Popularne piosenki. Polski Hip Hop

On potrzebuje kolejnej dawki uśmiechu synka,
Gdy siedzi w biurze chce być tylko trybem w maszynce,
Nie myśleć, odbębnić i wrócić do domu,
Zadzwoniłby, ale do tak małych dzieci się nie dzwoni,
Kiedy go przytula, mówi czule ale nie szczepiocze
To jego syn, jego duma krew i oczy
Jedna noc w delegacji - jest na skraju depresji
Uzależniony ojciec choć nie ma nic z bestii
Ona potrzebuje kolejnej dawki kontroli,
bo dziś jej mąż się spóźnił nie wyraził złej woli
Po prostu korki parking i stad ten kwadrans
Ona projektuje misternie kolejna jazdę
Jak mu urządzi dzien milczenia, postu, noc chłodu
Poranek hieny głodnej złych emocji
On jest jej sterydem, ona ludzka strzykawką
Uzależniona od wyżycia się, chce kolejnej dawki

To zła substancja rodem z piekła,
Bardzo łatwo uzależnisz się,
Klaruje mi specjalistka wściekła
Lecz musi po tej samej bieżni biec,
Facet, pieniądz, poczucie bezpieczeństwa,
Które z tych pojęć pani ćpa?
Nie tylko alkopoligamia uzależnia
Odstaw swój nałóg na dzien lub dwa

On potrzebuje kolejnej dawki nowej zdobyczy, rzadziej bitches
Lubi te oporne przechwyćić, kiedy osiąga skupienie,
A wrażliwy duch - wydaje mu sie wolny,
Przez chwile oddech wszystkich dup
Starczy bilboard, dekold, szczegół, kącik ust,
Szpilki, cos co zauważy w biegu
I to jak kropla krwi dla rekina szaleje,
Nocny seans wiesza trofea, lecz szcześliwy nie jest
On potrzebuje kolejnej dawki zakup legalny
Telewizor aparat choc funkcji w nim nie ogarnie
Gdy zaprasza Cie do domu słuchasz litanii,
O obrazach nowych meblach Omegach, Armani
Sie nie chwali mowi o tym jakos dobrodusznie
Choc wie ze bez nowego i pada nie uśnie
To nie pieniadze na zycie a hajs na zbytki
Bez niego myśli ze jest nudny, slaby i brzydki

To zła substancja rodem z piekła,
Bardzo łatwo uzależnisz się,
Klaruje mi specjalistka wściekła
Lecz musi po tej samej bieżni biec,
Facet, pieniądz, poczucie bezpieczeństwa,
Które z tych pojęć pani ćpa?
Nie tylko alkopoligamia uzależnia
Odstaw swój nałog na dzień lub dwa

Ona potrzebuje kolejnej dawki, tak jakoś wyszło,
Że pije codziennie choc zwykle jedno piwko
Jest towarzyska, pracuje dosc intensywnie
Wiec chyba nic w tym zlego, ze kiedy dzień minie
Ma swoj maly rytuał lepiej śpi później,
Lepiej myśli o jutrze na życie nie bluźni
Przy tej swej wesołości nie zweszyla problemu,
Lekarz spytał o trzezwy dzien - całkiem dwa lata temu ...
On chce kolejne dawki, wszak nie czyni zla
Informacje sa za darmo i wcale nie widzi jak
Potrzebowal dwoch stron kiedys i to z rzadka
Dzis ma tyle kont na portalach ze gubi hasła
Czesciej patrzy w laptopa niz w oczy,
Komentuje wydarzenia jeszcze zanim się skonczy
To nie leb 2.0 to cyborg i ssie go nałóg
I nie wiem czy to jeszcze czlowiek czy już katalog?

To zła substancja rodem z piekła,
Bardzo łatwo uzależnisz się,
Klaruje mi specjalistka wściekła
Lecz musi po tej samej bieżni biec,
Facet, pieniądz, poczucie bezpieczeństwa,
Które z tych pojęć pani ćpa?
Nie tylko alkopoligamia uzależnia
Odstaw swój nałog na dzień lub dwa

Dzien lub dwa, odstaw swoj nalog, trzymaj sie z dala od mojego
uzależnienie jaka jest definicja? Gdzie sie zaczyna? hmm
z grubsza chodzi chyba o to zeby wybrac takie ktore najmniej krzywdzi innych
Nie mogę opisać co teraz czuję,
Świat oszalał, krzyczy przez ciszę,
Ktoś mnie oszukał, przecież widzę,
Nie powiem, jest mi źle, ale dobrze żyję.
Dałem Ci więcej niż tylko wersy, ja sprzedałem duszę ,
Oddałem wszystko, nie byłem pierwszy dla Ciebie,
Doskonałe wiem to,
Choć odejdę to czuję że będziesz zawsze blisko.
Byłaś mistrzem emocji, manipulacji,
Nie liczyłem dni, ile poświęciłem pasji,
Kartka za kartką, oddałem Ci ich mnóstwo ,
Oddałem godność, honor, swoje nazwisko.
Zaraziłaś głowę - co mi teraz powiesz ?
Że masz gdzieś wołanie, bo co Cie obchodzę,
Pewnie dam sobie rade, wstanę na pewno,
Ale po co to wszystko te słowa wzniosłe ?
Przecież jak chcesz, to się wyniosę,
Przecież jak chcesz, to ja to skończę,
Przecież nie jesteś tutaj wbrew własnej woli,
Jak chcesz możesz nawet to roztrwonić.

Ref.
W taką ciszę, wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę.,
Ciebie wołam, ale cisza i pustka dookoła.
W taką ciszę, wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę,
Ciebie wołam, ale cisza i pustka dookoła.

2.
Myślałem, że w miłości nie ma limitów,
Nie ma agresji, chwytów poniżej pasa,
Nie ważne jaka jest, ważna jest prawda,
Ale coś to nie zagrało, to były tylko kłamstwa.
Nie mieliśmy się wahać, nie mieliśmy niczego,
Mieliśmy siebie, czułem to nic złego.
Poddałaś się pragnieniom, które chciałem zaspokoić.
Co strzeliło Ci do głowy, żeby mi to zrobić,
Mój świat się nie zawalił, choć jest mi przykro,
Chyba nie myślałaś, że to będzie trwać wieczność ?
Przecież sama chciałaś - to nie moja wina,
Traktowałem Cię poważnie, Ty się mną bawiłaś.
Teraz po co przypominać, tak nachalnie
Tak to było wtedy, bo to nie aktualne,
Poszliśmy w niebyt, nie będę tkwił w tym bagnie,
Oddałem Tobie życie, Ty co zrobiłaś dla mnie ?
Chyba mam już dość przeszłości i Ciebie,
Ileż można dawać szans na przebudzenie,
To już nie jest ważne i chce Ci to powiedzieć:
Odejdę z tą muzyką będzie nam lepiej.

Ref.
W taką ciszę, wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę,
Ciebie wołam, ale cisza i pustka dookoła.
W taką ciszę, wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę,
Ciebie wołam, ale cisza i pustka dookoła.
Czas to puścić w miasto, te numery jak lotka
Nie oczekuję szóstki, sukcesy liczę w piątkach
Dla tego co się spóźnił - bomba - leci pod piwo
Ktoś tam - za wcześnie odpadł jak Michael'owy kinol
Dziś każdy chce nawinąć, staram się przyzwyczaić
Do typów co jeszcze mylą skillsy ze skitelsami
To trzeba robić latami i mieć pojęcie
Dla niektórych ziom jest za późno na za wcześnie
Czas podnieść ręce w górę i zrobić hałas
Ten rap jest dla podwórek tak jak one są dla nas
To solo Chada plus przekozaccy goście
Kto wywołuje burzę musi liczyć się, że zmoknie
Jak wbijamy na koncert sztuki są w transie
Ich typy już wiedzą - chuj z pierścionkiem i hajsem
Za późno by wyjść, a jest wczesna godzina
To Chada, Pysk i Chwed pierwsza liga

[x2]
Za późno na za wcześnie
To idealny moment by pojawić się na mieście
Za wcześnie na za późno
Nareszcie godzina duchów, wybiła północ

To rap co daje ludziom na ulicach siłę
Dzisiaj uwierzysz w to w co wczoraj nie wierzyłeś
Nocna sceneria, temperatura wzrasta
My na ulicach wraz z muzyką miasta
Ty nie dorastasz nam do pięt ze stylem

Moi ludzie są ze mną tak jak we krwi promile
Naciskam gaz i odjeżdżam z piskiem
Takich jak wy mamy tu długą listę
Teraz wraz z Pyskiem, Chwedo i Chada
Tak naprawdę koleżko to chuj wiesz o układach
Wciąż się wspinamy na szczyt sukcesu
Te wersy lamusom dają powód do stresu
Przejmujemy kontrolę, odbieramy nadzieję
Wszystkim tym niedowiarkom teraz w oczy się śmieję
Mamy najlepszy towar przemycany na trackach
W górę ręce i piątka dla każdego dzieciaka

[x2]
Za późno na za wcześnie
To idealny moment by pojawić się na mieście
Za wcześnie na za późno
Nareszcie godzina duchów, wybiła północ

Dla niektórych jest za wcześnie
Bezbronnie jak niemowlę
Jestem jak odkurzacz w waginach ich matek
Za późno na pierwszy oddech
Na próżno szukają pomocy, mają problem
Mylą ze sobą słowa progres i pogrzeb
My mamy się dobrze, świecimy jasno w tym mieście
Jak pochodnie z naszej winy ten pożar gasną zbyt wcześnie
Dla nas ta gra nie ma tajemnic, czysta łatwizna
Chcesz czytać jej pamiętnik? ja czytam jej w myślach
Dzieciaki chłoną ten rap, siła jest w słowie
Lejesz wodę? nikt nie słucha?
Widzisz tutaj kogoś z wodogłowiem tutaj?
Nie ważne czego człowiek szuka
Ważne by trafić do ich serc i głów i to jest sztuka
Dla nich za późno by wrócić, dla nas wcześnie by odejść
Czas daje nam żyć, a was trawi jak ogień
Jestem bezlitosny jak on? to jest ich sporo
Za późno na za wcześnie, Pysk, Pysk i Chada solo

[x2]
Za późno na za wcześnie
To idealny moment by pojawić się na mieście
Za wcześnie na za późno
Nareszcie godzina duchów, wybiła północ
[Teraz start]
Właśnie brat włączyłeś start, to jakbyś zajebał kreskę
Masz tu znów najlepszy rap, wciąż nawijam jaki jestem
To jest C.H.A.D.A biorę swoje, więcej nie chcę
Kurwy płaczą aż po grób, przełamuję życia bezsens
Mogłem zwątpić już nie raz, rzucić wszystko, iść na całość
Nie zrobiłem tego brat, choć niewiele brakowało
Może mógłbym być lepszy, kiedyś nie tykać cracka
Teraz miała byś pewnie lepszy model chłopaka
Ziomuś nie ma co płakać, tu stawiam swoje kroki
Nie jak ten pseudo gangster w dupę jebane Scofield
Tylko ja i te bloki, no i kurwa muzyka
Wypuszczam biały dym, jak pieprzony Watykan
Znowu Chada w głośnikach, nie podlegam nikomu
Nie dla tych, których matka nigdy nie puszcza z domu
Do tego mikrofonu mogę pluć całe życie
Weź mi powiedz jak mogłeś jeszcze tego nie słyszeć

Dam Ci ból, dam Ci strach, dam nieprzespane noce
Powiedz sam kto przychodzi tutaj z najlepszym sztosem
Jestem głosem ulicy, który nie mówi szeptem
Słuchaj brat, jak nie dziś, to się złapiemy w piekle
Nie upadnę na pysk, wiem że nie jestem święty
Mogę walczyć na hajs, mogę na argumenty
Znowu nawija Chada, pieprzyć litery prawa
Musisz wstać i iść dalej, albo wcale nie wstawaj
Jestem z tych, którzy wstają i zaczynają biec
Patrzę w tył, no i widzę w pizdu złamanych serc
Setki wylanych łez, co mam kurwa przeprosić?
Dobrze wiem, że inaczej się do tego odnosisz
Jak mam się tym przejmować i nawijać makaron
Skoro kurwa od zawsze ziomuś dranie tak mają
18 lat w grze chociaż różnie się miewam
Jebać to, idę teraz dumnie w tych infraredach

Bieda tym internautom, ktoś za plecami psioczy
Jak on musi się bać, skoro nie powie w oczy?
Ta płyta to unikat, ja nie śpiewam, rapuję
Ta korona w tym logo, przecież zobowiązuję
Jakiś śmieć spekuluje, ja pozostaje szczery
Znów przelewam emocje na ten format A4
Nie idę po omacku, omijam linię proszku
Choć przeraża mnie czasem spektrum tych moich wniosków
Ja nawijam po polsku, jestem kurwa polakiem
Naszej ziemi nie oddam, nawet za gruby papier
Kiedy mówię, nie ziewam, znów zapraszam na rejon
Mam te wersy, co nigdy w życiu się nie starzeją
Otwieram Twoje drzwi, zapadam Ci w pamięci
Dorabiałem latami, do nich klucz dobrych chęci
Już dawno powiedziałem, doceniam to gdzie jestem
Tak serio powiedziawszy na życie mam obsesję
Budzę się, budzi mnie, budzik nie, ludzi zgiełk,
To zły sen odbiera tlen, ucisz dźwięk ludzkich męk
Uśpij lęk, bo w tym sęk, czuję, że się wypalam
Nie do przebicia skała, bo nie do życia ten palant
Przecieram oczy, desperat po nocy chce pomocy
Syzyfowy głaz się toczy, ciągne losy, ciągle posyp
Pali gleba, z towarem biegam dla chleba
Raj zabrała nam Ewa, grzech opiewam, ja to dewiant
Zdechnę to w piekle mam miejsce zapewne pewne
Niepewne szczeble kneble ze mnie zdjęte kroczę we mgle
Orędzie w obłędzie, reguł dekret, oto przekręt
Oto sekret, że defektem, efektem, to jestem ścierwem
Według litery prawa- giwery dawaj, napad na bank
Zamach na świat, kara dla psa, parada trwa
Trafia mnie szlag, trafiam na szlak, układam plan
Znów upadam tam, nie ufam wam, zostaję sam

Życie opisywane tysiącami liter
Zalane falami bitew
Momentami jadowite
Skalane problemami
Życie opisywane tysiącami liter
Zalane falami bitew
Momentami jadowite
Skalane problemami

Spoglądam w duszy głąb- duży błąd burzy spokój
Wróży wron z różnych pokus, słyszę gong jestem gotów
Mrok widzę wokół, widzę zło, czuję niepokój
Nie prowokuj, bo w amoku może dojść do kłopotów
Czekając na wyrok wykonuję moje ruchy
Poznałem ciebie, żmijo, specjalnie nie czuję skruchy
Nieraz życie satyrą zgotuje droge do puchy
Niosę ze sobą kilof, który rozjebuje mury
Załóż moje buty zobaczysz czy bedzie ci wygodnie
Jesteś zepsuty? Jeśli tak to wejdziesz w nie spokojnie
Znasz te nuty to tym samym zagrasz dźwiękiem melodię
Jestem wczuty, w ludziach dostrzegam z wiekiem parodię
Nie jestem miły, żaden ze mnie pan gentleman
Bliżej mi do piły, na złą drogę zszedł superman
W codzienności widzę ferment, bezczelności mam oręże
Szydzę się, brzydze mam niewyparzoną gębę

Życie opisywane tysiącami liter
Zalane falami bitew
momentami jadowite
skalane problemami
życie opisywane tysiącami liter
zalane falami bitew
momentami jadowite
skalane problemami

Panie, proszę już wystarczy, nie wystawiaj mnie na próby
Nie zniosę, nie mam tarczy, nie doprowadź mnie do zguby
Ten człowiek cały czas walczy w sobie z demonami
Cios za ciosem, jestem twardy broń wyceluj, niech wypali
Po drugiej stronie będę czekał przy piekielnej bramie
Twoja dusza spłonie to przyrzekam, zostaw testament
Hipokryzja, ślepota, jedna wizja to Golgota
Zła decyzja to jest nokaut, ojczyzna moja droga
Słyszę głos- mam omamy, słyszę wprost go ze ściany
Moja złość, jestem cwany, taki los jest mi dany
To mój ból, który zamieniam w arsenał
Wokół stóp trzęsie się ziemia, szerzy się epidemia
Na granicy psychozy- wielu z nas z tym się zmaga
Urzędnicy to pasożyt, dla nas czas to zagłada
Wymaga zasada, wkrada zdrada, szmata pada
Defilada nagada, napada go równowaga

Życie opisywane tysiącami liter
Zalane falami bitew
Momentami jadowite
Skalane problemami
Życie opisywane tysiącami liter
Zalane falami bitew
Momentami jadowite
Skalane problemami
Szaleństwo na kartkach, skoki po trackach
potem nocą po dachach, po tym jak mrok zapadł
kolejny krok w ciszę nocy metropolis
zamykam oczy i skaczę w mrok, czas nagle stoi

pewny, odbijam się od dachów kamienic
naprzód demonie, proszę - nieś mnie w przestrzeni
kipi testosteron, wersy przynosi Erato
biorę życie pełną garścią - inaczej nie warto

jeden z tych co wybrali wolność, bawią się formą
taki, który na bank zrobi to, czego nie wolno
twórczość ucisza, demony chcą broić - broją
lecz na tyle, ile chcę im pozwolić

emocje, zero demagogii, poczuj nastrój
ty słuchawki, ciepły deszcz, wiosna w parku
lekki byt stał się znośny, samotność ucichła
czuć zapach sosny, ty też lubisz tak znikać jak ja

odpocznij, załóż słuchawki, idź do parku jak ja
weź kartkę, napisz tekst, nagraj płytę jak ja
jeśli dusza nic nie tworzy to jest nic nie warta
głupia zbrodnia na sobie, obojętność i apatia

Ej, rusz się, świat nie czeka
jeśli świat cię nie obchodzi, zbudź się, każdy umie narzekać
lenie - większość czeka i niby po co? nie wiem
nasz los leży przecież w naszych rękach

jeśli nie dla świata to dla siebie
chyba, że wolisz gnić sam i mówić - w nic już nie wierzę
życie nie daje szans, jadę bez strachu
do przodu, aż koła nie odpadną z samochodu

mam pomysł, piszę, gram, żyję, kocham
nie myślę o przyszłości, bo jestem bliski końca
jestem gotów, wiem, że przyjdzie i po mnie
dlatego spalam się i wstaję z ognia ponownie

każdy ma iskrę, która czeka by ją znaleźć
w każdym plecaku czysta kartka i talent
wolność, a to daje nieskończone możliwości
ale sam siebie spytaj, czy umiesz korzystać z wolności?

umiem czynić swoje smutki muzykalnymi
tworzę piękno i przeżywam je z najbliższymi
świat jest jaki jest, przestałem kogokolwiek winić
tylko ode mnie zależy wynik, bo sam wjeżdżam na finisz

długo szukałem, zgubiłem uśmiech po drodze
kilka osób pomagało podtrzymywać ogień
długo trwało, aż byłem pewien tego, co robię
teraz mam dystans do siebie i do świata koło mnie

siedzę na oknie, a za nim jesień
jestem mocny sobą, ty też, lecz może jeszcze tego nie wiesz
każdy ma iskrę, która czeka by ją znaleźć

z każdym plecaku czysta kartka i talent
zdolność, a to daje nieskończone możliwości
ale sam siebie spytaj, czy umiesz korzystać z wolności?
Dziękując za udany dzień, idę tam gdzie tłok i hałas,
po drodze jakaś pała w mundurze się przyjebała,
chuj z tym, jestem na miejscu wchodzę do środka, (Ja i cały mój skład)
wiesz, że mnie tam spotkasz, rozegrajmy to po mistrzowsku,
pieprzyć ziomuś skromność,
spójrz na tamtą wygląda jak wycięta z filmu porno,
przypomina osiedlową, ziomek mówi że kurwa,
to proste, że jej biust wyszedł spod ręki chirurga,
ledwo trzyma się na nogach, widać nie czuje tremy,
jedna z tych która wie, co się dzieje z tyłu sceny,
idę dalej, widzę ziomka, choć nie jest późno,
już dosyć, chodzenie sprawia mu sporą trudność,
patrzy na mnie, mówi: „nieco przegiąłem ziomuś”,
dziś wybieram najdłuższą z dróg – stąd, aż do domu,
DJ nie spuszcza z tonu, atmosfera nam sprzyja,
właśnie tu, o tej porze resztę hajsu przepijam.

Dzisiaj zbudził się we mnie ktoś, kto zrywa z umiarem
nie ma jak od czasu do czasu kozacki balet
bawmy się brat, nie jesteśmy tu za karę
ten kawałek dedykuje ludziom zebranym pod barem

Pójść do domu i się wyspać, mam nieco inne plany,
jutro znów ten moralniak i te pieprzone stany,
najebany jak nigdy, w sumie o nic już nie dbam,
no i stało się kurwa, abstynencja poległa,
jakiś typek podbija oczy ma niczym sowa,
pewnie chce się zziomkować, znowu się nafutrował,
zbywam go jak potrafię, pierdole taki schemat,
nie chce kurwa dziś słuchać o niczyich problemach,
w sumie nie wiem co piję, czuję się jak na fali,
barman znów udowadnia pseudoprofesjonalizm,
rezydenci lokali walą gorzką na szklanki,
to już czas, żeby wstać i poszukać kochanki,
chyba zgubiłem portfel i posiałem gdzieś klucze,
kurwa mać, kiedy ja się tych nawyków oduczę,
jutro znowu to przeklnę, znowu będę żałować,
nastał czas żeby znowu z wódką się zmeetingować.

Dzisiaj wzbudził się we mnie ktoś, kto zrywa z umiarem
nie ma jak od czasu do czasu kozacki balet
bawmy się brat, nie jesteśmy tu za karę
ten kawałek dedykuje ludziom zebranym pod barem (x2)

Znowu pokpiłem sprawę i ruszyłem w ten balet,
jak tak dalej ziom pójdzie, zostanę sam jak palec,
ja i moi ziomale, znowu leje się czysta,
nie opisał by tego żaden felietonista,
i kolejna kolejka, każdy już nawalony,
no a w domu, w szufladach po terapiach dyplomy,
ja nie szukam tu żony, nie bądź taka aktorka,
bardziej skupiam się na tych amatorkach rozporka,
ledwo dyszy wątroba i poddaje się serce,
czasem lubię pozwolić sobie na wiele więcej,
chwile mijają szybko, każdy dziś jest wygrany,
ziomuś zasnął gdzieś przytulony do zimnej ściany,
jak narazie w to wbijam, jutro to odchoruję,
od tej wódki to czuje, że już wzrok mi szwankuje,
co ty mówisz koleżko? Jaka etopiryna?
Tu ból głowy załatwia się za pomocą klina.

Dzisiaj wzbudził się we mnie ktoś, kto zrywa z umiarem
nie ma jak od czasu do czasu kozacki balet
bawmy się brat, nie jesteśmy tu za karę
ten kawałek dedykuje ludziom zebranym pod barem (x2)
[Peja]
(Round one, "hadzime")
Masz tu liryczną zadymę
Prawdę będę głosił, spontaniczne masz "okosi"
Atak ponawiam, za brutalność łapię karę
Złapię cię za moment i zdobędę "wanzaj"
Sprowadzony do parteru przytrzymam cię parę sekund
Pora na duszenie, czy wytrzymasz na bezdechu? (mate)
Sędzia przerywa znam komendę
Poprawiam czarny pas, który niebawem zdobędę
Mów do mnie mistrzu bo od tego nie odejdę
Mam przyzwyczajenia, nawyki ich nie zmienię
Z dumą się odnoszę, jeśli przegram cię docenię
A na razie prowadzenie, poszarpana judoka
"Onomato" na podium z wiarą w siebie i Boga
Tak było dziesięć lat temu
Teraz z mikrofonem dla ludzi podczas jamu
Matę zmieniam na podest, skład sędziowski na dj-ów
I dalej walczę, uruchamiam wyobraźnie
Minął czas młodzieńczy i sny o olimpiadzie
A ja na tym podkładzie przypominam, że jestem
I nie tylko ręki gestem, także kanonadą snów
Chcesz coś mówić to mów, mistrz powrócił ma się zdrów

Ref.: Konsekwentnie zamykałeś przede mną każde drzwi
Jak mogłeś przypuszczać, że zabraknie mi sił
A tu pokłady energii w jednej chwili uwolnione
Teraz my jesteśmy górą decyduję co wybiorę, co wybiorę
Ochłapy nie dla mnie, myślisz, że gadasz z baranem
Nikt z was nie przypuszczał, że otworze drzwi taranem

[Peja]
Jestem dumny z bycia MC, nie ukrywam, że mam talent
Wykorzystam go w pełni pomimo wad i zalet
Bliżej mi do króla bo przeciętniak to walet
Z aspiracją na asa, z jokerem stworzę parę
I kilka przechwałek, wszystko mam poukładane
Na ławę nie zejdę nawet gdy dostanę karę
Rezerwowy ze mnie żaden, jak rasowym napastnikiem
Czuje w sobie straszną parę, widzisz mnie na piedestale?
I słusznie się chwale, cudze znam, lecz swoje wale
Pokerowe mam rozdanie, już przegrałeś, parol w banie
Kolejny raz agentus na rap dawno "onomato"
Jak akcję terminator, nic nie poradzisz na to
Możesz tylko nazwać szmatą, wtedy gotuj się na bitwę
Rymy lub starcie fizyczne, w strachu bełkoczesz modlitwę
I nie dasz nam rady i tak dla zasady
Pokażę ci, że głowę mam nie od parady
Pokażę ci jak moim wykonaniu zabrzmią słowa
Tylko ja jeden potrafię tak artykulować
Wyraz dźwiękonaśladowczy, "onomato" weź zobacz
Posłuchaj i się przybij i przestań dyskutować
To onomatopeja rapu polskiego nadzieja
Przełożeni MC na polskiego wodzireja
Odebrana ci nadzieja na zwycięstwo, znasz ten temat
Marzą ci się zyski, sława, teledyski
Ile sprzedaż z promocją, dwóch koła jesteś bliski
Powiem ci jedno, kurwa nic nie znaczysz dla mnie
Chciałbyś tworzyć niezależnie, byś wyglądał bardzo marnie
Peja K, szykuj zapadnie, pętla mocno zaciśnięta
Powtórz modlitwę, weź żarliwie się przeżegnaj
Masz ostatnie życzenie, wszystko o co poprosisz
Poza jednym ocalenie, nie ma szans, a me sumienie
Pozostaje bez zmian, jest nieczułe na twą zgubę
I przegraną jak rubel, stoisz nisko w kantorach
A tu zmora, kamora, wolno stylowa szkoła
Egzekucję czas wykonać
Dziesięć, dziewięć do jednego, do zera, mniej nawet
Tyle się dla mnie liczysz ty twój podkład i alfabet
Mam więcej mocy, więcej pary, więcej sił i zalet
Ekspresja nie balet, brak mi salonowych zasad
Wciąż nie ułożony inteligent bez szkoły
Z posmakiem peneriady, bez skazy typu zdrady
Full emocji bez przesady, wraca potforna pewność siebie
Więc nie montuj barykadu, z marszu wszystko rozjebie
Z marszu rozpierdole wszystko, każdy zna moje przezwisko
Które zwycięstwa jest blisko
Życie to boisko i nie każdy tu gra czysto
Jak dawał Wiśniowy Ski Składu druga połowa
Mocny jak Żołądkowa po której destrukcja hotelowa
Lampka raz uruchomiona samoczynnie już nie skona

Ref.

[Doniu]
Konsekwentnie zamykałeś przede mną każde drzwi
Jak mogłeś przypuszczać, że zabraknie mi sił
A tu pokłady energii w jednej chwili uwolnione
Teraz my jesteśmy górą decyduję co wybiorę, co wybiorę
Ochłapy nie dla mnie, myślisz, że gadasz z baranem
Nikt z was nie przypuszczał, że otworze drzwi taranem
Każdą bramę, każdą pieprzoną bramę (you lose)
Ta, DeOeNIU, Ski Skład, Peja, dwa zero zero jeden, Doniu
ref.
Ile razy to słyszysz?
Życie, samotność w ciszy
To czego sam się boję
Ja i ty, spóźnieni kochankowie
Kiedy słowa nic nie znaczą
Kiedy anioły płaczą
Wpół otwarte oczy, między snem a czuwaniem
Pozory, nic już nie jest tym czym się wydaje [x2]

1. Ej kobitko, proszę, nie bądź taka smutna
Obiecuje, zapomnisz o mnie do jutra
To, co piękne - już minęło, to co złe - się zakończyło
Życie zabiło tą miłość
Noc łka po cichu, tak jest tu
Miejsce w łóżku puste, ale ciepłe od twojego snu
Milczenie, które tak dużo mówiło, nic już nam nie powie
Ja i ty, spóźnieni kochankowie
Na twojej buzi łzy, jak na niebie krople gwiazd
Nie zatrzymasz tego, zły wiatr wieje nam w twarz
Wilgotnych oczu blask, tego nie zmienia
Pocałunkami nie zmusisz mnie do milczenia
Daj mi spokój, zostaw, puść mnie
Nie potrafię odpowiadać uśmiechem na uśmiech
Wiem ta melodia zabija serca
Zobaczysz, zapomnisz, czas to morderca

ref.
Ile razy to słyszysz?
Życie, samotność w ciszy
To czego sam się boję
Ja i ty, spóźnieni kochankowie
Kiedy słowa nic nie znaczą
Kiedy anioły płaczą
Wpół otwarte oczy, między snem a czuwaniem
Pozory, nic już nie jest tym czym się wydaje [x2]

2. Mój obraz w twoich oczach powoli blaknie
Puls słabnie, krew krzepnie
Nie pasuje do twojego świata, nie mogę być już tu
Chłopak z bloków, z innego kruszcu
Znam smak krwi, łez, potu
Moi przyjaciele na marginesie mroku
Deszcz mży wilgocią, żalem, smutkiem
Każdy z nas z niepewnym jutrem
Ulice dziś bezludne wypełnia szept słów
Księżyc rzuca mi twój cień do stóp
Wszystko już skończone jest między nami
Nie wymuszaj miłości, nie szantażuj łzami
Zapomnij o mnie, nie ma mnie od teraz
To rzeczywistość ten przymus wywiera
Wykasuj mój telefon-to proste jest, widzisz?
Wczoraj mnie kochałaś, dziś mnie znienawidzisz.

ref.
Ile razy to słyszysz?
Życie, samotność w ciszy
To czego sam się boję
Ja i ty, spóźnieni kochankowie
Kiedy słowa nic nie znaczą
Kiedy anioły płaczą
Wpół otwarte oczy, między snem a czuwaniem
Pozory, nic już nie jest tym czym się wydaje...
Możesz próbować być dla mnie jak porno gwiazda
Nie słyszałaś, Stasiak alko-monogamia król żarcia
Bezpłatna informacja, słuchaj płyt, czytaj wywiady
Ciężko jest mnie złamać, mam zasady co do zdrady
Nie dasz rady, ale próbuj, po to masz sex-appeal
To wyzwanie dla tłumu dziewczyn z miast i wsi
I coś jak familiada, jak konkurs wsadów
Dla tych, co wyznają miłość mailem, gronem, gadu-gadu
Podczas deszczu gradu stój pod moim oknem
Chce kwiatów, wiązanek i nowego Porsche
W łóżku szpagatów, sam na koncie więcej zer
To na darmo, bo i tak nie będziesz jak Izabelle

Mój cynizm nie wynika z tego, że jestem sam
A bierze się stąd, że zbyt wiele ich znam
Dodaje odporności, bo nie jest tak
Że tak na prawdę to nie doceniam dam
Za każdym razem, kiedy widzę jak
Gość robi z siebie durnia dla jednej ze szmat
Mówię jak młody Mes (Pezet też)
Prostuj się i nigdy za bardzo nie zaufaj jej

Kaśka, Zuza, Maja, Natalia
Kiedy miałby nakaz dokonania wyboru pomiędzy nimi
To była by to dopiero batalia, Mes alias T.Y.P.
Lubuję się w sztukach nie widać skali jak dostarczam im migren, wiem
Soraweczka, co? excuse moi Mademoiselle
Myślałem, że jesteś z Piaseczna, a nie z wyższych sfer
I co do tych zer po jedynce, udzielę ci lekcji
Nie inwestuję w kobiety, więc zacznij grzebać w torebce
Ja mogę napisać wiersz, nauczyć myśleć
Rozbawić, pogadać i wziąć pod skrzydła jak pisklę
Jeśli weźmiesz do dzioba to wzajemny system zaufania
Zobacz działa już dekadę na różnych paniach
Chyba, że chcesz mnie poznać, naprawdę wiedzieć, kim jest Typ
Powiedz coś więcej niż - nie jestem jedną z tych
Bądź dla mnie jak Marisa Tomei, Amanda Peet
Przynieść mi osobowość, a nie wstyd

Mój cynizm nie wynika z tego, że jestem sam
A bierze się stąd, że zbyt wiele ich znam
Dodaje odporności, bo nie jest tak
Że tak na prawdę to nie doceniam dam
Za każdym razem, kiedy widzę jak
Gość robi z siebie durnia dla jednej ze szmat
Mówię jak młody Mes (Pezet też)
Prostuj się i nigdy za bardzo nie zaufaj jej

Nie musisz być z Canton jak Venus i Serena
Ale nie mów co za chlejus, co za melina
Bo nie musisz być po dworskiej kindersztubie
Wywożone playerki niech grają w innym klubie
To nie jest olimpiada nie zabieram cię na Olimp
Jeśli do mnie wpadasz, mam dziś melanż na Woli
Poczytam ci dobre książki, pokażę filmy
Ale wyciągnij wnioski, nie mam fury z firmy
Nie szukam tych, co ssą stale, ssą pały
Jedną obdarowałem za to złotym medalem
Jak już jesteśmy przy tej części rozmowy
To ja chętnie zdobędę ten twój brązowy
To nie sport drużynowy ani sponsoring
Chcesz pokażę ci życie, a nie grę z konsoli
Pokażę ci więcej niż tylko swoją bajerę
Masz tremę, nie musisz, ja nie muszę być playerem

Mój cynizm nie wynika z tego, że jestem sam
A bierze się stąd, że zbyt wiele ich znam
Dodaje odporności, bo nie jest tak
Że tak na prawdę to nie doceniam dam
Za każdym razem, kiedy widzę jak
Gość robi z siebie durnia dla jednej ze szmat
Mówię jak młody Mes (Pezet też)
Prostuj się i nigdy za bardzo nie zaufaj jej

Gdyby nie to, że myślisz, że jesteś super sztuką
Bo umiesz ruszać fajną dupą, nie była byś tanią suką
I może nie musiałbym myśleć o tobie tak
I chciałbym zdobyć dla ciebie świat
Ale nie chcę robić z siebie durnia dla jednej ze szmat
Masz plan bejbe, będę z tobą sam na sam, w niebie sam
Nie wiem, co tak może przyciągać ich do ciebie
Może masz fajne cycki, ale nie masz już ciasnej cipki
Na bank, bo zmieniasz typów częściej niż rękawiczki
Nie dam się złapać na tanie tricki, znam je wszystkie wiesz
Szczam na takie dziwki, masz w prezencie mój warszawski deszcz
I nie masz szans na sex ze mną, więc weź go do ust
Ale sprawdź wcześniej gdzieś w necie kim jest Heather Brooke
I nie wiem już co już myślisz o nas gdy jesteś tak zamyślona
Co gdybyś miała pasje i czasem bywała skromna
To mógłbym spojrzeć inaczej i może to by było coś
Ale bądź jak Jennifer Connelly lub Naomi Watts
Nie pierwszy raz o tym pisze, nie pierwszy o tym słuchasz
Browar, lufa proste droższa sztuka, może bucha, dalej słuchasz
A wiesz o czym? Yelonky rap nas jednoczy
I jeszcze tysiąc innych spraw nas łączy
Nie musisz wiedzieć o nich wszystkich
Wzrok bystre, WM, WHO, to jest to
Każdy blok minięty, setki razy już widziany
Chłopaki pod klatkami, społeczniaki i banany w domach
Oddam wszystko co mam by znów tu mieszkać
-ciszej tam bo po policje zadzwonię-
Kurwo nie strasz, bo się ze spokojem żegnam
Miłość jedna, bloki, które nauczyły życia, bycia sobą
Drogą idź tą samą co przed lata nauczano
Chyba dobrze o tym wiesz, prawda leży gdzieś (gdzieś)
Pomiędzy nimi klatkami, uliczkami osiedlowymi
Pomiędzy wieżowco piętrami
Gdzie stoją właśnie oni swoi sami, sami swoi
Słyszysz to, po prostu najbliźsi
Moje słowa, nasze myśli bez nich nic byśmy nie mogli opisać
Dla nich ta muzyka, dzięki nim jest to słuchać
Yelony jak tlen, bez nich nie moge żyć
Bez nich nie moge oddychać
Moje osiedle na którym mieszkam (na którym mieszkam)
Yelonky znam je od dziecka (znam je od dziecka)
Tylu ludzi, o których pamiętam
Moje osiedle od zawsze tu mieszkam x2
Historia egzystencji utkwiona w tych domach
Epizody życia widoczne w poszczególnych oknach
Z biegiem czasu chęć ukazania ich z osobna
Z wszystkich zdarzeń zapamiętana każda doba
Dziś spisane to w tych zwrotkach jak ty przez szablon
Oglądasz nasz obraz, miejsca te same
Klatki plastiko dobrze znane ratujące wieczór
Gdy stają się planem przyszłość przynosząca
Nieuchronną zmiane, rap ten staje się odskocznią
Pozwalającą pomyśleć by pamiętać wersy wszystkie
To co miałem na myśli, że to właśnie dla nich
Dla przyjaciół mi bliskich, dla przyjaciół mi bliskich
Że to właśnie dla nich, dla przyjaciół mi bliskich
(To moje Osiedle)
Że to właśnie dla nich
Obraz codzienny, nie zmienny przez czas, przez lata całe
Od małolata tutaj dorastałemTu na osiedlu, gdzie większość żyje według zasad
Ziaja, Mazsa, Żółf, Ekonom, Endefis i przyjaciół grono
Idziemy tą samą stroną, drogą wspólnie wyznaczoną
Raz stromą, a raz prostą, bo czas gdy potrzeby rosną
Życie potrafi zagrać ostro, wiem zdążyłem się przekonać
Że możemy sami wspólnymi siłami zawsze być wygrani
W miejscu gdzie mieszkamy, gdzie horyzont nie zmieniony
Blok na bloku postawiony, z każdej strony jestem nimi otoczony
Pełno znajomych twarzy, betonowych korytarzy
Ścian pomalowanych, miejscówek dobrze znanych
Tych historii nie spisanych, które toczą się koło mnie
Fenomen, Endefis Yelonky północno-zachodnie
Ref.
Na chodnikach kolejne kroki widzisz przez okna
Obcinają a ty pij do dna nie wierzysz, że można
Po trych ścieżkach tyle lat chodzić, mieszkać, się bawić
Wykorzystać te talenty, które dali
Słyszysz teksty i puenty, ideały ze stali
To w tych tekstach życiowych poglądów wersja
Nie ma przestań bo pod napięciem studio Efekt
To nie blefem, bo Yelonky wiedzą perfekt
Płyta będzie, wiesz gdzie, z tego osiedla
Bitu pętla jak na koncertach tak i tutaj dobrze czas spędzam
Fenomen, Endefis nie dotrzymasz tempa?
Nie na sukces przepis ale droga codzienna
Dla ciebie w blokach męka a dla mnie życie dobre
Bo wspierają mnie ci, których ja zawsze popre
Masz jakąś kontre?
Feno, Miechu i Bartosz z tą samą płytą startuj
Ciągle po tych drogach chodzę, które widze od dziecka
W wersch mówię o tym wszystkim, wcale nie mogę przestać
Całe życie tu mieszkam, nowy dzień, kolejna lekcja
Pech czy szczęście? Nie wiem razem możemy więcej
Chociaż patrzą nam na ręce nagrywamy płytę zdartą
To ma wartość, by zawsze chwytać chwile pełną garścią
Niech się martwią ci dla których życie w blokach niską kartą
Dla nas pasja, łączący nas kawałek tego miasta, mówisz basta?
Poziom rapu na Yelonkach wzrasta
Zobacz, przecież każdy z nasz się tutaj wychował
I swoje przeszedł, o tym teraz nagrywamy w studiu Efekt
Mówisz, że blefem jest to? Trudno bywa tak często
Dla mie rap Yelonky razem to zwycięstwo
Ref.
Ref. Opamiętaj się, zachowaj krew, tak ciężko jest wybaczyć grzech (2x)

Najprościej jest powiedzieć "nie umiem",
najprościej jest powiedzieć "gubię się w tłumie",
zakopany w swym życiu jak egipskie mumie,
81 rocznik udowodni co się równa sumie 21 lat plus 44,
na koncie błyszczą już dwa policery,
zgodnie z powołaniem idziesz gdzie chcesz,
bierzesz co chcesz, gubisz wartości,
gdzieś jeszcze rok temu się do ludzi uśmiechałeś,
teraz alkohol-nawet nie wiesz co przegrałeś,
potem narkotyk jak chłosta,
jak twoja linia życia która nie jest taka prosta,
zażywasz dziadostwa, klęska żałosna,
świat stanął na głowie, gdzie jest ręka boska,
ja mówię swoje a ty ciągle w błędzie,
posłuchaj czasami jak chóralnie słychać mnie wszędzie,
może ci dam garść złota, srebra, dobrocią
do bólu przekłują ci żebra, prześwietlą ci głowę,
nie będzie czasu na mowę,
pociągną za spust i wpadniesz w żałobę

Ref. Opamiętaj się, zachowaj... (3x)

Imaginacja, ciągła konsternacja,
po ciężkich przeżyciach kolejna sensacja,
powrócić do życia na nowych chcesz racjach,
szkoda że przeszkoda to problemów jest nacja,
boisz się ludzi, boisz się siebie,
pokonaj strach warty sto miejsc w niebie,
bo siedem jest grzechów głównych na świecie,
większość popełniłeś,
za to powinno cię czekać miejsce na krześle,
ale szanse dostałeś jeszcze jedną, więc ciesz się,
to jest ta ostania, więc bierz się za siebie,
teraz już wszyscy będą patrzeć na ciebie,
więc pamiętaj, opamiętaj się,
mimo że jesteś z żelaza, kule przebiją cię,
opamiętaj się
opamiętaj się
opamiętaj się

Ref. Opamiętaj się, zachowaj... (3x)
Hip Hop do góry ↑

Popularne Piosenki

Najnowsze

Losowo