z natury są egoistami, znam wielu
mówią "ja mam", nie "my mamy".
Nie znają granic, niektórych gubi apetyt.
Wolą znać smak kilku dziwek na raz, niż jednej kobiety.
Dbają o własną dupę, dbają o własny portfel.
Mają wszystko w dupie, bo tak jest najwygodniej.
Ale są sami, wokół tylko błazny.
I tylko ich, właśnie, bawią właśnie ich żarty.
Słyszę pusty śmiech, który odbija się echem z miejsca skąd jestem.
Jestem raperem, ale najpierw człowiekiem.
Znam radości, smutek, znam powroty, rozstania,
klimat ślubów, pogrzebów wiele mi poukładał.
Jest jedna rzecz dla której warto żyć, kiedy wracasz, ktoś czeka już u progu drzwi.

Mój dom, to nie blok, to nie ceglane ściany.
To my, emocje, którymi je wypełniamy. 4x
V.E.T.O WYP3
WYP3 V.E.T.O żeby nigdy nie przeminęło
Obok innych jak Alfa Romeo przemknęło
Teraz teraz Zajka dawaj
Rzuceni na planetę ziemię jak toczące się kamienie
Nie porośnie w rutynę nasze myślenie
WYP3 V.E.T.O hip hopu pokolenie
Jak chwasty na plantacji siejemy spustoszenie
Trzeba to czuć nie wystarczy dostrzegać
Instynktownie rap nie rośnie na drzewach
Jest nas pięciu jak noc pięciu elementów
Piąty element energia wypasionych jointow
Zanim nie posłuchasz nie rzucaj osądu
Tak jest i będzie i było na początku
A tych co nasz styl jak drzazga w oko drapie
Nowe WYP3 ma szokową terapię
Nie zmieciesz moich tekstów jak w szkole papier
Siła dzikiego stylu wybucha jak szlafmer (?)
Jak palce u ręki pięciu osobistości niemałych u każdego
Jeden za wszystkich wszyscy za jednego
Kolejna płyta i coś nowego i świeżego
Dla słuchaczy polskiego języka
Krótka nawijka co się czasem wymyka z pod kontroli
Każdy jak pijany zdrowy rozsądek pierdoli
Mimo dobrej woli ostro by się nie wyjebać na zakręcie
Mam to na względzie w tej chwili
Pamiętaj pijany się nie myli nigdy
Jak nie chcesz stracić ósmej mili to daj spokój
Nie tacy od stołu odchodzili
Na głupotę nie pomoże lekarstwo
To pewne szaleństwo
WYP3 i V.E.T.O i nie ma to tamto

Wiara w siebie z upływem czasu przychodzi
WYP trzeci szary z klatki (?) odchodzi
Pamiętam chwile w których jeszcze byliśmy młodzi
Czas zmienia człowieka bo wskazówka chodzi
To nie jest takie proste jakby się zdawało
Wiedz że w życiu nieraz nam się nie udawało
A wszystko co zastało jest w pamięci wyryte
Jak marzenia ukryte przez realia wymyte
To jest V.E.T.O i rym represji człowieku
Na końcu tysiąclecia dwudziestego wieku
Cztery lata temu dołączam do duetu
Chcesz zabić hałas chcesz zabić hałas
Nie zrobisz tego w ten sposób

Nie każdemu będzie się podobać to co tobie
Ktoś coś powie każdy może przyjąć inaczej
Nie tak jak byś chciał
Co ważne byś miał swoje zdanie
Każdy ma swoje postrzeganie
Drugiej osoby różne wartości metody
Betonowe elewacje nie rajskie ogrody
Rożne sposoby na spędzenie 24h w ciągu doby
WYP3 V.E.T.O to nas łączy
Jak historia która nigdy się nie kończy
Jestem z tych co już widzą metę
Pewności z dłoni jak Wojtyna w sklepie
Nie każdy ma pisaną życiową karetę
Szczęśliwy bo ma bita a znów jest w metę
Cztery pory roku cztery świata strony
Czwarty materiał skończony
Potworny szacunek z mojej strony Wojtyna
Pamiętam dobrze prowadzenia w teamach
Pierwsze rozmowy przy rymach
Szanuję ludzi którzy to robili kiedy nie miałem o tym pojęcia
Dla ciebie wszystko weź co masz do wzięcia
Bez zacięcia nie dotrzesz tam gdzie chcesz
V.E.T.O WYP3 [?]

Raz chwile hardcoru dwa czasy relaksowania
Cały czas w biegu kolejne nagrania
V.E.T.Omania WYP3 na dobre i złe w parszywym świecie
Kolejna produkcja na nowe tysiąclecie
Każdy swoją drogą a w tym samym kierunku
Świat rozmów przemyślunków muzyki grassu
Popatrz na to realnie nie zabijesz hałasu
Przez lata wtopieni w hip hop kulturze
Oby ta przyjaźń trwała jak najdłużej
Dedykowane V.E.T.O Wzgórze
Dedykowane V.E.T.O Wzgórze
Siła w czynach nie w słowach, mieszanka wybuchowa
Poznań, Toruń się jednoczy jak Kartel puszcza towar
Wybuchowy jak wulkan, gorący jak lawa
Szybka zdzwonka na łączach jest nagrywka jasna sprawa
Z miasta do miasta 2 stówy ciśnie audabat
Pierwszoligowi gracze Toruń, Poznań dla nas brawa
W prawilnym szeregu widzisz te wściekłe mordy
Toruń, Poznań się jednoczy, w eter rzuca te sorty

To P.D.G. banda, P.T.P. banda, K do G banda, S.L.U. banda
Znów będzie skandal we wszystkich miastach i na landach
Na raz mamy mandat z prawdą za pan brat
Kaczy to kamrat z ulicy wariat
To świeże gówno, a nie stylu antykwariat
Poznań, Toruń husaria, będzie awaria
Już trwa batalia, rozdana talia
Kart jest i pełna asów gotowych na starcie
Ja mówię otwarcie, szacunek dajcie
Jeśli nie chcecie to wypierdalajcie stąd
Przykozaczyłeś, popełniłeś błąd synu

Przygotuj się na testy kto wykręci większy Meksyk
Kilometry idą w setki, a nas łączy kurwa prestiż
Bo jak duma i teksty, a wy macie, wiem, kompleksy
I czerpiemy z niego radość, gdy wy macie tylko stres
Przy tym fakt jest jak flow, trzeba łączyć z sobą armię
Żeby przetrwać albo jebnąć tu najlepszy numer w kraju
Ej, frajer nie rozumiesz jeśli jesteś już gotowy
Bo po stronie konkurencji pozostaje tylko skowyt

To do fury i do klubów dla wybrańców i dla tłumów
To dla ulic, dla osiedli, Toruń, Poznań swego pewni
Słowiański styl ode mnie dla was w czystej formie
Ten track i każdy z nas wyznaczamy w rapie normę
Nowe twarze, starzy gracze, mocne stopy i cykacze
W tym kawałku idą w parze, Toruń, Poznań miasta nasze
Dla raperów mam kaganiec, dla DJ'ów kajdan
Masz problem wypierdalaj P.T.P. i Paluch fighter, ej

Toruń, Poznań to te godziny na trasie
A robimy rap na ogólnopolski zasięg
(Właśnie tak) Toruń, Poznań my zjednoczeni w prawdzie
Silni jak zawsze, ale teraz jeszcze bardziej (właśnie tak)
Toruń, Poznań nie dla lamusa co zamula
Północny Toruń, Rychu Peja, Paluch, Kaczor, Gural
Nie bujamy w chmurach, bujamy się do hardcore'ów
I niech gębę stulą wszystkie pedały na forum

Scena bity, rymy całe życie zobaczycie
Jak o świcie te trzy bandy będą pizgać wyśmienicie
Nie potrzeba mi cię jeśli jesteś pizdą
By cię zniszczyć na tym bicie
To mistrzowski rap nie wyciek
To czysta energia, którą chłoniesz prosto od nas
Masz tu szereg postaw od początku już do końca
Atak jak riposta P.D.G. , P.T.P. zostaw
Jeśli boisz się poparzyć, bo to od nas dziś jest postrach

Jako za cyce na glebę cię powalić
Dla takiej bandy skurwysyńskich graczy nie ma skali
Wszystkie mordy i hardcorowy rap
Toruń, Poznań się jednoczy, teraz to fakt
Tak, wykrzywiasz mordę, ja mam za sobą hordę
Ludzi, którzy siedzą w tym od lat więc zamknij mordę
Możesz się tylko wkurwić, bo giniesz w kłębach dymu
Prosta maksyma - życie według zasad, skurwysynu

Najlepsi zawodnicy z Poznania i Torunia
Połączyli siły, a ty się kurwo tłumacz
Jest nas jeszcze więcej i uderzamy prędzej
To rap, który buja w miastach ulicami wszędzie
To rap, który jednoczy jak gadam, ty wiesz o czym
Kilku skurwysynów robi rzeźnię, przejrzyj na oczy
To track, którym miażdżymy i nabijamy ostro
Miłość do muzyki, wysłuchaj tego głośno

Zachodni wiatr wieje, w okno betonowe lasy mokną
Pod nowym horyzontom z Poznania do Toronto
Frajerów paraliżującą myślą istotną
Nie sprzedać rapu nigdy dotąd nigdy odtąd
Mam to czego oni nie dotkną, puszczam do lasu, niech połkną
Czegoś nie czają, nie cofną, DJ'om daj, niech to potną
Mógłbym koalicjantom Baccardi z colą i fantą
Nie jest mi szkoda, bo warto, to prawdy szkoła, siemanko
Niezłą dolą i mantrą, płynę gondolą z mą bandą
Ponad betonową dżunglą całą noc dartą złem
Lecz od startu wiem po co nam to znowu
Hip-hopowy most między Poznaniem, a Toruniem!!
Ja pamiętam to jak dziś, młody Ryś nie Richy Rich,
Ten Ryś, co nie miał nic prócz muzyki, która dziś,
Rozbrzmiewa w całym kraju, bo na hiphopowym haju,
Dzieciaki wyrastają, na koncercie nas wspierają,
Tu gdzie Pete Rock i Preemo był Ci obcy w dawnych czasach,
Większość z was robiła w nocnik albo chill w innych klimatach,
A hiphopowy tata chłonął muzę na piratach,
I zapragnął to robić – i tak powstał Slums Attack,
W poszukiwaniu stylu i w doskonaleniu skill’ów,
Zleciało kilka lat, które wspominam miło,
Pieniędzy z gry nie było za to była wielka wiara,
Przekonanie o słuszności tych działań, gra gitara,
Ta cala nasza wiara Jot do E dzielnica cała,
Nas wspierała i do dzisiaj docenia te starania,
Wkład w tę kulturę, powiem śmiało ja to hip hop,
Inaczej na to patrzy ten, co mu nie wyszło,
Pierdolę towarzystwo z cyklu branżowe niuanse,
Wolę tutaj dograć nową dobrą szesnastkę,
Wiem, co to szacunek, bo go mam pierdolę łaskę,
Bo tu u siebie w mieście jestem kimś – chcesz to zaprzecz,

Ref:
Ile to już lat?
Tak!
Ile to już lat?
Piętnastak!

Ile to już lat?
Tak!
Ile to już lat?
Piętnastak!

Ile to już lat?
Tak!
Ile to już lat?
Piętnastak!

Ile to już lat?
Tak!
Ile to już lat?
Piętnastak!

Te foty, te wałki identyfikatory,
Wszystkie klipy hiciory, klimat koncertów chory,
W tekstach cały życiorys, zbiór przeżyć wewnętrznych,
Rap atak zręczny – to hip hop nie Manieczki,
Ciągłe wycieczki polskie miasta mniejsze większe,
dziury zabite dechami, w których bywało śmiesznie,
ryje pocieszne, co wspierają na koncertach,
tu mowa o skurwielach i o pięknych kobietach,
a kolejny etap to opcja zagranica,
Praga Londyn Dublin i hip hopu stolica,
Nowy York, co zachwyca, w którym jest dla nas miejsce,
Pozdrowienia dla ludzi, których spotkam na koncercie,
Znów będzie nieźle, cofnij się o cztery lata,
Gdy arena w rytm bitów w szwach cała pękała,
Zrób pierdolony hałas, bo ten sequel jest naprawdę,
Pieprzone lat piętnaście, trzymam pion, choć to nie łatwe,
Bywało różnie, gra za zwroty marne siupki,
Myśleli ze półgłówki zechcą wyżyć z tej jałmużny,
I gdybym był próżny bym nawinął, że to wszystko,
Tymczasem to początek – sprawdź ludzi, którym wyszło,
Niejedne wydawnictwo te kontrakty i wytwórnie,
Na płyty patrzę dumnie a na nich tylko splunę,
Pieprzę fortunę, którą wy myślicie, że mam,
Bogactwo w trackach, które śmieć nazywa ściemą,
Od pieprzonego demo po następną płytę przełom,
Spróbuj tak zrobić żeby Ci się działo dzieło,
By całego Cię pogięło, byś przeżył to naprawdę,
To stara szkoła rapu – rymy, bity, życie sprawdź mnie!

Ref:
Ile to już bracie lat?
Okrągłe lat piętnaście,
Ile to już siostro lat?
Piętnastak sprawdź to właśnie,

Ile to już bracie lat?
Okrągłe lat piętnaście,
Ile to już siostro lat?
Piętnastak sprawdź to właśnie,

Przez płyty do tekstów z winylami na deckach,
97 Eskulap, każdy z was na to czekał,
Wcześniej 95, molo Sopot wszystko Si,
Gram, że w rapie jest siła a wraz ze mną Ice T,
Warto żyć dla tych chwil, kiedy Run DMC,
Przy wsparciu JMJ’a robią gnój Rest In Peace,
Dużo by wymieniać że poznałem w tych klimatach,
Niejednego brata, który kuma temat ha ha,
Niejedna draka – bitwy, ploty, legendy,
Zła sława, która kręci tych z ulicy odpowiednich,
I wuch taka wali by frajerów rozwalić,
Tym stażem się chwalić tak jak alfons kurwami,
Pieprzyc to, co o nas mówią, jesteśmy ludźmi z pasją,
Nie ma takiej opcji żeby zapał nasz miał zgasnąć,
Nieprzychylni nam będą wciąż dołki kopać,
Nie czas się tym przejmować, więc nie przejmuj się tym chłopak,
Ogrom pracy uszanować zdołał tu niejeden ziomek,
I każdy z nich powie: Rych to od hiphopu człowiek,
Reszta to bzdury – głupoty nieprawdziwe,
Jak to, że Popek z Firmy mi zajebał w łeb w Londynie,
To ja i moi ludzie, dziwny jest ten świat,
Mamy swoją misję na następnych parę lat,
Adziu, Decks, Glon i Gandi – pozdrowienia dla tej bandy,
To SLU gang styl i kolejny rok piętnasty,
Pozdro dla tych wszystkich, którzy byli z nami wraz z tym,
Pozdro dla tych wszystkich, którzy byli z nami wraz z tym...

Taa,
Dziękujemy Wam wszystkim,
Za to wszystko, za co można Wam podziękować,
Tak, respect, respect...
Jeśli masz kłopot z odnalezieniem drogi, nie patrz już na znaki,
wsłuchaj się w przestrogi, ten świat wrogi niejeden umysł zniszczył,
jak szuja przechytrzył i padasz przegrany, Twój los nie jest znany, boś helu konsumentem,
niebawem Święto Zmarłych będzie Twoim świętem, wielu ludzi z talentem przepadło i nie wróci
choć ta wiadomośc smuci, niech cuci ludzi w cugu, ciągle skąpani w długu
i w nieustannym strachu, zaprzestań idioto ściągania z głównych gmachów,
ten towar przecież zniszczył już tysiące dzieciaków,
spójrz w przyszłość i zobacz co Cię czeka,
drżąca ręka człowieka i przerażone oczy,
nie jeden już na prostej, choc wcześniej z toru zboczył,
po kruchym lodzie kroczył, lecz teraz znów na brzegu,
przecież nie startujesz po to, by nie ukończyć biegu,
ja ukończę, zawsze dumny z tego co posiadam,
z życiem się zmagam i o litość nie błagam,
szczerości się domagam, bo sam też jestem szczery
skąpani w czarnym słońcu pokonamy bariery.

Czarne słońce unonszące się nad nami,
nad domami naszych rodzin z zasadami
ciągle do przodu, a z tyłu gdzieś przegrani
ja idę w parze z marzeniami. (2x)

Kiedyś nie wiedziałem, ale teraz się z tym zgodzę,
wiem, że pieniądz wróży pasmo niepowodzeń, też po tej ziemi chodzę
i zwodzę czarne myśli, wokół same wałki, każdy każdego czyści,
schwytani przez zawiści sieci, a w psychice jak zarobić wbrew logice i rozsądku
jak wyznaczyć sobie drogę do majątku,
przecież pieniądz to myśl każdego wątku teraz,
nie zadajesz tego, też myslisz o tym nie raz
i zbierasz plusy i minusy w sercach bliskich,
szacunek dla Was wszystkich za to, że tu jestem,
dla ludzi z gestem za to, że pomogli byli i nie zwątpili w ciężkich chwilach,
gdy los się nie przychylał i szalały burze,
takim ja Wy zawsze słowem służę.

Czarne słońce unoszące się nad nami,
ja przecież wiem, że zdam życia egzamin,
choć często los kolcami swymi rani
dobijemy do brzegu, choć przez nurt nękani. (2x)

Moi przyjaciele w zachodnich samochodach, obwieszeni w licie, wciąz tępią złego wroga,
lecz, gdzie była ręka Boga, kiedy problem sie pojawił,
szaleniec z bronią w ręku nie wachał się i zabił
długo nie zabawił, bo sam skończył marnie,
Gie Er O Cha Ó W brzmi nieobliczalnie,
czasem w skutkach fatalnie, bo los nas nie oszczędza
i spędza sen z powiek i sen z powiek spędza,
znów bezlitosna walka, gdy w progu stanie nędza
każdy to stwierdza i poświęca sie codzień,
każdy przechodzień chce godzień być szacunku,
chce być niezależny, wiec zmierza w tym kierunku,
skurwysynu - też bądź pewien swoich czynów
i ucz swoich synów, że wtedy w oczach tracą, dy sprzedają swą dupę tam,
gdzie więcej zapłacą
ja szczycę się swą pracą i szczycić się nią będę,
trzeźwo patrzę w przyszłość, choć czasy są bezwzględne,
tak jak te czasem dobrze, a czasem ciepło grzędne?
i wciąż przez drogi kręte i przez tysiące zdarzeń
a towarzyszem naszym zmęczone wokół twarze
rajd do spełnienia marzeń i życiowych zachcianek,
lecz czy łaskawy los otworzy szczęścia bramę,
idąc w nieznane, z czasem sie dowciecie
po której stanąć stronie, by żyć w realnym świecie.

Czarne słońce unonszące się nad nami,
nad domami naszych rodzin z zasadami
ciągle do przodu, a z tyłu gdzieś przegrani
ja idę w parze z marzeniami. (2x)
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo